Radek Rak, laureat Nike 2020

05.10.20, 07:41
Radek Rak, laureat Nike 2020: Oglądałem Robin Hooda, dziadek skrzywił się. I opowiedział o Jakubie Szeli
WYWIADNatalia Szostak

- Moi przodkowie byli chłopami. To, co słyszałem w szkole o Szeli, o rabacji, to była narracja kogoś innego. Czułem, że to nie jest opowieść mojej rodziny, to nie jest głos moich przodków. Pomyślałem, że dam głos tym ludziom, którzy go nie mieli - mówi Radek Rak, laureat Nike 2020 za powieść "Baśń o wężowym sercu. Wtóre słowo o Jakóbie Szeli".

Powieść "Baśń o wężowym sercu. Wtóre słowo o Jakóbie Szeli" Radka Raka została laureatką Nagrody Literackiej "Nike" 2020. Więcej o nagrodzie na końcu tekstu i na stronie wyborcza.pl/nike

Rozmowa z Radkiem Rakiem, zwycięzcą Nagrody Literackiej "Nike" 2020.
NATALIA SZOSTAK: Napisał pan książkę o Jakubie Szeli, przywódcy chłopskiego powstania przeciwko szlachcie.
RADEK RAK: Co jakiś czas ten Szela się komuś przypomni.

No to dlaczego teraz przypomniał się panu?
– Pierwsza przyczyna jest prozaiczna. Zawsze chciałem napisać o swoich rodzinnych stronach, o miasteczku Dębica na Podkarpaciu i jego okolicach. Akcja powieści, które czytałem, działa się w Londynach, Nowych Jorkach, Warszawach, Krakowach, Petersburgach, a w Dębicy jakoś nie. Miałem poczucie ogromnego braku. Pomyślałem sobie, że jestem swoim okolicom winny jakąś opowieść.

Szela u pana jest bohaterem jak z Marqueza. Może wyciągnąć serce i komuś je oddać, zakochuje się w dziewczynie, która włada przyrodą, rozmawia ze zwierzętami.
– Na swój użytek definiuję fantastykę za pomocą "brzytwy Lema": jeśli z książki wytniemy elementy nadprzyrodzone i cała historia dalej się trzyma kupy, to nie jest to fantastyka. A jeśli po wycięciu wszystkiego, co dziwne, książka przestaje mieć sens, to wtedy mamy do czynienia z utworem fantastycznym. Według tej typologii fantastyką jest więc "Mistrz i Małgorzata", a nie jest nią "Sto lat samotności" Marqueza.

A „Baśń”?
– Jeśli wytniemy wężowe serce i inne elementy, to tej książki nie ma. W mojej prywatnej definicji jest to fantastyka. Ale są inni, mądrzejsi w tej kwestii, więc nie chcę się mądrzyć.

Pana poprzednie książki zdobywały nagrody środowiska zajmującego się właśnie fantastyką.
– „Baśń” jest pierwszą moją powieścią, która trafiła do szerszej publiczności.

Ja się na fantastyce wychowałem. Najpierw był Tolkien, a później Bruno Schulz, którego utwory według tej samej metody też pod literaturę fantastyczną można podciągnąć. "Hobbita" i "Władcę pierścieni" czytałem od bardzo wczesnego dzieciństwa, po Schulza sięgnąłem w wieku o wiele za wczesnym na Schulza. Ale wciągnęło mnie. Jestem przede wszystkim czytaczem.

„Baśń” na początku miała być zupełnie inną książką, pisałem o dębickich Żydach, a Szela miał się pojawiać jako wspomnienie w tle.

Wyszło inaczej.
– Im dłużej zagłębiałem się w temat, tym więcej znajdowałem ciekawych wątków, aż w końcu uznałem, że Szela zasługuje na swoją książkę.

Moi przodkowie byli chłopami. To, co słyszałem w szkole o Szeli o rabacji, to była narracja kogoś innego. Czułem, że to nie jest opowieść mojej rodziny, to nie jest głos moich przodków. Pomyślałem, że dam głos tym ludziom, którzy go nie mieli. Czyli właśnie chłopom.
Do tego doszło zainteresowanie lokalną historią. Kiedy zgłębiałem rzeczywistość pierwszej połowy XIX w. w Zachodniej Galicji, nie mogłem się nadziwić, że tak rzeczywiście mogło być. Uznałem, że także tym czasom należy się opowieść – zupełnie inna niż do tej pory.

o najbardziej pana zdziwiło?
– Czytałem choćby relacje z przesłuchań chłopów przez biurokrację austriacką po rabacji i zdobyłem wgląd na to, jak ci ludzie myśleli. Nie przypuszczałem, jak odmienny to był sposób myślenia. W popkulturze przy tworzeniu postaci z przeszłości często używa się wzorców współczesnych. Ci ludzie w książkach myślą i mówią niemal jak ludzie nam współcześni mimo że są średniowiecznymi chłopami czy starożytnymi Rzymianami.

Mnie z kolei zafascynowała ta przepaść w myśleniu. Postanowiłem wejść w ten sposób myślenia i chłopa, i szlachcica. Oczywiście źródeł szlacheckich jest nieporównywalnie więcej, choćby pamiętniki Franciszka Xawerego Preka, który był sąsiadem i przyjacielem rodziny Boguszów, szlachciców, z którymi Szela miał na pieńku. Mnóstwo tam historii plotkarskich, dziś Prek pisałby chyba do brukowców, ale można z jego pisania wyłuskać też uwagi, które dają dużo do myślenia. O Boguszach pisze na przykład: "Byli to czuli patrioci, ale chłopów traktowali po szlachecku". Ile się może kryć za tymi słowami!

Pamięta pan, kiedy po raz pierwszy usłyszał o Szeli?
– Smarżowa, wieś, w której Jakub Szela "żył i działał", znajduje się kilkanaście kilometrów w linii prostej od Dębicy. Jego postać pojawiała się w naszych rodzinnych legendach.

Musi pan opowiedzieć.
– Pamiętam, jak byłem dzieckiem i oglądałem serial o Robin Hoodzie. Kiedy zobaczył to mój dziadek, skrzywił się z pogardą i powiedział, że on mi opowie o prawdziwym Robin Hoodzie. W jego relacjach Jakub Szela urastał do rangi bohatera ludowego, dobrego zbója, Janosika, który zabiera bogatym, a daje biednym. W świadomości ludowej Podkarpacia Szela w taki sposób funkcjonuje, ma, czy też miał swoją białą legendę. Ona oczywiście jest historycznie fałszywa, ale jeśli na początku lat 90. ktoś jeszcze te historie opowiadał, to znaczy, że one do niedawna były żywe.

Mam wrażenie, że kultura oralna, tradycja opowieści w ciągu ostatnich 20-30 lat została zupełnie zarżnięta. Do tych rzeczy się nie wraca. Chciałem do tego nawiązać, dlatego "Baśń" to książka, która jest napisana jak gawęda. To książka mówiona bardziej niż pisana.

Która rodzinna historia o Szeli zrobiła na panu największe wrażenie?
– Sporo było takich standardowych opowieści zbójeckich, w których główną rolę mógł równie dobrze odgrywać Janosik, Robin Hood albo huculski Dobosz. Ja szczególnie zapamiętałem legendę o tym, jak Jakub Szela uratował chłopa z zamieci, każąc mu wejść do wnętrza wołka. Ta historia weszła do powieści.

Ucieszyłam się, że wołek przeżył tę przygodę. Ale pana książka opiera się nie tylko na opowieściach, widać ogrom pracy historyczno-researcherskiej.
– Do „Baśni" weszło może dziesięć procent tego, czego się dowiedziałem. W pisaniu książki nie chodzi przecież o to, żeby zreferować wszystko, co się przeczytało. Buszowanie po starych opracowaniach i materiałach źródłowych to była wielka przyjemność. Bardzo mi pomogła książka "Jakób Szela" Tomasza Szuberta i wskazówki mojego przyjaciela z Dębicy Arkadiusza Więcha, który obecnie zajmuje się historią Galicji na UJ. W samą powieść nie ingerował, ale podsyłał mi materiały, mówił: "Zobacz, przeczytaj". Praca z tą materią była dla mnie wejściem w zupełnie obce światy. Z powodu wykształcenia jestem nakierowany w zupełnie inną stronę. To było jak zdobywanie wiedzy od podstaw.

Całość:

wyborcza.pl/7,75517,26248082,kiedy-dziadek-zobaczyl-ze-ogladam-serial-o-robin-hoodzie-skrzywil.html#weekend#S.W-K.C-B.5-L.1.maly
    • walmart.ca Re: Radek Rak, laureat Nike 2020 05.10.20, 11:25
      Dzięki.
    • suender Re: Radek Rak, laureat Nike 2020 06.10.20, 21:14
      Radek Rak = Długie włosy ----> Krótki Rozum!
      Czy można od takiego przynajmniej minimalnego intelektu oczekiwać ?????????

      Wasz Suender.

      "Ciągle za dużo osób wciąż jest pod wpływem hipnotycznej propagandy socjalistycznej."
Pełna wersja