diabollo
07.10.20, 07:31
Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek powinien się zachowywać, jakby go nie było
Wojciech Orliński
Gdy chcemy krzewić dobro, na początek trzeba je nazwać dobrem, a łajdactwo - łajdactwem - głosił Tadeusz Kotarbiński.
Od wielu autorytetów słyszymy, że w Polsce nie ma innej tradycji myśli etyczno-moralnej niż tradycja katolicka. Że na katolicyzm, związane z nim sposoby myślenia i wartościowania – chcemy czy nie – jesteśmy skazani.
Gdy w odruchu sprzeciwu sięgniemy do dzieł najbardziej dziś wpływowych na świecie myślicieli niekatolickich zajmujących się problemami etycznymi i moralnymi – Australijczyka Petera Singera, Niemca Petera Sloterdijka czy Francuza Pierre’a Bourdieu – napotykamy mur. Nie tylko dlatego, że ich idee brzmią dla polskiego ucha podejrzanie wywrotowo, ale także dlatego, że stosowane przez nich pojęcia brzmią w języku polskim niezręcznie albo są zgoła nieprzekładalne. W filozofii Sloterdijka kluczowe jest pojęcie „cynizmu”, któremu jednak nadał własne znaczenie, podobnie jak innym używanym przez siebie pojęciom. Trzeba więc co chwila używać topornego przymiotnika „sloterdijkowski”. Jeszcze gorzej jest z Singerowskim „gatunkizmem”.
Stawia to nas, ludzi, którym z różnych powodów nie po drodze z Kościołem, na straconej pozycji. „Etyka świecka” brzmi może i dumnie, ale bardziej jak abstrakcyjny temat na seminarium doktoranckie niż jak realna opcja światopoglądowa, która mogłaby przynieść korzyść społeczeństwu tu i teraz.
Załóżmy więc, że szukamy ateistycznego rycerza Świętego Graala, definiując go następująco: filozof stuprocentowo ateistyczny, posługujący się przy tym nienaganną, przejrzystą, potoczną polszczyzną, a na dodatek tak mocno zakorzeniony w polskiej i światowej tradycji filozoficznej, że żaden teolog nie może go zbyć lekceważącym machnięciem ręki.
I oto poszukiwanie zakończone. W dodatku jego dzieła zebrane leżą na wyciągnięcie ręki w każdej przyzwoitej bibliotece. Nazywa się Tadeusz Kotarbiński.
Ateista najtwardszy
Filozof religii William Rowe wyróżniał trzy rodzaje ateizmu – przyjazny (zakładający, że teiści mogą mieć rację), indyferentny (zakładający, że to nie ma znaczenia) i nieprzyjazny (odrzucający możliwość przyznania teistom racji). Richard Dawkins, najsłynniejszy współczesny propagator ateizmu, posługiwał się z kolei siedmiostopniowym spektrum. Dawkins własną pozycję na swojej skali opisuje jako 6,9. Czyli nawet on dopuszcza jakieś 0,1 zwątpienia, że a nuż Bóg jednak istnieje.
Kotarbiński w obu tych skalach sytuuje się na najskrajniejszej pozycji. W skali Dawkinsa jest twardą siódemką – zdecydowanie twierdził, że Boga nie ma, a religia to „produkt chorej wyobraźni”, „fantazmat”, „oczywista nieprawda”. W skali Rowe’a – zdecydowaną trójką.
Kotarbiński wprawdzie doceniał Ewangelię i jej moralną refleksję, ale traktował ją po prostu jako dzieło literackie. W słynnym wywiadzie „Spotkanie z Tadeuszem Kotarbińskim” przeprowadzonym przez Aleksandra Małachowskiego postawił ją na jednej półce z „Lordem Jimem” Conrada i „Obroną Sokratesa” Platona. To uprzejme, ale stuprocentowe odrzucenie wiary.
Metafizyczny cukiereczek
W okresie Oświecenia wielu filozofów twierdziło, że jeśli nawet Bóg nie istnieje, należałoby go wymyślić, bowiem przyjęcie takiej „centralnej hipotezy” ułatwia nam definiowanie pojęć takich jak „dobro” czy „prawda”.
Kotarbiński, choć bez wątpienia spadkobierca Oświecenia, miał stanowisko odwrotne. Nawet gdyby Bóg istniał, porządny człowiek powinien się zachowywać, jakby go nie było. Powinien unikać łajdactwa, bo jest łajdactwem, a do rzeczy godziwych dążyć dlatego, że są godziwe.
Jeśli za dobre czyny oczekuje się nagrody, nie jest się człowiekiem dobrym, tylko wyrachowanym. I nie ma znaczenia, czy ta nagroda miałaby przybrać formę doczesnych dóbr materialnych, czy też być metafizycznym cukiereczkiem wręczonym po śmierci przez dobrotliwego starca z długą siwą brodą.
Porządny człowiek to taki, dla którego jedyną nagrodą jest zadowolenie z tego, że się porządnie zachowuje. Religia więc w najlepszym wypadku jest zbędnym przesądem, ale w skrajnej sytuacji – może nas popychać w stronę zła.
Filozofia jak chleb powszedni
Streszczam tutaj filozoficzne założenia Kotarbińskiego własnymi słowami nie dlatego, że nie umiałbym znaleźć odpowiednich cytatów, ale dlatego, że taka była wola profesora. Był „twardowszczykiem”, czyli wychowankiem szkoły filozoficznej Kazimierza Twardowskiego, zwanej, z uwagi na centra rozwoju, „szkołą lwowsko-warszawską”. Najważniejszym celem jej działalności było odbrązowienie filozofii, wprowadzenie jej do codziennego dyskursu, opowiadanie o niej za pomocą potocznych i intuicyjnie zrozumiałych pojęć, takich właśnie jak „godziwy”, „łajdacki” czy „przyzwoity”.
O swoim mistrzu Kotarbiński pisał tak: Twardowski „zastał filozofię u nas w podejrzanej kondycji, jako dziedzinę tak górnych rzekomo wzlotów umysłów wyższego rodzaju (czytaj: dziwaków bujających w obłokach), że zwykłemu rozsądnemu człowiekowi pozostawało tylko z daleka zdejmować kapelusz przed tymi niezrozumiałymi dlań wzniosłościami. Z uszanowaniem niby, naprawdę zaś... z satyrycznym uśmiechem”.
Osiągnął to, że wśród inteligencji lwowskiej – któż, kto czuje przynależność do tej warstwy, nie zawadził o Lwów! – filozofia na uniwersytecie zyskała opinię czegoś w rodzaju chleba powszedniego. „Słuchano filozofa, który celował pośród wykładowców w zaletach właśnie przeciwnych tradycyjnym wadom filozofowania. (...) Nic z propagandy takiego czy innego izmu , żadnych wieszczeń, żadnych ekstrawagancji natchnionej indywidualności, szukającej własnego słowa za wszelką cenę, ani trochę z pozowania na genialność...”.
To cytaty z laudacji, którą Kotarbiński napisał na cześć swojego mistrza z okazji przyznania mu nagrody miasta Łodzi w 1936 r. Nietrudno tutaj jednak zauważyć, że pisząc o Twardowskim, Kotarbiński opisywał też swój własny program działania – dalsze rozwijanie tradycji „filozofii jako chleba powszedniego”.
CDN...