diabollo
26.10.20, 07:39
American Dream w rzeczywistości: od pucybuta do pucybuta, od syna milionera do... milionera
Adriana Rozwadowska
Biedni biali Amerykanie już wiedzą, że Trump nie poprawi ich losu, ale bardzo chcą wierzyć, że za wszystkie nieszczęścia i rosnące ubóstwo odpowiedzialni są imigranci - a nie fakt, że rosnący dochód narodowy trafia do kieszeni najbogatszych. W tym samego Trumpa.
Lata 70. i 80. XX w. - Nowy Jork stoi na krawędzi bankructwa. Usługi publiczne ulegają dezintegracji, rośnie przestępczość, liczba bezrobotnych i samobójstw.
W tym samym czasie Donald Trump postanawia odbudować hotel Commodore i uzyskuje na ten cel rozłożone na 40 lat ulgi podatkowe od miasta - w sumie 160 mln dolarów. Następny projekt: słynna Trump Tower. Trump uważa, że miasto powinno dopłacić do niej 74 mln dolarów. Kiedy odmawia, sprawa trafia do sądu. Wreszcie Trump zapowiada, że zbuduje najwyższy budynek na świecie, a NYC dosypie mu 1 mld dolarów. Burmistrz Ed Koch mówi "nie", przyszły prezydent USA odpowiada: „Będę czekał na bardziej perspektywiczny rząd albo trudne czasy. Wtedy dostanę wszystko, czego chcę”. Doskonale wie, że najlepiej zarabia się na kryzysach.
W tym samym czasie jego uwagę przykuwa jedno ze zdewastowanych nowojorskich lodowisk – zamknięte, bo miasto nie ma środków na renowację. Trump oświadcza, że to „żenujące” zaniedbanie miasta i dowód niekompetencji burmistrza. Odbudowuje je za raptem 2 mln dol. Zostaje bohaterem prasy i społeczności.
Chyba żadna inna historia nie oddaje tak dobrze schizofrenii amerykańskiego podejścia do tego, co publiczne, a co prywatne. I do nierówności społecznych.
Ciężko pracujący żyją w skrajnej biedzie
Nierówności dochodowe w Stanach Zjednoczonych należą do jednych z najwyższych wśród krajów OECD. Od wybuchu kryzysu ekonomicznego w 2008 roku do roku 2016 - 20 proc. najbogatszych Amerykanów zyskało 13 proc., z kolei 20 proc. najuboższych dysponuje dochodem mniejszym o jedną piątą niż dekadę wcześniej. Coraz mocniej traci, jeszcze niedawno pewna swojej pozycji, klasa średnia. A to wszystko mimo że PKB przez wszystkie te lata rósł – dochód trafiał jednak do coraz węższej grupy najbogatszych.
Jak w soczewce nierówności skupiają się w miastach – np. w San Francisco, gdzie świetnie zarabiający pracownicy Doliny Krzemowej wypierają dotychczasowych mieszkańców, których na mieszkanie "u siebie" przestaje być stać. W Los Angeles, w dzielnicy Skid Row, w namiotach na stałe mieszka ok. 7-8 tys. osób. W całych Stanach bezdomnych jest ok. 570 tys. (a przynajmniej było w 2019 roku, przed wybuchem pandemii).
- W Nowym Jorku czy Chicago, gdzie prowadzę badania, są zarówno supereleganckie dzielnice rezydencji, jak i dzielnice skrajnej biedy. Problem w tym, że zamieszkujący je imigranci, jeśli nielegalni to bez żadnych zabezpieczeń socjalnych to nie bezrobotni, ale najczęściej ludzie ciężko pracujący – mówi dr hab. Anna Sosnowska z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. - Aż 52 proc. kapitału w amerykańskich spółkach publicznych i prywatnych należy do zaledwie 1 proc. Amerykanów
Ten rozdźwięk rośnie: w 2019 roku amerykański CEO zarabiał średnio 21,3 mln dol. – to o 14 proc., czyli 2,6 mln dol., więcej niż rok wcześniej i 320 razy więcej niż zarobił przeciętnie wynagradzany Amerykanin. Dla porównania, w 1989 roku stosunek płacy przeciętnego Amerykanina do średniego wynagrodzenia CEO wynosił... 61:1.
A analizy wskazują, że będzie gorzej.
To, jak gospodarki otrząsają się z kryzysów, można elegancko przedstawić za pomocą liter. Np. U oznacza, że po spadku następuje krótki dołek, a następnie odbicie. W przypadku L tego ostatniego nie ma wcale.
O to właśnie kandydatów na prezydenta USA – Joego Bidena i Donalda Trumpa – pytał podczas niedawnej pierwszej debaty prowadzący ją Chris Wallace. Z właściwym sobie optymizmem Trump obstaje przy V: spadek, odbicie i po kłopocie. Innego zdania jest Biden. Ten mówi o „K-shaped recovery”: z kryzysu wyjdziesz bądź nie - w zależności od tego, kim jesteś.
CDN...