Dodaj do ulubionych

Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek...

07.10.20, 07:31
Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek powinien się zachowywać, jakby go nie było
Wojciech Orliński

Gdy chcemy krzewić dobro, na początek trzeba je nazwać dobrem, a łajdactwo - łajdactwem - głosił Tadeusz Kotarbiński.

Od wielu autorytetów słyszymy, że w Polsce nie ma innej tradycji myśli etyczno-moralnej niż tradycja katolicka. Że na katolicyzm, związane z nim sposoby myślenia i wartościowania – chcemy czy nie – jesteśmy skazani.

Gdy w odruchu sprzeciwu sięgniemy do dzieł najbardziej dziś wpływowych na świecie myślicieli niekatolickich zajmujących się problemami etycznymi i moralnymi – Australijczyka Petera Singera, Niemca Petera Sloterdijka czy Francuza Pierre’a Bourdieu – napotykamy mur. Nie tylko dlatego, że ich idee brzmią dla polskiego ucha podejrzanie wywrotowo, ale także dlatego, że stosowane przez nich pojęcia brzmią w języku polskim niezręcznie albo są zgoła nieprzekładalne. W filozofii Sloterdijka kluczowe jest pojęcie „cynizmu”, któremu jednak nadał własne znaczenie, podobnie jak innym używanym przez siebie pojęciom. Trzeba więc co chwila używać topornego przymiotnika „sloterdijkowski”. Jeszcze gorzej jest z Singerowskim „gatunkizmem”.

Stawia to nas, ludzi, którym z różnych powodów nie po drodze z Kościołem, na straconej pozycji. „Etyka świecka” brzmi może i dumnie, ale bardziej jak abstrakcyjny temat na seminarium doktoranckie niż jak realna opcja światopoglądowa, która mogłaby przynieść korzyść społeczeństwu tu i teraz.
Załóżmy więc, że szukamy ateistycznego rycerza Świętego Graala, definiując go następująco: filozof stuprocentowo ateistyczny, posługujący się przy tym nienaganną, przejrzystą, potoczną polszczyzną, a na dodatek tak mocno zakorzeniony w polskiej i światowej tradycji filozoficznej, że żaden teolog nie może go zbyć lekceważącym machnięciem ręki.

I oto poszukiwanie zakończone. W dodatku jego dzieła zebrane leżą na wyciągnięcie ręki w każdej przyzwoitej bibliotece. Nazywa się Tadeusz Kotarbiński.

Ateista najtwardszy
Filozof religii William Rowe wyróżniał trzy rodzaje ateizmu – przyjazny (zakładający, że teiści mogą mieć rację), indyferentny (zakładający, że to nie ma znaczenia) i nieprzyjazny (odrzucający możliwość przyznania teistom racji). Richard Dawkins, najsłynniejszy współczesny propagator ateizmu, posługiwał się z kolei siedmiostopniowym spektrum. Dawkins własną pozycję na swojej skali opisuje jako 6,9. Czyli nawet on dopuszcza jakieś 0,1 zwątpienia, że a nuż Bóg jednak istnieje.

Kotarbiński w obu tych skalach sytuuje się na najskrajniejszej pozycji. W skali Dawkinsa jest twardą siódemką – zdecydowanie twierdził, że Boga nie ma, a religia to „produkt chorej wyobraźni”, „fantazmat”, „oczywista nieprawda”. W skali Rowe’a – zdecydowaną trójką.

Kotarbiński wprawdzie doceniał Ewangelię i jej moralną refleksję, ale traktował ją po prostu jako dzieło literackie. W słynnym wywiadzie „Spotkanie z Tadeuszem Kotarbińskim” przeprowadzonym przez Aleksandra Małachowskiego postawił ją na jednej półce z „Lordem Jimem” Conrada i „Obroną Sokratesa” Platona. To uprzejme, ale stuprocentowe odrzucenie wiary.

Metafizyczny cukiereczek
W okresie Oświecenia wielu filozofów twierdziło, że jeśli nawet Bóg nie istnieje, należałoby go wymyślić, bowiem przyjęcie takiej „centralnej hipotezy” ułatwia nam definiowanie pojęć takich jak „dobro” czy „prawda”.

Kotarbiński, choć bez wątpienia spadkobierca Oświecenia, miał stanowisko odwrotne. Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek powinien się zachowywać, jakby go nie było. Powinien unikać łajdactwa, bo jest łajdactwem, a do rzeczy godziwych dążyć dlatego, że są godziwe.


Jeśli za dobre czyny oczekuje się nagrody, nie jest się człowiekiem dobrym, tylko wyrachowanym. I nie ma znaczenia, czy ta nagroda miałaby przybrać formę doczesnych dóbr materialnych, czy też być metafizycznym cukiereczkiem wręczonym po śmierci przez dobrotliwego starca z długą siwą brodą.

Porządny człowiek to taki, dla którego jedyną nagrodą jest zadowolenie z tego, że się porządnie zachowuje. Religia więc w najlepszym wypadku jest zbędnym przesądem, ale w skrajnej sytuacji – może nas popychać w stronę zła.

Filozofia jak chleb powszedni
Streszczam tutaj filozoficzne założenia Kotarbińskiego własnymi słowami nie dlatego, że nie umiałbym znaleźć odpowiednich cytatów, ale dlatego, że taka była wola profesora. Był „twardowszczykiem”, czyli wychowankiem szkoły filozoficznej Kazimierza Twardowskiego, zwanej, z uwagi na centra rozwoju, „szkołą lwowsko-warszawską”. Najważniejszym celem jej działalności było odbrązowienie filozofii, wprowadzenie jej do codziennego dyskursu, opowiadanie o niej za pomocą potocznych i intuicyjnie zrozumiałych pojęć, takich właśnie jak „godziwy”, „łajdacki” czy „przyzwoity”.

O swoim mistrzu Kotarbiński pisał tak: Twardowski „zastał filozofię u nas w podejrzanej kondycji, jako dziedzinę tak górnych rzekomo wzlotów umysłów wyższego rodzaju (czytaj: dziwaków bujających w obłokach), że zwykłemu rozsądnemu człowiekowi pozostawało tylko z daleka zdejmować kapelusz przed tymi niezrozumiałymi dlań wzniosłościami. Z uszanowaniem niby, naprawdę zaś... z satyrycznym uśmiechem”.

Osiągnął to, że wśród inteligencji lwowskiej – któż, kto czuje przynależność do tej warstwy, nie zawadził o Lwów! – filozofia na uniwersytecie zyskała opinię czegoś w rodzaju chleba powszedniego. „Słuchano filozofa, który celował pośród wykładowców w zaletach właśnie przeciwnych tradycyjnym wadom filozofowania. (...) Nic z propagandy takiego czy innego izmu , żadnych wieszczeń, żadnych ekstrawagancji natchnionej indywidualności, szukającej własnego słowa za wszelką cenę, ani trochę z pozowania na genialność...”.

To cytaty z laudacji, którą Kotarbiński napisał na cześć swojego mistrza z okazji przyznania mu nagrody miasta Łodzi w 1936 r. Nietrudno tutaj jednak zauważyć, że pisząc o Twardowskim, Kotarbiński opisywał też swój własny program działania – dalsze rozwijanie tradycji „filozofii jako chleba powszedniego”.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek... 07.10.20, 07:32
      Miasto „naj”: Lwów
      Kotarbiński był, jak się rzekło, jednym z najznamienitszych przedstawicieli szkoły lwowsko-warszawskiej, a właściwie, jak brzmi jej pełna nazwa, „matematyczno-filozoficznej szkoły lwowsko-warszawskiej”. Podwójny dualizm zawarty w jej określeniu pokazywał, że spotykały się w niej dwa środowiska, zwykle funkcjonujące odrębnie – humaniści i „ściślacy” połączeni wspólnym zainteresowaniem logiką.

      A także dwa miasta symbole: Lwów, stolica Galicji, i Warszawa, stolica Kongresówki.

      Przed 1918 r. Galicja była jednym z najbardziej demokratycznych państw Europy. Z Austro-Węgrami łączyła ją formalnie tylko unia personalna. Poza tym, o ile ktoś nie upierał się obrażać Najjaśniejszego Pana, cieszył się tu większą wolnością niż mieszkańcy wielu innych, pozornie bardziej postępowych państw.

      Lwów jako stolica Galicji był najnowocześniejszym polskim miastem. Warszawiakowi, przyzwyczajonemu, że jego miasto zawsze jest „naj”, trudno się z tym pogodzić: to Lwów jako pierwszy miał gaz, elektryczność, tramwaj, a przede wszystkim Uniwersytet Lwowski, uczelnię ze światowej ekstraklasy, na której Kazimierz Twardowski rozpoczął w 1895 r. swój program naukowo-dydaktyczny dający początek szkole lwowsko-warszawskiej.

      Wokulscy i Borowieccy pilnie potrzebni
      Żeby mogła ona osiągnąć szczytowy rozkwit, potrzebowała drugiej połowy – Warszawy, miasta może i zaniedbanego w rosyjskim zaborze, ale posiadającego pieniądz i inwencję. To tutaj różni Wokulscy mogli robić interesy na całe carskie imperium. A przez pobliską Łódź wraz z tamtejszymi Borowieckimi na cały świat.

      Kotarbiński związany był z tymi trzema miastami. W Warszawie w 1886 r. przyszedł na świat, we Lwowie studiował (u Twardowskiego) i obronił doktorat, polemikę z utylitaryzmem (1912). Po 1945 r. budował, praktycznie od zera, Uniwersytet Łódzki – jako jego pierwszy rektor. Jego słowa: „któż nie zawadził o Lwów!”, nabrały po 1945 r. ponurego znaczenia. Zawadzić było nie sposób, granice ZSRR z tak zwanymi bratnimi krajami były równie zamknięte jak z „krajami wrogimi”.

      W PRL nie było formalnego zakazu mówienia o szkole lwowsko-warszawskiej, to, że stała się tematem tabu, wyszło jakoś mimochodem.
      Za dużo w niej było liberalizmu, zbyt wielu w jej szeregach emigrantów do USA, jak filozof Alfred Tarski czy matematyk Stanisław Ulam. Ten drugi w dodatku pomógł imperialistom zbudować bombę atomową, a ten pierwszy wykazał niespójność dialektyki marksistowskiej.

      Jej przedstawicieli, którzy zostali w Polsce, jak Kotarbiński, Ajdukiewicz czy Tatarkiewicz, władze traktowały nieufnie, bo nie chcieli się zapisywać do PZPR i bardzo lubili słowa takie jak „wolność” czy „niezależność”. Nieufnie traktowali ich też autorzy katoliccy, którzy widzieli w nich kryptokomunistów.

      Na łamach „Tygodnika Powszechnego” etykę Kotarbińskiego obalił 60 lat temu Karol Wojtyła, pisząc: „Ażeby sensownie mówić o etyce niezależnej (...), należałoby naprzód wykazać, udowodnić niezbicie, że człowiek jest bytem niezależnym. (...) Zależność w istnieniu od Przyczyny Pierwszej, której dowodzi filozofia bytu, nie ujawnia się co prawda w powierzchownym oglądzie świata zjawiskowego, ale też nie znajduje się bynajmniej poza polem rozumu. (...) Człowiek musi się zawsze w jakiś sposób wysilić, ażeby ją odkryć i ustalić. Kiedy zaś jej nie dostrzega, nie może człowiek nie stawiać pytania: czy nie jestem jednak niesprawiedliwy względem Istoty, o której istnieniu tylu ludzi jest głęboko przekonanych?”.

      Skoro „tak wielu ludzi jest głęboko przekonanych” o istnieniu Boga, to Kotarbiński nie może mieć racji, jeśli tego Boga „nie dostrzega”. Bóg zatem istnieje. Cbdu!

      Jak dobrze robić po wojnie
      Twardowski zmarł w 1938 r., los oszczędził mu więc hekatomby II wojny oraz strasznego doświadczenia dwóch totalitaryzmów. Kotarbiński żył do 1981 r., kontynuował więc dzieło swojego mistrza w skrajnie niesprzyjających warunkach. I stawał przed trudnymi, niewygodnymi pytaniami.

      Jak głosić prakseologię, czyli filozofię „dobrej roboty”, w świecie, w którym dwa zbrodnicze ustroje stosowały na wielką skalę masowe mordy za pomocą przymusowej, skrajnie niedobrej pracy?
      Celowo zorganizowanej tak, żeby jak najwięcej było przy niej wypadków, dzienne normy wyniszczały organizm, a stawki żywnościowe były poniżej głodowych? Przy czym jeden z tych zbrodniczych ustrojów robił to w dodatku pod ironicznym, złowieszczym hasłem „Arbeit macht frei”, a drugi wręcz nazywał siebie „ustrojem robotniczym”?

      Jak krzewić dobro i zdrowy rozsądek w ustroju, w którym łajdactwo jest warunkiem awansu, a podstawową formą działania każdej instytucji jest mnożenie biurokratycznych absurdów?

      Jak głosić ateizm w państwie, które z jednej strony twierdzi, że dysponuje naukowymi dowodami na nieistnienie Boga, a z drugiej – odbudowuje odwieczny sojusz tronu z ołtarzem?

      I przede wszystkim: czy da się kontynuować tradycję szkoły lwowsko-warszawskiej w Warszawie odciętej od Lwowa, gdy środowisko „twardowszczyków” rozproszyło się po świecie, oczywiście ta jego część, która wojnę w ogóle przeżyła?

      Kto milczy, ten krzyczy
      W odróżnieniu od wielu innych krajów bloku radzieckiego w Polsce nie doszło do zerwania ciągłości tradycji akademickiej. Na uczelniach po wojnie wprawdzie zaroiło się od politruków i docentów z przyspieszonego awansu, ale większość profesorów, którzy wojnę przetrwali, mogła odtwarzać swoje przedwojenne katedry, zwłaszcza po 1956 r. Kotarbiński należał do tych, którzy potraktowali to jako swój patriotyczny obowiązek.

      CDN...
      • diabollo Re: Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek... 07.10.20, 07:34
        Na jakie musiał iść kompromisy, świetnie opisała Magdalena Grochowska, niestrudzona kronikarka losów polskich dwudziestowiecznych intelektualistów, w portrecie Kotarbińskiego otwierającym książkę „Wytrąceni z milczenia”. Nie ma sensu dublować tutaj jej starań.

        Przywołam z tej książki tylko jedną, bardzo charakterystyczną scenę. Rok 1968, zebranie redakcji pisma „Studia Filozoficzne”. A właściwie jej kadłubka, bo w związku z antysemicką czystką redakcję rozpędzono na cztery wiatry.

        Kotarbiński zabiera głos. Dobrotliwie, pozornie bez cienia wyrzutu, gratuluje nowemu, moczarowskiemu kierownictwu narzuconemu przez partię, że udało mu się pozyskać nowych autorów, „bo wielu znakomitych, niestety, już nie ma w naszym kraju, a niektórzy nie mogą pisać”.

        Niby nie może mówić o czystce, ale przecież właśnie o niej mówi. Niby komplementuje kierownictwo, ale przecież wymierza mu policzek.
        Kotarbiński lubił łacińską maksymę „qui tacent, clamant”: kto milczy, ten krzyczy. Umieszczał ją w swoich tekstach, sugerując, żebyśmy je w myślach uzupełniali o to, czego nie mógł wprost napisać.

        W ostatnich dwóch dekadach PRL ta postawa straciła na atrakcyjności, zwłaszcza w oczach młodego pokolenia. Samizdat i tamizdat, czyli wydawnictwa drugoobiegowe i emigracyjne, działały coraz prężniej i coraz jawniej. Krajowi autorzy zaczynali publikować w nich pod własnymi nazwiskami albo pod stałymi pseudonimami, oczywistymi jak tajemnica poliszynela.

        Odwaga staniała, więc ludzi prowadzących z władzą subtelne gry, takich jak Kotarbiński, zaczęto nazywać kolaborantami – mimo że nigdy nie zapisał się do PZPR, w odróżnieniu od wielu nowo odważnych.

        Nietrafione bareizmy
        Co najgorsze, PRL swoimi bareizmami ośmieszył hasło „dobrej roboty”. W „Misiu” „koncert dla ludzi dobrej roboty” wraz z „dniem pieszego pasażera” to przykłady „nowej świeckiej tradycji”.

        Kojarzyliśmy te pojęcia ze znienawidzoną propagandą, a nie z realnym „Traktatem o dobrej robocie”, opus magnum Kotarbińskiego, w którym wyłożył swoją wizję prakseologii. Nic dziwnego, że w latach 80. nie miał uczniów, którzy kontynuowaliby jego dzieło, tak jak on kontynuował dzieło Twardowskiego.

        W dodatku od wyboru Karola Wojtyły na papieża w 1979 r. ateizm jako taki wydawał się coraz mniej modny. Dla współczesnego młodego człowieka to może być trudne do wyobrażenia, ale w latach 80. kościoły i kruchty były tętniącymi życiem ośrodkami kulturalnymi organizującymi koncerty i spektakle teatralne, na które chętnie chodzili także ludzie niewierzący.

        Nawet ludzie lewicy przeżywali wówczas nawrócenia i dorabiali ewangeliczne podstawy do swojego światopoglądu. W miarę bankructwa PRL cenionych autorytetów lewicy zresztą ubywało, przybywało za to liberałów – którzy za swoich ulubionych filozofów uznali księdza Tischnera, ojca Macieja Ziębę i biskupa Życińskiego.

        W swojej publicystyce dostarczyli im bezcennego oręża, jakim było wylansowane przez Tischnera pojęcie „homo sovieticus”, oznaczające osobę, której umysłowość ukształtował miniony ustrój, a więc z definicji nie ma racji, nie zasługuje na empatię, jest gorszym sortem człowieka.

        To były antypody filozofii Kotarbińskiego, który zawsze twierdził, że nie może być wolności bez równości i braterstwa.
        A przecież to Kotarbiński głosił liberalizm w 1936 r., gdy prawie nikt poza nim się do niego w Polsce nie przyznawał. W eseju „Idea wolności” pisał: „Trójca Wolność, Równość, Braterstwo nie widnieje dziś na popularnych transparentach. Nikt za ten właśnie kanon nie siedzi w więzieniu. (...) Hasło dyktatury proletariatu, hasło faszyzmu – panują nad umysłami młodej inteligencji. (...) Na degrengoladę wolności złożyły się nadużycia jej posiadaczy (...) wolność została po prostu przelicytowana”.

        Te słowa były pisane w latach 30., gdy na całym świecie trwał odwrót od liberalnej demokracji. Dziś żyjemy w podobnych czasach, co ma podobne przyczyny. Wtedy powszechnie kojarzono liberalną demokrację z giełdowymi kryzysami, wyzyskiem i bezrobociem. Dziś wielu ludzi postrzega ją podobnie.

        Czy można przelicytować wolność
        Nad umysłami młodej polskiej inteligencji nie panują dziś hasła restytucji dyktatury proletariatu ani faszyzmu, a już na pewno nie otwarcie pod takimi nazwami. Esej Kotarbińskiego wydaje mi się jednak pasować i do naszej epoki.

        Nadużywanie hasła wolności w oderwaniu od równości i braterstwa (a więc: bez refleksji, jak działać, by owocami tej wolności mogło się cieszyć całe społeczeństwo, a nie tylko garstka uprzywilejowanych) doprowadziło nas bowiem do sytuacji, w której wybory wygrywają politycy, którzy otwarcie mówią, że się jej sprzeciwiają, chcą nam ją odebrać czy ograniczyć.

        Współcześni populiści potrafią, tak jak ich poprzednicy z 1936 r., przelicytować wolność, to znaczy obiecać wyborcom jej szczególną, „poprawioną” wersję – „moc, bycie górą, pełnię życia (...) rozkwit życia narodowego, potęgę mocarstwa, chwałę ojczyzny, socjalistyczne budownictwo, tworzenie nowego ładu, nowego wspaniałego świata” (z tego samego eseju).

        Po skreśleniu niemodnego dziś słowa „socjalizm” otrzymujemy gotową ulotkę wyborczą, idealnie skrojoną na potrzeby kampanii Trumpa, Le Pen, Orbána, zwolenników brexitu. I popieranego przez prawicę polskiego prezydenta też.

        Po trzech dekadach liberalizmu triumfującego nadchodzą czasy liberalizmu katakumbowego, jak w latach trzydziestych zeszłego stulecia. Kotarbiński to dobry filozof właśnie na taką epokę. Liberalizm musi mieć coś do zaoferowania całemu społeczeństwu, inaczej nigdy z tych katakumb nie wyjdzie.

        Jan i Piotr w jednym stali domu
        Jakiej lekcji udzieliłby nam dzisiaj? Wystarczy zajrzeć do „Traktatu o dobrej robocie”. W minionym ustroju narzucano nam interpretację, że to manifest pracy socjalistycznej. Nie jest nim (choć kilkakrotnie pojawiają się w nim ideologiczne serwituty, które autor musiał umieścić, żeby mu to dzieło w 1955 r. w ogóle opublikowano). Ale w gruncie rzeczy przesłanie tej książki przypomina przesłanie modnego dziś bestsellera „O tyranii” Timothy’ego Snydera.

        CDN...
        • diabollo Re: Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek... 07.10.20, 07:35
          Kotarbiński nie poświęcił swego dzieła pracy rozumianej prawno-ekonomicznie, ale etycznie. Praca to dla niego wszelkie świadome ludzkie działanie, w którym krzyżują się ludzkie interesy i namiętności, odmienne często dążenia, które powinny znaleźć jakąś wspólną miarę. Chętnie posługiwał się przykładami Jana i Piotra, hipotetycznych bohaterów fabularyzowanych eksperymentów myślowych przypominających przypowieści.

          Prakseologia to refleksja nad tym, jakie cele Jan i Piotr chcą osiągnąć i jakie działania mogą ich do tego przybliżyć, a jakie odeń oddalić. W 1955 r. takie podejście było niemodne – marksista wolał się zastanawiać nad sprzecznościami interesów Jana i Piotra (i wyprowadzeniem z nich dialektycznej syntezy). Katolicki filozof radziłby zaś, żeby Jan i Piotr uzyskali dla swoich działań błogosławieństwo Jezusa Chrystusa – jako warunek wszelkiego powodzenia.

          Na pierwszy rzut oka prakseologia jest bliska dwu prądom stanowiącym kontynuację myśli oświeceniowej – pragmatyzmowi i utylitaryzmowi. Kotarbiński swój doktorat poświęcił jednak wyjaśnieniu tego, co go odróżnia od ich propagatorów, Brytyjczyków Johna Stuarta Milla i Herberta Spencera.

          W etyce utylitarystycznej, taki z nią szkopuł, łatwo popaść w instrumentalizację ludzkiej jednostki. Jeśli celem Jana jest wzbogacenie się o sto złotych, a Piotr jest bogaty i ma taki bałagan w portfelu, że nie zauważy zgubienia banknotu, utylitarysta powie, że radość osiągnięta przez Jana ze świśnięcia stówy Piotrowi jest większa od ewentualnej przykrości Piotra. Ergo: ten akt kradzieży jest akceptowalny.

          W etyce marksistowskiej albo katolickiej Piotr może się okazać wrogiem ludu albo wrogiem wiary, akceptowalne będzie więc spalenie go na stosie albo wysłanie go do łagru. Skoro Piotr stoi na drodze budowy nowego wspaniałego świata, może warto go poświęcić dla dobra przyszłych pokoleń? Wraz z milionami jemu podobnych, jeśli pojawi się taka potrzeba?

          Kotarbiński odrzucał takie myślenie, proponując – tam, gdzie chodzi o nasze decyzje wpływające na życie innych – odwoływanie się do prostych moralnych intuicji. Każdy filozof potrafi dorobić efektowne uzasadnienie do mordu, grabieży czy zniewolenia, ale właśnie dlatego należy ich unikać. W etyce należy kierować się pospolitą intuicją – „głosem serca”. Szydził z niego wtedy Stefan Kisielewski – wszak serce to li tylko mięsień pompujący krew.

          Opór przed tym podejściem pokazuje, jak niemodne było kilkadziesiąt lat temu mówienie o etyce prostym językiem, w którym dobro to dobro, a łajdactwo to łajdactwo. XX wiek okazał się stuleciem dorabiania wzniosłych uzasadnień do łajdactwa i demonizowania dobra. Robiono to z pozycji lewicowych i prawicowych, teologicznych, leseferystycznych i socjalistycznych.

          Obraza chłopskiego rozumu
          Czas wrócić do prostych intuicji moralnych. Właśnie to proponuje dzisiaj Snyder. Kotarbiński podpisałby się chyba pod każdą stroną z jego „O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku”. Te lekcje to w gruncie rzeczy lekcje prakseologii: nie wpadaj w panikę, ale bądź przygotowany na najgorsze; staraj się żyć cnotliwie, bo tyran wykorzysta przeciw tobie twoje słabości; żyj w prawdzie, bo kłamstwo służy tyranowi itd.

          Odwoływanie się w etyce do prostych intuicji, do „głosu serca”, nie jest jednak modne również dziś. Filozofowie zajmujący się świecką etyką lubią szokować wypowiedziami sprzecznymi „z chłopskim rozumem”, z „potocznym poczuciem sprawiedliwości”, „z głosem serca”.
          (Jan Hartman kilka razy wpadał w tarapaty za sprawą takich wypowiedzi, np. gdy rozważał „dobre kazirodztwo”). Zwróćmy uwagę, że za każdym razem towarzyszy temu dziwne samozadowolenie. „Dobrze powiedziałem, ale ta prymitywna gawiedź mnie nie zrozumiała!”.

          Kotarbiński, przy całym radykalizmie swojego ateizmu, proponował podejście dokładnie odwrotne. Szokowanie uznawał za niezgodne z prakseologią. Jeśli Jan chce Piotra do czegoś przekonać, szokowanie będzie w najlepszym wypadku marnowaniem zasobów – wzbudzi opór i nie doprowadzi do osiągnięcia celu.

          Jaką więc metodę powinien obrać Jan, gdy próbuje, dajmy na to, przekonać Piotra do praw LGBT? Zaznaczam: nie użyję słów własnych Kotarbińskiego, spróbuję tylko zastosować jego filozofię w praktyce, prawie 40 lat po jego śmierci. Skoro jednak zalecał on odwoływanie się do głosu serca i moralnej intuicji, widziałbym taką linię argumentacji.

          Liberalny Jan powinien najpierw spytać konserwatywnego Piotra, czy ten akceptuje prawo heteroseksualnych par małżeńskich, by spacerowały, trzymając się pod rękę przy zachodzie słońca, a może i pocałowały się na pożegnanie na dworcu? Są to zachowania zgodne z intuicyjnym poczuciem nawet największego konserwatysty, sam imć Terlikowski nie powinien tu mieć zastrzeżeń.

          Uczciwy człowiek powinien żądać dla siebie tylko takich praw, jakich żądałby dla wszystkich, to wiemy co najmniej od czasów Kanta. Skoro więc konserwatywny Piotr chce prawa do spacerowania za rękę z panią Piotrową, powinien chcieć także, by lewicowy Jan mógł sobie spacerować za rękę ze swoim partnerem, panem Janowym (o ile taką ma orientację).

          Porady dla uświadomionego liberała
          Chciałbym, żeby dzisiejsza opozycja wzięła sobie do serca porady Kotarbińskiego dla „uświadomionego liberała” sprzed ponad 80 lat.

          Radził on wtedy, żeby „oddzielił się miłośnik wolności od tych, z którymi nader długo chadzał pod wspólnym sztandarem, od przemysłowych laissez-faire’ystów [których dziś nazwalibyśmy neoliberałami – przyp. W.O.]. Gdy bowiem tamci dążą do zysków, nieskrępowanych przez dozór państwa, on, wolnościowiec, przeciwstawia się wyzyskowi jako zaprzeczeniu wolności. Za czasów Milla zdawało się ludziom tak myślącym, że zarówno wyzysk, jak i wszelka inna niesprawiedliwość najlepiej likwidują się same, podobnie jak z pewnych chorób leczy się człowiek najlepiej sam, bez interwencji lekarzy. Gdy myśl ta okazała się ułudą, wyszła też na jaw dwoistość elementów składowych stronnictw liberalnych ”.

          CDN...
          • diabollo Re: Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek... 07.10.20, 07:37
            Kotarbiński postulował, żeby „miłośnik wolności” okazał się „kimś zgoła innym niż taktyk opozycyjny, domagający się swobód, póki podważa władzę cudzą, by je stłumić bez ceremonii, gdy sam dojdzie do władzy” (znamy takich specjalistów od pilnowania własnych spraw i cudzych obowiązków!). Wierzę, że tylko tak możemy dziś obronić wolność. Inaczej wolnościowe hasła zawsze przelicytują populiści.

            W czasach Kotarbińskiego wolności, niestety, obronić się nie udało – po II wojnie i przed nią zresztą też. Oburzyło go, gdy sanacyjne władze 28 czerwca 1935 r. zabroniły polskim profesorom udzielania wywiadów zagranicznej prasie bez zgody MSZ. Ale ówczesna opozycja raczej nie była skłonna słuchać jego porad, autorytetów szukając zupełnie gdzie indziej.

            W stylu mistrza
            Kotarbiński uosabia paradoks sytuacji szkoły lwowsko-warszawskiej w PRL. Należał do wielu międzynarodowych organizacji filozoficznych, zajmował w nich funkcje kierownicze. Zajmował je także w instytucjach PRL-owskich. Niektórzy uważali to za koniunkturalizm.

            Gdyby naprawdę był koniunkturalistą, po prostu wyjechałby do USA. Tego, kto uczył filozofii słynnego Alfreda Tarskiego, obsypano by złotem na Harvardzie, Berkeley, Stanfordzie, Princeton. Mógłby wybierać i przebierać w propozycjach.

            To samo można powiedzieć o Ajdukiewiczu, Tatarkiewiczu czy Marii i Stanisławie Ossowskich. Wybierali odgruzowywanie ruin Uniwersytetu Warszawskiego albo budowanie od zera Uniwersytetu Łódzkiego. I ten wybór po latach nazywano koniunkturalizmem!
            Chociaż szkoła lwowsko-warszawska bezsprzecznie jest największym polskim wkładem w światowe życie intelektualne zeszłego stulecia, praktycznie nic z tym dziedzictwem dzisiaj nie robimy. A potrzebujemy go jak tlenu!

            Nie wkładamy w promowanie jej spuścizny nawet jednej dziesiątej środków, które wkładamy w popularyzację teologii Karola Wojtyły. Gdzie instytuty imienia Kotarbińskiego, gdzie lwowsko-warszawskie stypendia i konferencje, gdzie pomniki i medale? I gdzie najznamienitsi goście z całego świata, których moglibyśmy nimi zwabić?

            Zamiast tego mieliśmy groteskową próbę zawłaszczenia Kotarbińskiego przez Kościół. Jego brat stryjeczny, arcybiskup lwowski, rozpuszczał plotkę o rzekomym „pojednaniu z Bogiem” filozofa na łożu śmierci.
            W 2003 r. doszło do dopisania tego do biogramu filozofa w Powszechnej Encyklopedii Filozofii, co potem autor próbował sprostować.

            Póki nasze państwo się nie ogarnie, zacznijmy my, od podstaw. To zresztą będzie działanie w stylu mistrza. Weźmy jego dzieła, zdmuchnijmy z nich kurz i zacznijmy razem z nim zastanawiać się nad tym, jak skutecznie walczyć o wolność.

            FILOZOFIA

            Traktat o dobrej robocie

            Tadeusz Kotarbiński

            Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

            REPORTAŻ

            Wytrąceni z milczenia

            Magdalena Grochowska

            Czarne, Wołowiec
            A Osiecka na to:

            ...i nie daj mi, Boże, skosztować
            tak zwanej życiowej mądrości,
            dopóki życie trwa

            wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26211800,co-robic-panie-kotarbinski-szokowanie-nie-pomaga.html
    • suender Re: Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek... 09.10.20, 09:52
      Ludzie!, - gdzie my żyjemy!
      Mamy 21 wiek, a tu Orlińskie przypomina T. Kotrabińskiego, tego okultystycznego heretyka i jego gusła sprzed prawie wieku.
      Dajcie sobie siana!

      Wasz Suender.

      p.s.: „Tolerancja stanowi świetne alibi dla braku odwagi na reagowanie na zło, oraz braku chęci do zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec patologii.”

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka