Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie żałuę

05.09.20, 10:50
Jerzy Urban: Jestem jak Edith Piaf minus głos. Niczego nie żałuję

WYWIADGrzegorz Wysocki
5 września 202

Nigdy nie dawałem i nie dam spętać sobie języka. W dupie mam taką lewicę, którą obraża sformułowanie "pedalskie flagi". Rozmowa z Jerzym Urbanem

W rozmowie udział bierze żona Jerzego Urbana Małgorzata Daniszewska, która na wstępie zadeklarowała, że „chce tylko słuchać”
GRZEGORZ WYSOCKI: Co to za głupoty pan opowiada na mieście, że już udzielił ostatniego wywiadu?
JERZY URBAN: No dobrze, pomyliłem się o jeden. Może się pan poczuć jak lekarz, który odbiera zgon, a pacjent okazuje się wciąż żywy. Teraz mi się poprawiło i jestem w nastroju odrobinę mniej wisielczym.

No to wyobraźmy sobie przez chwilę, że jest pan ponownie piękny i młody...
– Bardzo łatwe do wyobrażenia. Wysoki i muskularny mężczyzna...

Podobno był pan przystojnym młodzieńcem z piękną czupryną.
– Czuprynę rzeczywiście miałem, ale sięgała ona dziewczętom do pachy.

No to jest pan dzisiaj znowu w pełni sił i dostaje drugą szansę na rządzenie telewizją publiczną. Zostaje pan głównym doradcą Jacka Kurskiego.
– Mogę pana zapewnić, że kiedy miałem TVP przed Kurskim...

30 lat przed nim.
– ...to nic w niej nie mogłem zrobić, więc żadnego pożytku by ze mnie dzisiaj nie było.

Był pan malowanym prezesem?
– Choćby dlatego, że zupełnie nie potrafię kierować wielkimi strukturami. Do tego kompletnie nie wiedziałem, co robić. To była jedyna posada w moim życiu, na której się nudziłem.

I gdy pan się nudził, TVP rządziła się sama?
– Nie, rządziła nią cała ogromna hierarchia, z którą ja nie mogłem dać sobie rady. Bo jak, dajmy na to, chciałem – tak jak dzisiaj Kurski – porozmawiać z autorem, żeby zrobił mi np. reportaż, który da w dupę „Solidarności”, to wzywałem go do siebie, zlecałem, ale taki autor nie mógł nic zrobić. Bo jeden z jego przełożonych nie dał wozu, drugi studia, a trzeci pieniędzy. I cała ta struktura działała jak głuchy telefon.

Żona: Ja pamiętam z tamtego okresu tylko tyle, że tam w biurze Jurka była bardzo niewygodna wersalka. Byłam twoją ówczesną narzeczoną i od czasu do czasu tam wpadałam...

No to trzeba było zrobić porządki w tej stajni Augiasza. Czy pan już wtedy nie miał żadnego znaczenia i nikt pana nie chciał słuchać?
– Nie, proszę pana. Po prostu nie miałem zdolności Kurskiego ani nawet najmarniejszego z jego naśladowców.

Zaraz mi pan powie, że wielce Kurskiego podziwia.
– Owszem. Podziwiam jego zdolności propagandowe, podziwiam jego efektywność i skuteczne docieranie do ludu, podziwiam jego „Wiadomości” i jego słynne paski u dołu ekranu.

A czy jak Kurski już przestanie być szefem TVP, to spotka go taki ostracyzm jak pana w czasie stanu wojennego i później, kiedy to koledzy nie podawali ręki, udawali, że pana nie znają?
– Nie spotka go nic takiego. A i ja po 1990 roku nie miałem już żadnego ostracyzmu. Przeciwnie, miałem wielkie wzięcie dzięki tygodnikowi „NIE” i „Alfabetowi Urbana”.

O, myślałem, że wszyscy w nim opisani śmiertelnie się na pana obrazili.
– Przecież nie opisywani, tylko czytający stanowią opinię publiczną. Poza tym obraziła się jedna osoba. Barbara Wrzesińska, aktorka.

Bardzo treściwe hasło: „Nie spałem z nią nigdy. Nie każdy może to o sobie powiedzieć”.
– I ona się o to obraziła!

Nie wierzę, że tylko ona. O Małgorzacie Niezabitowskiej pisał pan: „Niezabitowska jest dobra od pasa w dół. Złośliwa telewizja uporczywie pokazuje niewłaściwą jej połowę”. O Hannie Banaszak: „Pamiętajcie, ludzie, była to dziewczyna, która nie dała Rakowskiemu”. O Bronisławie Geremku: „Nosi się jak monarcha, na oczach milionów wręcz puchnie od ważności. (…) Jednym słowem, facet wyjęty jakby z prowincjonalnego teatrzyku, który nieudolnie i mozolnie udaje kogoś, kim jest rzeczywiście”. Albo z brawurowego hasła o Irenie Dziedzic: „Ta królowa kołtunów starszej generacji jest nieśmiertelna, ponieważ coraz nowe pokolenia, starzejąc się, bogacą, głupieją i wkraczają w obręb jej panowania”.
– O, Dziedzic nie znosiłem! Może się obraziła, bo była bardzo obrażalska, ale nie miałem z nią kontaktu, więc nic o tym nie wiem.

STRACH PRZED WIESZANIEM
To skoro już jesteśmy przy alfabecie. Pisze pan w 1990 roku: „Michnik znów jest wcieleniem politycznego zła – teraz dla narodowo-katolicko-fundamentalistycznej prawicy i Wałęsy. Czuję się z nim bardzo związany w tym rozumieniu, że kiedy jego życie znów potoczy się normalnie, to znaczy Michnik pójdzie siedzieć, zaraz potem ja pójdę wisieć”. Skoro z tą nienawiścią wobec Michnika się sprawdziło, to...
– Z moją nienawiścią wobec Adama?!

Nie pańską, tylko narodowo-katolickiej prawicy. W związku z tym chciałbym spytać o to, czy pan naprawdę się w latach 80. bał, że przyjdzie „Solidarność” i pana powiesi na pierwszej gałęzi?
– Bałem się tego, ale tylko w 1981.

Jeszcze przed stanem wojennym.
– Tak, tuż przed stanem wojennym. Był 12 grudnia. Zadzwonił do mnie znajomy z SB, nazywał się Smoleński i był kapitanem. I powiedział: „Jurek, nie wiem, co ma być, ale lepiej nie nocuj w domu”. No jak człowiek z ministerstwa od Kiszczaka puszcza farbę... Z łatwością sobie wyobraziłem, że tej nocy „Solidarność” idzie na nas.

Zabijać?
– No tak. Wobec tego zadzwoniłem rządowym telefonem, specjalną szyfrowaną linią, do Rakowskiego i mu powtórzyłem, żeby nie nocował w domu. Na co on: „Podaj mi natychmiast nazwisko tego informatora, to ja zadzwonię do Kiszczaka, żeby go wsadził”.

Wtedy też panu było do śmiechu?
– Wtedy nie. Zadzwoniłem do informatora. Spotkał się ze mną na stacji benzynowej i powiedział, że nie wie, ale coś się na tę noc szykuje, bo jesteśmy skoszarowani w gmachu ministerstwa. Zostałem w domu i nasłuchiwałem. Przed dwunastą zadzwonił Rakowski i wezwał mnie do gmachu rządowego, gdzie asystowałem przy jego czynnościach pomocniczych przed wprowadzeniem stanu wojennego. A Jaruzelski wtedy w nocy nie dowodził żadnym stanem wojennym, tylko pisał wiadome przemówienie.

Żona: Czy ja mogę się tu wam wpierdolić?

Proszę.
– Pytasz, czy to był rzeczywisty lęk. Jak najbardziej. Jak komuna upadła, to myśmy mieszkali na parterze w Wilanowie. I pamiętam, że kładłam się do łóżka i myślałam o tym, jak przemycić moje dziecko do gosposi, która mieszkała w innej klatce.

CDN...
    • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:51
      Przemycić?
      Żona: No jak przyjdą nas wieszać. Miałam dokładnie obmyślane, jak piwnicami córka miała się przemieścić w kierunku mieszkania gosposi.

      Jak pan ocenia tamte lęki? Jako irracjonalne, absurdalne?
      – Nie. Bo nie było wiadomo, jak się potoczą wydarzenia.

      Żona: Ale ja bym powiedziała, że ty się właściwie nigdy nie bałeś.

      JERZY URBAN: NAMAWIAM LGBT DO RADYKALIZMU
      A dzisiaj się pan boi?
      – A niby czego?

      Na przykład poprawności politycznej? Jak się ona panu, niepoprawnemu do bólu, podoba?
      – Nie podoba mi się jako postawa, ale podoba mi się jako nurt, ponieważ nazywamy poprawnością polityczną to, co jest wrogie nacjonalizmowi, katolicyzmowi i wszelkim -izmom związanym z tendencją autorytarną.

      Panu normy grzeczności językowej są obce, poprawności politycznej również. „Pedał”, „Murzyn”, „samice”... Zupełnie jak jakiś prawicowy publicysta.
      – Nigdy nie dawałem i nie dam spętać sobie języka. A lewica, która ma takie zapędy, w żaden sposób mnie nie ogranicza.

      Według definicji w poprawności politycznej chodzi o takie używanie języka, by zachować szacunek i tolerancję wobec członków mniejszości, szczególnie wobec grup dyskryminowanych. A ostatnio pana felieton broniący praw osób LGBT zatytułowany jest „Pedał honoris causa”.
      – Ale ten tytuł jest o mnie! To o mnie chyba mi, kurwa, wolno?

      W tekście pisze pan też o „pedalskich flagach”, a to już nie o panu. O kobietach pisze pan per „samice”. O Cywińskiej pisał pan, że jest „reżyserem samicą”.
      – No to co?

      O Wajdzie nie pisał pan per „reżyser samiec”. Czy pan jest seksistą i mizoginem?
      – Ani jednym, ani drugim.

      Wiele fragmentów pańskich tekstów mógłbym tu wyciągać.
      – No to niech pan mi coś wyciągnie.

      Sierpień 1999: „Współczesny człowiek, w szczególności kobieta, w usta swe inwestuje znakomicie więcej pieniędzy niż w dokarmianie umysłu”. Grudzień 1999: „Większość nas, mężczyzn, posiada w domu damskie wydanie wicepremiera Balcerowicza: kobietę kapryśną, zarozumiałą, niesłowną, wprawną w stosowaniu histerycznych sztuczek, które zapewniają jej przewagę. Dojrzali mężowie wiedzą, że kiedy żona odchodzi, nic nie mówi, kiedy zaś mówi, że odchodzi, to nie odejdzie”.
      Żona: No ale uspokój się, musi o czymś pisać!

      Albo liczne fragmenty, które pan w swoich felietonach czy blogu poświęca żonie. Czy panu się wydaje, że to fragmenty feministyczne?
      Żona: Pisze o mnie jak najgorzej!

      Urban: To są objawy miłości małżeńskiej.

      Raczej zemsty na żonie.
      – Bzdura. Normalny felietonista żony w ogóle nie dostrzega. Dlaczego to ma być seksistowskie? Po prostu mam swobodny i dosadny język. Ponieważ nie jestem Slavojem Žižkiem czy innym myślicielem, to staram się wyróżnić chociaż w ten sposób. Każdego niepoprawnego określenia mogę użyć. Oczywiście, jeśli ma to sens w odpowiednim kontekście, bo za tym przecież nie stoi niechęć do wymienionych grup.

      Do Wiosny czy Razem mógłby się pan zapisać?
      – Ja zapisać? Po pierwsze, nigdzie by mnie nie przyjęli ci młodzi ideowcy, którzy gardzą...

      Komuchami?
      – No, takimi naroślami historycznymi. A po drugie, po co ja bym miał gdziekolwiek wstępować?

      A czy poszedłby pan demonstrować w solidarności z Margot, z prawami osób niebinarnych?
      – Poszedłbym, ale tylko gdybym nie musiał chodzić. Wolałbym jechać.

      Czyli nie ma pan żadnego problemu z niszczeniem mienia czy „profanacją” pomników?
      – Nie mam. Popieram demolkę i profanacje i namawiam do większego radykalizmu. Moje rady dla ruchu LGBT: dopierdalajcie katolikom! Dopierdalajcie nacjonalistom! Dopierdalajcie biało-czerwonym!

      Ale wie pan, że np. pisanie o „pedalskich flagach” może się dzisiaj spodobać raczej na prawicy?
      – Wiem, że część lewicy jest bezkompromisowa. Ale jak ja byłem młodą lewicą i hunwejbinem, to też byłem bezkompromisowy.

      To jak pan postrzega tych dzisiejszych „hunwejbinów”?
      – Ironicznie. Nie lubię ich, ale się ich nie obawiam. Bo po pierwsze, są potrzebni, żeby rozruszać niemrawe środowisko lewicowe, i po drugie, nie mają większego znaczenia politycznego.

      A może pan przestał nadążać i jest dzisiaj za mało postępowy?
      – Staram się nie być fanatykiem żadnej świętej prawdy. Także tej lewicowej. I w dupie mam taką lewicę, którą obraża sformułowanie „pedalskie flagi”. Czy dowolne inne. Wiem, że mają dzisiaj pretensje do jednej czy drugiej osoby, która się nie wyraziła jak trzeba. Ale do mnie jakoś nic nie mają.

      Bo już pana nie czytają?
      – Ja mam po prostu inny status.

      Święty Urban? Tak jak kiedyś mówiono, że SLD wolno mniej, tak panu paradoksalnie wolno więcej?
      – Tak bym podejrzewał. Ale każdemu wolno więcej, jeśli tylko nie czuje się spętany w danym środowisku jakimiś jego regułami. Tak jak spętana różnymi regułami, co wolno, a czego nie, jest „Wyborcza” [śmiech]. Tacy jesteście poprawni. Staracie się nie obrażać mniejszości...

      CDN...
      • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:52
        To chyba dobrze?
        – Ale większości też staracie się nie urazić. Bo oto po raz pierwszy w 30-letnich dziejach „Wyborcza” zauważa moje istnienie i przysyła dziennikarza na rozmowę. [Wielki wywiad Teresy Torańskiej ukazał się w „Wyborczej” 11 grudnia 2002 r., w rocznicę stanu wojennego, ostatnio rozmawiała z bohaterem Agnieszka Kublik w 2018 r.].

        Żona: Jest to historyczny moment!

        Urban: Mnie to, że mnie „Wyborcza” wyklucza, w ogóle nie dziwi, bo zwłaszcza dla starszego pokolenia jej dziennikarzy jestem czymś absolutnie obrzydliwym. Pana wizyta to dobry znak, bo znaczy, że przyszła koniunktura na Urbana.

        JA JAKO PIESZCZOCH MŁODZIEŻY
        Albo zły znak, bo może oznaczać, że pan stracił swoje ostre kły? Ot, nieszkodliwy i spokojny staruszek, który wrzuca jakieś głupie filmiki do internetu.
        Żona: Tylko nie staruszek!

        Urban: Jestem staruszkiem. Spokojnym, w kontaktach bezpośrednich bardzo układnym.

        Żona: Słuchaj, on jest teraz prawdziwa Gwiazda Internetu! Wiozę go samochodem z redakcji, a po drodze widzę te dziewczynki, szesnastki, siedemnastki, zachwycone, widzę ten ich układ ust, UUUUUU, Urban jedzie, wow! Ja ci powiem, że jestem zadowolona, że on taki stary i już nic nie może.

        Urban: To prawda, jestem pieszczochem młodzieży, i to chyba jedynym w moim wieku. Bo też zachowuję się w internecie zupełnie inaczej niż moje pokolenie.

        Rzeczywiście nie znam drugiego 87-latka, który by wrzucał do sieci filmik z samym sobą na grobie rodziców krzyczącym: „Mamo! Papo! Posuńcie się, do kurwy nędzy!”. A cała rozpacz stąd, że Kaczor znów wygrał wybory. Po co panu te filmiki? Z nudów?
        – W mojej naturze leży wygłupianie się, wesołość, przekora, prowokacja, skandal. Bawię się tym. Poza tym każdy, panie Grzegorzu, chce istnieć. Każdy na swój sposób.

        Swego czasu chciał pan ośmieszyć Wałęsę, kupując działkę w sąsiedztwie jego domu w Gdańsku. Przy okazji w felietonie z 2 lipca 2000 roku pisał pan: „Wałęsa nie potrafi zestarzeć się z godnością w roli emeryta o sławnym nazwisku, otoczonego garstką wiernych pochlebców, liczebnie wystarczającą mu do dobrego trawienia. Byłego prezydenta tak bardzo męczy zapomnienie, że woli odeń ośmieszanie się publiczne, dobrowolne wystawianie się na drwiny”. Rozumie pan, dlaczego wyciągam ten fragment sprzed 20 lat przy okazji bijących rekordy popularności filmików?
        – Tylko różnica między nami polega na tym, że ja robię z siebie wiatrak, a Wałęsa ikonę. Różnica polega na tym, że on nie ma żadnego nowego wzięcia i funkcjonuje wśród kombatantów ze swojego pokolenia, a ja zdobywam młodzież. I wreszcie na tym polega, że on od zawsze był wodzem i jak tylko powstał, to się nadął i tak mu zostało. Nie znosiłem go od pierwszego wejrzenia.

        Sporo jest śladów tej nienawiści w pańskich tekstach. W końcu go pan polubił?
        – Nie. Chcę czy nie chcę, jestem jego sojusznikiem politycznym, ale jestem zadowolony, że się nie liczy.

        Feedback jest dla pana ważny? Jak się panem ci młodzi zachwycają?
        – Nie. Nie obchodzi mnie, co tam piszą.

        Pewnie dostaje pan regularnie zadrukowaną ryzę papieru z wyciągiem z najlepszymi komentarzami.
        – Zwariował pan. Albo znów myli mnie pan z Wałęsą. Mam tylko ogólną wiedzę, wyrażaną także w liczbach, że to ma rosnące wzięcie.

        Żona: Jego to gówno obchodzi! Raz tylko byliśmy na spotkaniu w klubie i tam dla Jurka przyszedł tłum młodzieży. Było fajowsko!

        Chodzi o urodziny w klubie Iskra. Wszyscy płacili za bilety, by móc panu zaśpiewać „Sto lat”.
        – No i dlatego nie było nikogo z „Gazety Stołecznej” [śmiech].

        Przebiera się pan za Chrystusa czy za zomowca z pałą, gra trupa lub zrozpaczonego syna, rozbiera się pan do naga, paraduje pod prysznicem. Wszystko dla beki, lajków i fejmu, dla poklasku?
        – Czy pan idzie do aktora i dociska go, dlaczego on nie wie, czy to be, czy not to be?

        Wszystkich staram się gnębić po równo.
        – W to nie wątpię, tak pan wygląda. Ale wątpię, czy pan gnębił o to, że aktorzy mają egzystencjalne wątpliwości pisane przez Szekspira. Tu chcę dodać, że czytałem teraz książkę, której nikt nie czytał, o ratowaniu książek napisanych w jidysz. Bardzo barwny reportaż...

        Żona [przerywa]: Widział pan Cecylię? [mowa o kocie przechodzącym obok nas]

        Urban: I... [J.U. się zacina, zapomina, co miał powiedzieć]. No i zgubiłem wątek. Sekundę... Bo już, już prawie mam... [milczenie]. No, nie pamiętam. Poddaję się.

        Żona: Przepraszam, to moja wina.

        Urban [poirytowany]: Dobrze, ale to albo się przysłuchujesz, albo wchodź w słowo, jak chcesz się wypowiedzieć, ale mi nie przerywaj, bo ja się gubię, i tak będziemy gadać w nieskończoność.

        CDN...
        • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:54
          JERZY URBAN OCIEPLA WIZERUNEK
          OK, to teraz popsychologizuję. Moim zdaniem główny „zysk” z kręcenia tych filmików polega na tym, że pan przez 30 ostatnich lat marzył o wielbicielach, którzy mają kompletnie gdzieś, tudzież nie mają najmniejszego pojęcia o brudnych czynach Urbana sprzed 1989 roku, z lat 80.
          – Przecież wszyscy doskonale wiedzą, że ja jestem Goebbelsem stanu wojennego.

          Nastolatki nie mają o tym pojęcia.
          Żona: Nie wiedzą!

          Urban: Nie wiedzą? No to ja to muszę koniecznie im ogłosić! Ale jeśli jest, jak mówicie, to oni tym bardziej nie wiedzą, kto to był Goebbels.

          I stan wojenny.
          Żona: Jak już umarł i Jaruzelski, i Kiszczak, i była kolejna rocznica stanu wojennego, to tu do nas, pod bramę, przyjechała redaktor Ewa Stankiewicz. No bo nie mieli już do kogo pojechać. Ustawili namiot, wyciągnęli megafony. I słyszę skandowanie: „Goebbels stanu wojennego!”. Wzięłam rower i wyjechałam bramą z tyłu, dojechałam do nich i zaczęłam skandować.

          I zaczęłam dorzucać im coraz mocniejsze hasła, żeby było głośniej. Że precz z Goebbelsem, trzeba z nim skończyć. I słuchaj, Stankiewicz chwyciła przynętę i mi wtórowała. Tak po 20 minutach mi się znudziło, więc mówię: dzień dobry, chciałabym się z państwem przywitać, nazywam się Daniszewska, jestem żoną Urbana. Zwinęli te namioty, megafony i w mig zniknęli. I nigdy więcej nie przyjechali.

          Urban: Ci nasi przeciwnicy mają dwie lewe nogi. Tym, co wtedy przyjechali, podali błędny adres. Publicznie go opublikowali. Podali numer osiem.

          Czyli dwie wille od waszej?
          – Tak. Do dzisiaj prawie codziennie przychodzi do mnie kilka listów adresowanych pod ósemkę. Listonosz je przynosi do mnie, bo przecież wie, gdzie ja mieszkam.

          A w środku litania wyzwisk – plugawy demonie, morderco Popiełuszki i Przemyka, ohydna kreaturo?
          – Gdzie tam! Przeciwnie. Piszą do mnie młodzi ludzie, że chcą moich zdjęć z autografem. Młodzi lewacy głównie.

          Co piszą?
          – Ja już tego teraz nie otwieram, ale ogólnie, że jestem wspaniały, zabawny, cudowny i że tak świetnie dopieprzam PiS-owi.

          A hejterzy nie piszą?
          – Głównie jest korespondencja miłosna.
          Żona: Opowiem ci śmieszną historię, jak się raz śmiertelnie przestraszyliśmy. Wychodzimy ze SPATiF-u. Jest rok 1986. Jak zabili Popiełuszkę.

          Urban [poprawia]: 1984.

          Żona: Nie, później chyba?

          Urban: Nie. Zabili go w 1984.

          Żona: No w każdym razie wychodzimy ze SPATiF-u i raptem biegnie w naszą stronę ksiądz w sutannie. No to my, kurwa, stężeliśmy...

          Urban: Ja myślałem, że nożownik. Że to koniec.

          Żona: Tak. A on się rzuca na Urbana i mówi: „Ja pana tak szanuję, tak pana uwielbiam!”. Odrywa się od Jurka i znika gdzieś za samochodami...

          Prawdziwy ksiądz czy przebieraniec? Może to był jakiś esbecki żart?
          Żona: No gdzie tam! Prawdziwy ksiądz w sutannie. W roku zabicia Popiełuszki.

          OK, ale wciąż mi pan nie odpowiedział na pytanie, czy te filmiki to świadoma gra o to, jak pan chce zostać zapamiętany. Że nie jako „morderca Popiełuszki”, tylko jako najstarszy jajcarz z internetu?
          – Muszę, niestety, pana rozczarować. To, co zdarzy się po mojej śmierci, zupełnie, ale to zupełnie mnie nie obchodzi. Mam w dupie, jak zostanę zapamiętany.

          Żona: Takiego wyrachowania w Jurku po prostu nie ma. Mogę ci to przysiąc.

          No to zaskakuje mnie, że panu się w ogóle chce to robić. Przecież: „Niczego od nikogo nie chcę i marzę, żeby nikt ode mnie niczego nie chciał”.
          – I wszystko się zgadza. Gdyby ktoś ode mnie żądał jakichś filmików, tobym mu powiedział, żeby spierdalał na drzewo. Ale widzi pan, po 30 latach istnienia chce mnie zauważyć „Wyborcza”, w co jeszcze za bardzo nie wierzę, przekonamy się, czy w ogóle Urbana wydrukują, więc jest to dowód na to, że znów jestem na fali, ponieważ młodzież nie chce głosować na PiS. Czyli: to, co ona lubi i ogląda, staje się politycznie ważne.

          Czyli pan myśli, że ja do pana przyjechałem przez te filmiki z YouTube’a?
          – Moim zdaniem PiS dowiedział się z badań, że młodzież mi sprzyja. Redakcja dowiedziała się, że młodzież, która nie cierpi PiS-u, a przynajmniej spora jej część, zajmuje się błazenadą Urbana. Okazało się więc, że Urban ma w niektórych środowiskach przeciwników PiS-u spory wpływ, wobec czego trzeba się Urbanem zainteresować. Ot i wszystko.

          CDN...
          • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:55
            DZIEŃ JERZEGO URBANA: KASZA MANNA, DRZEMKA, NETFLIX
            Brawo, teoria jednocześnie zabawna i spiskowa. To skoro już ustaliliśmy, że jest pan spokojnym i układnym staruszkiem, co czyta sobie gazetki i książki, po obiedzie ucina drzemkę, jak się ma ten grzeczny staruszek do wizerunku dzikiego skandalisty, co to niczym Sknerus McKwacz dzień zaczyna i kończy od kąpieli w swoim skarbcu, a pomiędzy tymi czynnościami żyje niczym Hugh Hefner w stadzie króliczków „Playboya”.
            [wybuch śmiechu żony].

            Urban: No nijak. Ale mam nadzieję, że ten wizerunek w dalszym ciągu będzie podtrzymywany.

            To spróbujmy odtworzyć, jak obecnie wygląda typowy dzień Jerzego Urbana.
            – Proszę bardzo. Ale to może żona, bo się lepiej zna na tym, jak ja żyję.

            Pobudka o której?
            Żona: Około dziesiątej. Na śniadanie zawsze kasza manna.

            Urban: Nie, tylko jakiś owoc. Już manny od dawna nie jem.

            Żona: Nie jesz?!

            Urban: Nie jem. Żona nie wie, bo śpi jeszcze wtedy w najlepsze. Każdy dzień w tygodniu jest inny, ponieważ cykl produkcyjny „NIE” każdego dnia wymaga ode mnie czegoś innego.

            Jeździ pan codziennie do roboty?
            – Teraz z powodu koronawirusa już nie, ale wcześniej jeździłem każde trzy pierwsze dni tygodnia. Teraz porozumiewam się elektronicznie, a także za pośrednictwem kierowcy, który wozi papiery.

            Ale wciąż czyta pan wszystkie teksty z numeru?
            Żona: Tak!

            A szczerze?
            – A szczerze, to już nie wszystkie. Głównie to, co wymaga jakiejś dyskusji. Czytaniem i redagowaniem tekstów, a także zatwierdzaniem niektórych ilustracji, zajmuję się przez pierwsze trzy dni tygodnia. Przez następne, od czwartku do niedzieli, zajmuję się pisaniem swoich rubryk.

            Tradycyjny felieton Urbana na drugą stronę oraz blog na stronę ostatnią.
            – Przy czym blog to jest właściwie kilkanaście minifelietonów. A to wymaga lektur, poszukiwań, przeglądu prawicowej prasy... Staram się pracować przed południem, ale czasami pracuję wieczorami, bo mam zróżnicowane samopoczucie, sprawność.

            I co jeszcze się dzieje w typowym dniu Urbana?
            Żona: Obiad, drzemka po obiedzie i kolacja, potem sen.

            Wzorcowy skandalista!
            Żona: Jeszcze Netflixa ciągle oglądasz!

            Urban: Nie tylko Netflixa, ale też HBO i inne. Sporo filmów, nowych, starych, dokumentalnych, fabularnych.

            Z żoną czy bez?
            – Bez. Żona tego nie znosi. Czasem siada i ogląda jakiś fragment, ale zawsze ten fragment jest do dupy, z tego, co mówi.

            No i co pan ogląda? Coś nowego czy tylko jakieś ramoty?
            Żona: Głównie nowe ogląda, takie pierdoły. Że biegają, krzyczą, gonią się...

            Urban: Nie lubię starych fabuł, tylko szukam nowych, ale akurat wczoraj wyjątkowo oglądałem rzecz bardzo starą...

            „Przeminęło z wiatrem”.
            – Nieee! „Nagi instynkt”. Już to kiedyś oczywiście oglądałem, ale się zapomina. Okazuje się, że ona teraz cipę pokazuje dwa razy, a nie tylko jeden. Więc się zapomina. I rzeczywiście to jest cały czas erotycznie podniecający film. Oświadczam też, że od pewnego czasu nie oglądam żadnych seriali. Ponieważ wszystkie są rozwodnione.

            Żona: Ja filmy lubię oglądać w kinie.

            Chodzicie?
            Żona: Chodzimy!

            Urban: Nie chodzimy! Ile lat temu byliśmy ostatnio w kinie?!

            Żona: No ale chodziliśmy!

            Urban: Przecież panu chodzi o to, jak teraz wyglądają nasze dni.

            No to jakieś jeszcze atrakcje w tych waszych dniach obecnie?
            Żona: Jeden z kotów mi ostatnio nasrał do łóżka.

            Urban: No tak, ale mnie tam nie było, więc to nie była moja atrakcja.

            Żona: To akurat było w ciągu dwóch dni, kiedy Jurek ze mną nie spał.

            Urban: Bo było za gorąco.

            A pandemia coś w pańskim życiu zmieniła?
            – Bardzo dużo. Od marca stąd nie wychodzę.

            Wcześniej ciągle latał po mieście?
            Żona: Wcześniej też nie wychodził!

            Urban: Wypraszam sobie. Jeździłem do pracy i do restauracji.

            A do sklepu, do kiosku czy do warzywniaka sam pan chodził, jak normalny człowiek?
            – Nie.

            Ze strachu?
            – Od pół roku nigdzie nie chodzę, ponieważ boję się pandemii. A jak nie było pandemii, to też nie chodziłem, bo...

            Bo bał się pan ludzi? Że ktoś pana nienawidzący może się na pana rzucić w sklepie?
            – Nie ludzi! Po co miałem chodzić, przecież my tu mamy kilka osób służby.

            Żona: To go nudziło po prostu. Co, miał iść wybierać sobie cztery marchewki?

            Urban: Czasami sam chodziłem do rzeźnika, żeby wybierać osobiście mięso, które lubię.

            Koszerne?
            [oboje wybuchają śmiechem].

            – Oczywiście! Najczęściej wybierałem koszerną wieprzowinę. Ale nie wiem, czy to u was przejdzie, bo w „Wyborczej” o Żydach też nie wolno żartować.

            CDN...
            • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:56
              JERZY URBAN: KOCHAM JARUZELSKIEGO
              A może jest tak, że pańska niechęć do Kaczyńskiego wynika stąd, że pan być może właśnie na jego rzecz stracił status najbardziej znienawidzonej osoby w kraju?
              – Ja byłem nią tylko wtedy, gdy byłem rzecznikiem rządu, i już nigdy potem.

              Przygotowując się do wywiadu, rozmawiałem m.in. z moimi wujami, zajadłymi zwolennikami PiS-u. Część była pana ciekawa („To ten chuj jeszcze żyje?!”), ale dominowały inne emocje („Nie mam do tego bydlaka żadnych pytań”). To jest wciąż żywe w narodzie.
              Żona: O Boże!

              Urban: Lud to są ludzie, którzy oceniają tzw. osoby publicznie wedle schematów. Więc ja jestem złem, a nawet wcieleniem zła.

              Wczoraj ukazał się „Newsweek” z panem na okładce. Nawet w „Wiadomościach” było, że jest pan potworem, demonem zła i że obrzydliwością jest czcić rocznicę Porozumień Sierpniowych okładką z Urbanem.
              – Nie wiedziałem o tym wszystkim. Ale to dobrze, czuję, że znów żyję!

              A jednocześnie wydaje się panu, że już nie jest osobą w Polsce nienawidzoną.
              – Jestem nielubiany wedle pewnego stereotypu ogólnego. To nie są np. osoby, które czytają moje felietony i ich oburza ich treść. Po prostu tak jestem zaksięgowany w historii Polski, w społecznej świadomości.

              Trochę pan jednak sam na to zapracował w latach 80. Pomijam, że w późniejszych latach nigdy pan nie ogłosił publicznego nawrócenia, jak wielu innych, nawet nie posypał głowy popiołem, nie powiedział, że przeprasza za komunę, za stan wojenny, za Jaruzelskiego i Kiszczaka, za zamordowanie Popiełuszki i Przemyka. Może by trzeba to zrobić na koniec?
              Żona: Jak to na koniec?! Na jaki koniec?

              No na koniec naszej rozmowy.
              Urban [śmiech]: Ale ja wyraziłem skruchę.

              Żona: Niby gdzie?!

              Urban: Wyraziłem skruchę za lata 90., za niektóre rzeczy, które wtedy publikowałem w „NIE”.

              Panu się chyba mylą dekady. Pan powinien przepraszać za lata 80.
              – Ale ja chcę przepraszać za te lata, kiedy czuję jakąś winę, a nie za te, za które przeprosin żąda publiczność.

              Żona: Mnie się to przepraszanie za lata 90. też nie podobało.

              Z lat 90. to za co pan przeprasza? Za Wałęsę?
              – A gdzie tam. Przepraszam za to, że liberalizm gospodarczy atakowałem.

              A kiedy pan przeprosi za atakowanie Jana Pawła II?
              – Jana Pawła II nie znoszę i nigdy nie przeproszę.

              No to może chociaż na temat Jaruzelskiego zmienił pan zdanie? Cytuję za „Alfabetem”: „Największy umysł, z jakim się zetknąłem, przynajmniej wśród ludzi. Wielka i już nieuleczalna moja miłość”.
              – Nic się nie zmieniło.

              I jeszcze: „Jeżeli historia nie uzna Jaruzelskiego za największego polskiego polityka XX wieku, będzie to jedna z jej nieustannych pomyłek”.
              – Dalej tak uważam.

              Żona: Słusznie.

              Urban: Tylko poczyńmy pewne subtelne ograniczenie, że chodzi o ludzi żywych, z którymi się stykałem. Bo nie uważam, że Jaruzelski jest większy niż Tocqueville czy Wolter.

              A kto byłby na drugim miejscu?
              – Rakowski.

              Czyli jako największych będzie mi pan wymieniał kolegów?
              – Jaruzelski nie był moim kolegą. Był, ale potem, przyjacielem. Ale zawsze był szefem i zawsze była między nami hierarchia.

              Rakowski też był pańskim szefem.
              – To prawda, ale z Mietkiem to było co innego, bardziej na kumpelskiej zasadzie.

              Czytał pan z wypiekami na twarzy kolejne książki generała?
              – Nie, bo ja go już znałem, a on się przecież powtarzał.

              Pan chyba od zawsze był sceptyczny wobec wszelkich autorytetów. Więc skąd ta miłość? Przekonanie, że był największym z umysłów? Może nie spotykał pan w życiu zbyt często wielkich umysłów?
              – No dobrze, spotykałem się z Kołakowskim, z Baumanem. Ale tamci zajmowali się profesjonalnie myślicielstwem, a on z zawodu zajmował się profesjonalnie działaniem. To zupełnie inna szuflada. Nie księgowałbym go jako intelektualisty, bo nie miał tego oczytania, wykształcenia czy koneksji towarzyskich, które wiążą się ze społecznym statusem intelektualisty, ale był człowiekiem głębokim, mądrym, autentycznym i przebiegłym zarazem.

              Cynicznym?
              – Nie. Nawet jeśli wierzył w rzeczy ze sobą sprzeczne, to naprawdę w nie jednocześnie wierzył. Polityk to jedna z najbardziej skomplikowanych profesji.

              Nie przyszedłem pana lustrować ani nawracać, ale pewne rzeczy jednak nie dają mi spokoju. Najpierw pytanie otwarte. Czy pan, niczym Édith Piaf, niczego nie żałuje? Szczególnie pytam o karierę medialno-polityczną z lat 80.
              – Jestem jak Édith Piaf minus głos. Niczego nie żałuję.

              CDN...
              • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:58
                O swoim rzecznikowaniu w rządzie Jaruzelskiego mówił pan tak: „Władza bywała kłamliwa, a ja byłem emanacją informacji, które od niej dostawałem. Tylko że ja w nie wierzyłem, więc w tym sensie nie kłamałem”.
                – No i co?

                Kompletnie tego nie kupuję. Mówi pan jak pierwszy naiwny i niewinny.
                – Proszę pana... Jeśli aparat państwowy, nie tylko bezpieka, ale np. handel zagraniczny, no w zasadzie każdy resort wprowadzał w błąd... Jeśli mi odpowiednie ministerstwo mówi, że przyszły pomarańcze, to ja mówię, że przyszły, niezależnie od tego, co ja sobie osobiście myślę o pomarańczach.

                I niezależnie od tego, że coś panu mówi, że wcale nie przyszły? Chce mi pan powiedzieć, że był pan tylko bezmyślnym megafonem władzy, lektorem nagłaśniającym ich propagandę?
                – Jak każdy rzecznik każdego rządu i instytucji...

                Czyli pan teraz pomniejsza swoją rolę?
                – Pan mi przerywa w połowie wywodu i traktuje to jako cały wywód.

                Zaraz się okaże, że z nas dwóch to ja manipuluję...
                – Może się tak okazać. No więc jeśli mnie aparat władzy, jak każdy aparat władzy kłamliwy ze swej natury, wprowadza w błąd, to znaczy tylko, że chce, żeby publiczny obraz był inny niż obraz rzeczywisty. A na to żaden rzecznik żadnej instytucji nie ma rady, bo rzecznik nie ma instrumentów do sprawdzania, czy do Gdyni przyszły te pomarańcze, czy nie przyszły.

                To inaczej – czy dla kogoś inteligentnego robota rzecznika nie jest czymś uwłaczającym dla rozumu?
                – Na pewno jest to rezygnacja z własnej tożsamości publicznej i pozbawienie się indywidualności.

                To może jednak żałuje pan, że był rzecznikiem?
                – Nie żałuję. Bo wszedłem w krąg władzy. A to oznacza, że z tej głupoty życia prywatnego typu rodzina, sprawunki, co kupić, czy synek zdrowy, a mamusia przyjedzie, nie przyjedzie, jedziemy na urlop, nie jedziemy, człowiek przechodzi do płaszczyzny życia politycznego, to jest codziennie, od rana do wieczora, zajmuje się skomplikowanymi splotami zagadnień, które razem nazywają się polityka. A na tę politykę składa się również ekonomia, kultura, edukacja, wszystko. Czyli uczestnictwo w sprawowaniu władzy jest wartością, którą oceniam wyżej niż swoją wolność gadania czy wygłupiania się.

                Albo wręcz wyżej niż swoją zdolność do samodzielnego myślenia. Swoje najsłabsze felietony napisał pan właśnie w latach rzecznikowania.
                – Już nie pamiętam, co ja tam pisałem.

                W lipcu 1985 roku pisał pan: „O skali wysiłków milicyjnych dla ochrony kościołów długo by pisać. Milicja postuluje lepsze zabezpieczenie budynków sakralnych i rzetelniejszą współpracę niektórych gospodarzy skradzionego mienia kościelnego z milicją, która spieszy im z pomocą. Część księży nie zgłasza milicji o kradzieżach i nie pomaga w ustaleniu faktów”.
                Żona: No to rzeczywiście nie jest najlepsze.

                Takie propagandowe toporniaki.
                – Wszystko zależy od kontekstu. Te napady na plebanie były wtedy popularne, bo to były miejsca, w których można było znaleźć gotówkę i inne kosztowności...

                Ale mi nie chodzi o ten czy inny felieton, tylko o to, że pańska inteligencja i talent kłóci się z tym, co pan robił w latach 80.
                – Coś za coś. Wynająłem się do pracy na rzecz rządu, więc pracowałem na jego rzecz najlepiej, jak umiałem. Musiałem reprezentować ekipę rządzącą w sposób politycznie poprawny. Również w tym sensie, że nie posługiwałem się dzisiejszym swobodnym czy wulgarnym językiem.

                Można by polemizować, czy stwierdzenie, że rząd się sam wyżywi, było poprawne i nikogo nie urażało. Ale dążę do tego, że ten słynny wulgarny Urban to tak naprawdę słodko-gorzki owoc upadku komunizmu. Trudno by mi było znaleźć w Polsce kogoś, kto testowałby granice nowej wolności słowa bardziej skwapliwie. A pan chwilę wcześniej był generałem armii tłumiącej tę wolność.
                – Co tylko dowodzi, że sam z tego powodu cierpiałem.

                Aha. Czyli nie będzie żadnego bicia się w piersi pt. „Byłem głupi”?
                – Nie będzie. Wie pan, ja na każdym etapie swojego życia publicznego mógłbym się z czegoś tłumaczyć. Na przykład ze stalinizmu tłumaczyłem się tak dalece, że...

                Zaczął pan kłamać. Zmyślił pan donos na nauczycielkę języka polskiego. Rzecz miała miejsce w tekście „Wyznania nawróconego cynika” opublikowanym na łamach „Po Prostu” w 1956 r. Tygodnik nie był cyniczny, to byli młodzi komunistyczni kontestatorzy, którzy mieli dość hipokryzji partii i skorzystali z odwilży. A z panem ten cynik został już na całe życie.
                – O, proszę! Dostaje pan piątkę z Urbana! [śmiech]

                ZAWSZE NA CZTERY ŁAPY
                To w końcu jak ważna jest dla pana wolność słowa?
                – Jestem za absolutną wolnością słowa. I wiem, co pan chce powiedzieć. Nie byłem za absolutną wolnością słowa jako członek ekipy rządzącej prowadzącej cenzurę i propagandę państwową.

                No i?
                – No i nie ma tu sprzeczności, bo ja w obrębie tamtej władzy zawsze się starałem o powiększenie wolności słowa...

                W tym momencie spora część, zwłaszcza starszych, czytelników wybucha śmiechem.
                – ...a przede wszystkim powiększałem własną wolność słowa.

                To niech pan opowie, w jaki sposób starał się pan w latach 80. o powiększenie nie tylko własnej wolności słowa.
                – Na przykład starałem się nieudolnie złamać monopol Komitetu Centralnego na sterowanie telewizją, czyli zrobić coś, co dzisiaj byłoby zmniejszeniem wpływu Kaczyńskiego na Kurskiego. Stąd te moje listy do Kiszczaka, żeby stworzył swoją telewizję. Chodziło mi o jakąś inną potęgę medialną, która weźmie Mariusza Waltera jako najbardziej zdolnego twórcę telewizyjnego i z nim zrobi telewizję bardziej dla ludzi niż dla władzy.

                Przecież pan w tym liście do Kiszczaka proponował utworzenie w MSW pionu, którego celem byłaby m.in. „realizacja czarnej propagandy” oraz „prowadzenie przemyślanej, zręcznej i stałej kampanii na rzecz zmiany obrazu SB, MO i ZOMO w społeczeństwie i inicjowanie akcji tych służb dla ocieplenia ich wizerunku”. Nie brzmi jak telewizja „bardziej dla ludzi”...
                – Czym innym jest argumentacja, a czym innym są cele, które mi przyświecały. No nie mogłem mówić wprost, musiałem to jakoś uzasadnić.

                Paradoks polega na tym, że pan sam w życiu nieraz bywał ofiarą cenzury. Nie wszyscy wiedzą, że pan dwukrotnie miał od Gomułki zakaz druku i że wiele razy cenzura zdejmowała panu gotowe teksty. Naprawdę nie widzi pan sprzeczności z tym, co robił pan w latach 80.?
                – Ja sobie specjalnie policzyłem przed naszą rozmową, że w życiu pięć razy skręcałem politycznie kark. Najpierw stalinizm, potem antystalinizm, „Po Prostu”, Jaruzelski, liberalizm... I za każdym razem udawało mi się wypływać z powrotem na jakiejś innej fali.

                CDN...
                • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 10:59
                  Zawsze lądował pan na cztery łapy.
                  – Zawsze. I ? propos tych filmików, to właśnie robię taki zwrot. Wychodzę z roli Goebbelsa stanu wojennego ku jakiejś ideologii polityczno-humorystycznej. Co, wbrew pozorom, ma znaczenie polityczne – młodzież zasygnalizowała, że mniej licznie głosuje na PiS, więc te moje wygłupy są częścią nurtu politycznego, który będzie decydował o przyszłości Polski.

                  To okazuje się, że pan tym „wygłupom” jednak przypisuje nie byle jaką rolę. Ale jeszcze jedno ? propos przeszłości. Te kolejne pańskie zwroty często były na opak, wbrew większości. Kiedy jeszcze nie istniała żadna opozycja serio, pan działał w „Po Prostu”, a potem miał zakaz druku. Kiedy miliony wstępowały do „Solidarności”, pan wstępował do rządu Jaruzelskiego. Kiedy tłumy kochały Jana Pawła II, pan zawzięcie go zwalczał...
                  – Bo inaczej ja bym nie istniał. Bez tej przekornej postawy, także przekornej postawy reżimowca w stosunku do obozu „Solidarności”, którego po dziś dzień nie lubię. Takich, co płyną z prądem i ze wszystkimi zmianami, to są miliony.

                  Ale wiele osób ze środowiska „Po Prostu”, a też i z „Polityki”, później przeszło na drugą stronę lub przynajmniej sympatyzowało z „Solidarnością”. Czy pan potrafi sobie wyobrazić, że działa razem z Wałęsą, Michnikiem czy Kuroniem?
                  – To nie wchodziło w grę.

                  Od którego momentu?
                  – Od strajku w Stoczni Gdańskiej. Pomijając wszystkie argumenty – nacjonalizm, publiczna religijność, strajkomania – miałem jeszcze wobec „Solidarności” ten zarzut, że oni w ogóle nie umieją liczyć. A tym samym grożą podstawom egzystencji kraju. Wśród pierwszych postulatów „Solidarności” był i ten, że każdy po pięciu latach pracy dostaje mieszkanie.

                  Piękny lewicowy postulat. Marzy mi się i dzisiaj.
                  – Bardzo piękny. Tylko ja pierdolę taką lewicę. Czy pan wie, co by to znaczyło w pieniądzach? Że po pięciu latach pracy dostaje się nagrodę za ćwierćwiecze pracy. Tego to nie wytrzyma żadne społeczeństwo, żadna gospodarka.

                  Bo w gospodarce socjalistycznej nie było żadnych nielogiczności i przesad...
                  – Ale najdłużej bym mógł o tym, jak się robiło reformy gospodarcze, panu opowiadać! Tylko że myśmy dążyli do wprowadzenia gospodarki rynkowej stopniowo, a „Solidarność” w ogóle była przeciw wszelkiej gospodarce rynkowej.

                  Czyli to oni, a nie wy, byli prawdziwymi komunistami?
                  – Oni byli prawdziwymi populistami.

                  JERZY URBAN: NIE MYŚLĘ O ŚMIERCI
                  A pan się czuje człowiekiem spełnionym? I dlaczego nie?
                  – Czuję się spełnionym i dlaczego miałbym się czuć niespełnionym?

                  Choćby dlatego, że był pan rzecznikiem rządu i prezesem telewizji, ale nigdy nie rządził pan lewicą ani nie został prezydentem wszystkich Polaków. O roli premiera, który ma dużo większą władzę, nie mówiąc.
                  – Nigdy nie miałem takich ambicji ani nawet takich fantazji, bo wiedziałem, że się do tego po prostu nie nadaję. Jako rzecznik zasiadałem w różnych komisjach pracujących nad projektami ustaw, rozporządzeń, w różnych komitetach, czytałem wszelkie diagnozy ekspertów, żeby wiedzieć, jakie będą kontrargumenty wobec naszych posunięć. I tylko się utwierdzałem w tym, że nie chcę odpowiedzialności innej niż za słowo. Nie chciałem podejmować decyzji.

                  A co się stało z pańskimi ambicjami politycznymi po 1989 roku? Wyparowały?
                  – Stały się nierealne, gdy triumfalnie zwyciężyła „Solidarność”. Ale po chwili, przy władzy lewicowej, byłem już bardzo wpływowym politycznie człowiekiem.

                  Szarą eminencją.
                  – Wpływowym doradcą. Tu, w tym domu, a ściślej mówiąc: tam [Urban wskazuje ręką dalszą część salonu], prezydent Kwaśniewski i premier Miller wygarniali sobie wzajemne pretensje, a ja byłem arbitrem.

                  Chce mi pan powiedzieć, że zamiast jątrzyć, łagodził pan nastroje?
                  – Tak, choć już nie pamiętam zupełnie, o co chodziło.

                  „Niestety, Zygmuntem Baumanem nie jestem. Rola mędrca odpada. Zaś papieżem lewicy zostać nie mogłem, bo nie miałem za sobą imponującej im legendy Michnika ani silnego, zwartego i twórczego środowiska. A teraz nie mam przed sobą żadnych celów ani żadnego łakomstwa na starcze kariery”.
                  – No zgadza się wszystko.

                  I nie ma tu ukrytej goryczy? Więc inne niespełnienie, to w walce z Kościołem. Od 30 lat w „NIE” ataki na Kościół, kler, religię, pedofilów w sutannach. Posłanka Lichocka twierdzi, że to „NIE” wyznaczyło drogę rozwoju dla „Wyborczej” czy TVN. Ale Kościół wcale nie jest słabszy niż w latach 90., Rydzyk buduje na potęgę, pedofile w sutannach chodzą bezkarni.
                  – Czuję się spełniony i zwycięski, ponieważ byłem prekursorem nurtu, który nabiera znaczenia. Kościół przez następne kilkadziesiąt lat całkowicie nie zniknie, ale przecież już się bardzo kurczy.

                  Kurczy? Mamy sojusz tronu z ołtarzem.
                  – Kurczy się jego prestiż społeczny, liczba wyznawców i inne wskaźniki, coraz więcej jest antyklerykałów. I to wszystko moja działka.

                  A dlaczego pan właściwie nie wierzy w Boga? Skąd się panu to niedowiarstwo i bezbożnictwo wzięło?
                  – Wzięło się od kilku pokoleń moich przodków, a więc od braku otoczenia religijnego i tego rodzaju tradycji w domu.

                  Ale dzieci często robią wbrew rodzicom, buntują się.
                  – Ja im robiłem wbrew na innych polach. Dlaczego ja nie wierzę, to jest pytanie z rzędu takich jak „Dlaczego pan nie jest schizofrenikiem?”. Albo: „Dlaczego nie jesteś leworęczny?”.

                  CDN...
                  • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 11:00
                    Chce mi się pan pożalić, że nie dostał pan łaski wiary?
                    – O właśnie!

                    Czyli pan jest jednym z tych ateistów, którzy tęsknią za Bogiem.
                    – Gdyby to nie było karalne, tobym panu szczerze powiedział, co ja naprawdę myślę o Bogu.

                    Im jest pan starszy, tym jest pan mniej czy bardziej bezbożny?
                    – Bez zmian, tak samo od urodzenia. Już jako mały chłopiec w czasie okupacji, kiedy musiałem z matką chodzić do kościoła, bo to był niezbędny kostium i byłem wszystkiego uczony, modlitw i innych reguł, wiedziałem, że to nie jest prawdziwe. Ale na tej wsi, jak to na wsi, nie było niczego innego niż kościół, to było jedyne życie kulturalne, jedyna muzyka, jedyne dekoracje i jedyne widowisko. Więc lubiłem chadzać do kościoła, ale z Bogiem to nie miało nic wspólnego.

                    A kiedy pan był ostatni raz w kościele?
                    – [milczenie]. Naprawdę nie pamiętam.

                    A na pogrzebach?
                    – Nie wchodzimy do kościoła.

                    Stoicie ostentacyjnie przed, jak Jaruzelski na pogrzebie swojej mamy?
                    – Tak.

                    O śmierć mogę pana spytać?
                    – Może pan. Ale ja nie myślę o śmierci.

                    To ciekawe, bo wiele pańskich filmików kręci się wokół motywu śmierci. Urban udaje, że nie żyje, Urban z szubienicą, Urban na grobie rodziców, Urban trafia do piekła. Zgrywa ze śmierci, oswajanie jej?
                    – Być może ma pan rację. Ale ja naprawdę o tym nie myślę.

                    Jako ateista nie może pan się pocieszać perspektywą życia wiecznego czy czekającymi w niebie hurysami. Nie przeraża to pana?
                    – Jestem przerażony śmiercią tylko wtedy, kiedy mi coś zagraża fizycznie. Albo gdy mnie boli.

                    A czy pan sobie czasami powtarza: „Boże, jeszcze nie teraz”?
                    – Nie. Ale raz w życiu, po maturze, miałem wpadkę religijną. Nieświadomie zająłem wtedy postawę religiancką. Mianowicie robiłem zakłady ze sobą, że jak mnie nie wezmą do wojska, to wieczorami nie będę pił więcej niż ćwiartkę [śmiech]. To był moment raczej parareligijny, bo do Boga się nie odwoływałem, ale jeśli robiłem ze sobą zakłady, to był w tym pierwiastek...

                    Irracjonalny, a więc boski?
                    – Tak jest.

                    Ostatnie pytanie metafizyczne. Czy chciałby pan żyć wiecznie? Albo tak z 200-300 lat?
                    – Gdyby to było możliwe, musielibyśmy usiąść do stołu i negocjować warunki. Bo jak miałbym oddychać tak jak teraz lub tak jak będę prawdopodobnie oddychać za 10 lat, to już lepiej w ogóle.

                    Żona: Do mnie ostatnio pisze jeden facet w internecie i pyta, czy to prawda, że Urban umarł. Odpisałam: „Święta prawda, tylko błagam, nikomu o tym nie mów”. Więcej się nie odezwał.

                    „NIE” JAK RADIO MARYJA
                    To jeszcze jeden wątek niespełnieniowy, czyli tygodnik „NIE”. Kiedyś sprzedawaliście pół miliona, a dzisiaj średnio 23,5 tys. egzemplarzy. Czy „NIE” jest zagrożone?
                    – Jest. I jest deficytowe?

                    Prawie milion na minusie, 945 tys. zł straty.
                    – A skąd pan ma tę informację?

                    Ze sprawozdania złożonego w KRS przez wydającą „NIE” spółkę Urma, której jest pan prezesem. Nie wiedział pan?
                    – Wiem, czego jestem prezesem, i wiem, że tyle dokładam do interesu. Tylko nie wiedziałem, że pan też to wie.

                    Wyprzedził was „Tygodnik Powszechny”, a tak się pan nabijał w felietonach przed laty, że nie czyta go nikt oprócz tych, którym lekarze zapisują go jako najskuteczniejszy z dostępnych środków nasennych.
                    Żona: Patrz, jaki przygotowany skurwysyn! [śmiech] Stać nas i dopóki damy radę, to będziemy „NIE” utrzymywać. To pismo autorskie i dopóki żyje Urban, dopóty będzie wychodzić.

                    A co potem?
                    – Gdyby chciał pan dołączać teraz do naszej redakcji, no to ja panu nie radzę.

                    Moja teoria: największą słabością tygodnika „NIE” jest fakt, że przez 30 lat to pismo nie dorobiło się pióra lepszego niż pańskie.
                    Żona: Oczywiście, że jego jest najlepsze!

                    Może pan niczym Kaczyński czy Tusk ścinał głowy wszystkim, którzy zanadto wyrastali u boku, i pilnował, by żaden wielki talent się nie objawił?
                    Żona: A daj spokój, broń Boże! To nie Urban, to nie jest jego natura!

                    A dlaczego dzisiaj sprzedajcie tak mało? Czy z „NIE” jest jak z Radiem Maryja, że naturalnie wymierają wam odbiorcy?
                    – To też. Bo o ile internet ma młodych odbiorców, to my mamy starych. Ale myśmy te wyżyny, gdy nakład osiągał 750 tys. egzemplarzy, osiągali...

                    Żona [przerywa]: A czy czytałeś felietony Urbana ze „Szpilek”?

                    Urban [poirytowany]: Gosia, ja tak nie mogę... No i znów to samo, już nie mam pojęcia, co chciałem powiedzieć...

                    Żona: To po co się ze mną żeniłeś?

                    Urban: Żebyś cicho siedziała. Liczyłem na to, że po ślubie się zmienisz.

                    [oboje wybuchają śmiechem].

                    [Przerwa] Gdzie znajdę toaletę?
                    – Musi się pan kierować prosto do biura poselskiego Leszka Millera.

                    [I rzeczywiście, toaleta mieści się za drzwiami z napisem „Biuro poselskie Leszka Millera. FILIA”].

                    Naprawdę lajkowanie postów na popularnym facebookowym profilu „NIE”, zaśmiewanie się z filmików Urbana na YouTubie nie przekłada się na sprzedaż „NIE”? To są setki tysięcy użytkowników.
                    – Zupełnie nie. Ale to u wszystkich tak działa. Tymczasem przypomniałem sobie, co chciałem powiedzieć. Dlaczego nam tak spadło? Otóż dlatego, że myśmy byli pismem podtrzymującym godność komuchów w latach 90. I ta publiczność wielbiła nas i kupowała. Czuli się sponiewierani i zaszczuci, a to była ich trybuna opluwająca to, co ze sobą przyniósł Balcerowicz i liberałowie.

                    CDN...
                    • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 11:02
                      I za stworzenie takiej trybuny chce pan przepraszać?
                      – Tak. Ale nie chodzi o to, że ja smarowałem miód na serca komunistów, tylko ludzi, którzy źle się poczuli po 1989. Chodzi nie o dawne władze, ale o sprzedawczynię w GS-ie, która miała mięso spod lady i przez to wysoką pozycję społeczną, a nagle ją utraciła. Były rzesze ludzi niezaangażowanych ideologicznie, a czerpiących jakieś korzyści z minionego ustroju.

                      I te osoby były po nim w żałobie, a ja byłem wyrazicielem tej żałoby. No ale robiłem to wszystko, zresztą z całego przekonania, kosztem odcinania się od prywatyzacji i w ogóle od wszystkiego, co wiąże się z tzw. planem Balcerowicza.

                      Czegoś więc pan jednak dzisiaj żałuje...
                      – Tak, nie zgadzam się z ówczesną lewicową narracją odrzucającą kapitalizm. Myliłem się, przedstawiając Polskę pod rządami kapitalizmu jako ruinę.

                      Samokrytyka szokująca niczym terapia szokowa. Wolny rynek?
                      – Krytykowałem do pewnych granic, bo zawsze, nawet w socjalizmie, byłem jego zwolennikiem. Jestem z tygodnika „Polityka”, a nie ze stowarzyszenia Grunwald.

                      A pan nie przeprasza za atakowanie liberałów po prostu dlatego, że sam został pan kapitalistą i milionerem?
                      – Zapewne tak. Ja gdzieś tam jestem postmarkstistą i nie przeczę, że mój byt w jakimś stopniu określa świadomość.

                      Więc dzisiaj nie pluje pan już na Balcerowicza, tylko na Kaczyńskiego. Za co pan tak go nienawidzi?
                      – Ja nie nienawidzę Kaczyńskiego. Dobrze, może jest to nienawiść, ale nie osobista, tylko nienawiść wobec nurtu, który on reprezentuje i w którym odgrywa rolę czynnika miarkującego, ale i radykalizującego.

                      Gdy dzisiaj czyta się pańskie felietony, zwłaszcza te z pierwszej połowy lat 80., np. zbiór „Samosądy”, to brzmią jak pisane przez jednego z pisowskich propagandystów.
                      – O czym pan mówi?

                      Atakuje pan bojkotowanie rządu przez aktorów, masakruje Wajdę, występuje przeciwko Trybunałowi Stanu wobec rządzących, polemizuje z „emigrantami wewnętrznymi” i „zdrajcami” donoszącymi na Polskę za granicą, występuje przeciwko swobodzie atakowania ustroju i państwa polskiego.
                      – Wszystko się zgadza. Co tylko potwierdza, że wszystkie autorytarne władze są do siebie podobne. I przecież to zarzucamy PiS-owi. Że upodabnia się do PRL-u. Ale różnica jest zasadnicza.

                      I na czym polega?
                      – Ważna jest tendencja. A nasza tendencja, z pewnymi zahamowaniami, była liberalizacyjna. I to przez dziesiątki lat! Natomiast tendencja PiS-u jest odwrotna – ku coraz bardziej autorytarnej i zamordystycznej monowładzy.

                      Czyli pan chce mi po prostu powiedzieć, że PiS jest jeszcze gorszy od komunistów?
                      – [żachnięcie] Oczywiście! I uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 lat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.

                      To co panu w PiS-ie przede wszystkim przeszkadza?
                      – Nacjonalizm, klerykalizm, skłonności zamordystyczne, progresja w autorytaryzmie...

                      A zarazem 500+, wyższa pensja minimalna, Polacy wstający z kolan i znów szybciej odchodzący na emeryturę...
                      – Cofnięcie się z wiekiem emerytalnym to całkowita krótkowzroczność.

                      A 500+?
                      – Raczej przeciw. Znamy wszyscy na pamięć, że zrobiło wiele dobrego, ale jednocześnie zahamowało społeczny charakter wszelkich usług na rzecz bachorów. Wszystkie te płatne żłobki, przedszkola...

                      A za coś by mógł pan PiS pochwalić?
                      – [milczenie] Niczego nie znajduję.

                      Żona: Wtrącę się. Ja i Jurek dostajemy od PiS-u 13. emeryturę.

                      No i już pan ma za co chwalić Kaczyńskiego z Morawieckim!
                      – Wolę mieć te marne 4 tysiące więcej, niż ich nie mieć. Ale uważam ten automatyczny przydział za nonsens. Przecież nie jesteśmy jedynymi ludźmi, u których to jest niezauważalne.

                      CDN...
                      • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 05.09.20, 11:04
                        A czy pan mógłby siąść do stołu np. z moimi kaszubskimi wujami i pogadać?
                        – Bardzo chętnie, gdyby tylko chcieli siąść ze mną do stołu. Nie uważam, że na PiS głosują tylko idioci.

                        No to cytat z epoki wcale nie tak odległej. Październik 1999: „Polacy jest to bowiem naród idiotów, który bardzo się rozczula, że mu się premier uwija po ulicach miast i miasteczek, zelówki zdziera. Poczciwy lud katolicki na pewno się nie domyśli, że to doradcy wypracowali świeże oblicze rządu, frontem do ludu uśmiechnięte. Miało być nowe otwarcie władzy, więc Buzek zapierdala”.
                        – Ja bym powiedział inaczej. Że są pewne, nie tylko w naszym kraju, postawy powszechne, które wyrażają zbiorowy idiotyzm i łatwowierność. Natomiast ja od lat piszę felieton i blog, a wcześniej pisałem dwa-trzy duże felietony tygodniowo, a pan jest przygotowany jak na wojnę, więc może stamtąd wszystko wyłowić i pytać, co ja na to? Znajdzie pan wszystko.

                        No dobrze, ale czy pan się wypiera swoich słów?
                        – Których? Bo ja już prawie niczego nie pamiętam. Ani z tego, co pisałem, ani z tego, co mówiłem.

                        POMNIK JERZEGO URBANA NA PLACU ZBAWICIELA
                        To może chociaż coś się jeszcze panu marzy oprócz przegranej PiS-u?
                        – Chcę lepszego oddechu, sprawniejszych nóg i mojej dawnej pamięci. Zgodnie z tym, jakie marzenia mogą mieć takie pryki jak ja.

                        A oprócz zdrowia? Nie marzy się panu np. pomnik Urbana?
                        – O, pomnik. Tak, bardzo bym chciał, żeby mnie obwiązywali tymi tęczami i mi wsadzali swoje flagi. Byłbym zadowolony, gdyby zajmowano się mną nie tylko jako hasłem „Urban” w internecie, ale również jako monumentem starości.

                        Byłby to pomnik nieustannie atakowany, obalany, oblewany farbami, więc może miejsce po tęczy na placu Zbawiciela byłoby najbardziej odpowiednie?
                        – Dobra lokalizacja.

                        A jak pan sobie wyobraża taki swój pomnik? Bo chyba nie jako klasycznego staruszka na ławeczce, do którego można się przysiąść?
                        – Nie. Raczej tak, że mam spuszczone spodnie, wypinam gołą dupę i jednocześnie pokazuję wszystkim środkowy palec.


                        87 lat prowokacji Jerzego Urbana
                        Dziennikarz, publicysta, polityk. Ur. w 1933 r. w rodzinie łódzkich żydowskich inteligentów (ojciec dziennikarz, działacz PPS-u, przedsiębiorca). Wojnę Urbachowie przeżyli, ukrywając się na Kresach. Jako nastolatek wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej. W wieku 18 lat został dziennikarzem „Nowej Wsi”, kilka lat później dołączył do zespołu „Po Prostu” – słynnego tygodnika młodych reformatorów kontestujących wzorowany na stalinowskim model komunizmu. Po końcu odwilży objęty zakazem publikacji, przygarnięty przez reprezentującą liberalny nurt w partii „Politykę”, gdzie pisał pod pseudonimem. Zakaz publikacji zdjęto zeń po śmierci Gomułki.

                        Choć światopoglądowo, duchowo i z dawnych lat towarzysko bliżej mu było do ludzi z opozycji demokratycznej, to miał sceptyczny stosunek do postulatów zbuntowanych w 1980 r. robotników, irytował go rodzący się kult Wałęsy, masowe zapisywanie się do „Solidarności” uważał za „owczy pęd”.

                        Popychało go to w stronę obozu władzy – w styczniu 1981 r. napisał do I sekretarza KC PZPR list z poradami, jaką strategię wobec „S” powinno się zastosować. Na początku sierpnia 1981 r., w samym środku karnawału „Solidarności”, podsunął mu pomysł, by poinformować w mediach, że „S” zerwała rozmowy z rządem (zostały jedynie zawieszone): proszę, oto związek pozoruje chęć porozumienia, a dąży do konfrontacji. Po kilku tygodniach został rzecznikiem rządu i był nim aż do 1989 r.

                        Nazywany „Goebbelsem stanu wojennego”, uprawiał tyleż cyniczną (słynne „rząd się sam wyżywi”), co błyskotliwą propagandę (zasłynął oświadczeniem, że wyśle śpiwory dla marznących bezdomnych w Nowym Jorku).

                        Jego showmańskie cotygodniowe konferencje prasowe gromadziły tłumy dziennikarzy i widzów przed telewizorami. Nieustannie prowokował – w felietonach m.in. zarzucił ojcu Kolbe antysemityzm (dziś to uznana teza, wówczas wielki skandal), nazwał ks. Jerzego Popiełuszkę „Savonarolą antykomunizmu” i oskarżył o „seanse nienawiści”. Przez kilka miesięcy 1989 r. szef publicznej telewizji i radia.

                        Bezpartyjny aż do Okrągłego Stołu, kiedy złożył wniosek o członkostwo w PZPR. Od 1990 r. najpierw w Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, potem – do 2004 r. – w Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zajadły krytyk jego zdaniem zbyt liberalnej, nie dość lewicowej polityki Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego.

                        W 1990 r. założył ukazujący się do dziś antyklerykalny, obrazoburczy tygodnik „NIE”, który przez kilka lat bił rekordy sprzedaży. Bohater licznych procesów, m.in. za szerzenie pornografii (pokazał w „NIE” kobiece genitalia) i obrazę Jana Pawła II (nazwał papieża „sędziwym bożkiem, żywym trupem i Breżniewem Watykanu”, a jego pielgrzymkę do Polski w 2002 r. „obwoźnym sado-maso”). W zeszłym roku porównał odstrzał dzików do Holocaustu.

                        Lubi epatować bogactwem i sybaryckim stylem życia. Ma córkę i dwójkę wnuków. Obecnie żonaty z Małgorzatą Daniszewską, wydawczynią czasopisma „Art & Business”.

                        Ateista.

                        wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26267928,jerzy-urban-jestem-jak-edith-piaf-minus-glos-niczego-nie.html#weekend#S.W-K.C-B.1-L.1.duzy
                        • walmart.ca Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 06.09.20, 03:06
                          No, panie, kurwa, cy-mes, kurwa, cymes...
                          • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 06.09.20, 09:26
                            Zawsze, no może nie zawsze, ale tak od 20 lat, od lat 00 lubiłem pana Urbana, głównie dlatego, bo się się zorientowałem, że wywołuje gigantyczny ból dupy u katolików.

                            Kłaniam się nisko.
                            • walmart.ca Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 06.09.20, 19:03
                              Kłamca i cynik, ale młodzi go lubią, bo jest jakąś odtrutką na polskie kato-kołtuństwo i hipokryzję. I jak to kiedyś zauważył był znakomity Marek Raczkowski (www.projektowaniegraficzne.pl/marek-raczkowski/ ) – Jerzy Urban przy Janie Pawle II to święty po prostu. No i zabawny i inteligentny.
                              • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 07.09.20, 07:30
                                A tak poważnie, to kiedy było to jeszcze dostępne w intrenecie, za czasów Kwaśniewskiego i Millera to czytałem regularnie felietony pana Urbana. Rozjeżdżał tych kretynów z SLD; to było przenikliwe, inteligentne i... prawdziwe.

                                Kłaniam się nisko.
    • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 09.09.20, 07:35
      Dawid Warszawski

      Dać trybunę Jerzemu Urbanowi - żenada i wstyd

      Używanie łamów "Wyborczej" na to, by Urban mógł raz jeszcze powiedzieć, że miał rację, jest nadużyciem zaufania i wobec czytelników "Wyborczej", i ludzi, którzy ją współtworzyli, i publikujących w niej autorów.

      Wrzucane do internetu filmiki Jerzego Urbana są, jak mi mówią osoby używające mediów społecznościowych, bardzo popularne wśród młodzieży. Zjawisko to być może zasługuje na omówienie w artykule o patostreamingu, choć trudno mi sobie wyobrazić, by można było coś dodać do niedawnego obszernego materiału „Newsweeka" na ten temat. Gdyby jednak taki artykuł w „Gazecie” powstał i miał być zakwalifikowany do druku, z całą pewnością powinny się w nim też znaleźć wypowiedzi samego autora filmików.

      Nic natomiast nie uzasadnia wywiadu-monstrum, opublikowanego w minioną sobotę, prócz ewentualnej chęci dania trybuny rzecznikowi stanu wojennego. W kwestii filmików wywiad jest wtórny wobec materiału „Newsweeka", w pozostałych – wobec wywiadów z Jerzym Urbanem, jakie „Wyborcza” już publikowała. Nie zaskakuje zwłaszcza, że Urban z dumą broni swych politycznych wyborów. Gdyby jeszcze przy okazji ujawnił jakieś nieznane historyczne fakty lub materiały – na przykład dowód na to, że Adam Michnik był jednak na żołdzie CIA, albo że WRON to byli reptilianie, ale ci dobrzy, warto byłoby może to drukować.

      Używanie jednak łamów „Wyborczej” na to, by Urban mógł raz jeszcze powiedzieć, że miał rację, jest nadużyciem zaufania i wobec czytelników „Wyborczej”, i ludzi, którzy ją współtworzyli, i publikujących w niej autorów. Należąc do wszystkich trzech grup, chcę powiedzieć, że redakcja zrobiła nam świństwo.

      Nie ma znaczenia fakt, że autor wywiadu, Grzegorz Wysocki, co chwila podkreśla, że się z Urbanem nie zgadza. Równie dobrze bowiem można by zrobić wywiad z antysemitą, rasistą, homofobem czy mizoginem, pozwalając im wyłożyć ich poglądy, i deklarując sprzeciw; sądzę zresztą, że bohater wywiadu Wysockiego chętnie by również z takimi poglądami na łamach „Wyborczej” wystąpił. Liczy się bowiem nie sprzeciw „Wyborczej”, lecz trybuna, którą ona udostępniła. Udzielenie jej bowiem oznacza, że uznajemy poglądy rozmówcy za zasługujące na publiczną prezentację, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Innymi słowy, „Wyborcza” właśnie otworzyła spór o to, kto w stanie wojennym miał rację. Żenada i wstyd.

      Ja wiem, że „Wyborczej” nie chodziło wcale o to, kto miał wtedy rację, a jedynie o klikalność. Ale usiłowałem nadać jej wyborowi jakieś merytoryczne uzasadnienie.

      wyborcza.pl/7,75968,26280960,dac-trybune-rzecznikowi-stanu-wojennego-zenada-i-wstyd.html#S.main_topic-K.P-B.3-L.3.glowka
      • walmart.ca Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 09.09.20, 10:22
        Ostatnie zdanie p. Warszawskiego ujmuje sprawę trafnie i prosto - co zresztą sam Urban 'wytknąl' niejako Wysockiemu - a oburzone 'uzasadnienie merytoryczne' tego art. zatrzyma odplyw (moze) starych czytelników.... Biedna Wyborcza.
        • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 09.09.20, 11:08
          Żałosny jest pan Warszawski. Okazuje się, że pan Urban wywołuje ból w dupie nie tylko u katolików.
          Mea kulpa.

          Kłaniam się nisko.
          • walmart.ca Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 09.09.20, 21:22
            wyborcza.pl/7,75968,26284844,trzeba-przebijac-banki-polemika-z-warszawskim-wokol-wywiadu.html#S.main_topic-K.C-B.3-L.1.glowka
            • diabollo Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 09.09.20, 21:41
              Pani Płatek jak zawsze zwyczajnie mądry człowiek.

              Kłaniam się nisko.
      • grzespelc Re: Jestem jak Edith Piaf minus głos Niczego nie 10.09.20, 00:40
        Pan Warszawski niestety zatrzymał się30 lat temu i nie zauważył, że w kalendarzu mamy 2020, a nie 1990, o którym to w tej chwili dorosłym ludziom trzeba opowiadać, bo ich na świecie nie było.
        To tak jakby chciał w 1946 r. walczyć z caratem.
Pełna wersja