Wściekłe ataki na kościół

31.10.20, 13:22
To całe "atakowanie kościołów" to jak "mordowanie dzieci", czyli katolickie kłamstwo.
W kilku kościołach odbyły się demonstracje przeciwko antyaborcyjnej polityce kleru. Demonstaracje, dodajmy, w wykonaniu katolików.

Krótko mówiąc "ataki na kościoły" to katolickie kłamstwo, ale katoprawicowcy jako ludzie bardzo naiwni wierzą w najgłupsze ściemy, więc i po chwili zaczynają wierzyć we we własne kłamstwa. Kończy się to bardzo komicznie jak na załączonym obrazku.

Kordon Żandarmerii Wojskowej pilnuje kordonu policji, która pilnuje kordonu bandytów z ONR, którzy pilnują kościoła, do którego nikt nie przyszedł i nikt nie "atakuje".

Kłaniam się nisko.
    • diabollo Re: Wściekłe ataki na kościół 01.11.20, 10:05
      Inga Iwasiów: To nie "wypierdalaj" jest agresją, ale wypowiedziane poprawną polszczyzną "brońmy kościołów"
      Violetta Szostak

      Ci, którzy próbują przywołać do porządku nie tylko mnie, ale i cały ten protest, mają wyobrażenie społeczeństwa jako niedojrzałych uczestników imienin u cioci. Niegrzecznych uczniów, którzy przyłapani na przekleństwie dostaną uwagę w Librusie.

      Chcesz dostawać mailem najważniejsze informacje z Poznania? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

      Violetta Szostak: "Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: jebać i wypierdalać" - powiedziała pani między innymi na jednej z demonstracji. Sam minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek odniósł się do pani słów i zapowiedział konsekwencje. Pani profesor, dlaczego tak wulgarnie?
      Inga Iwasiów: - To nie są moje słowa, lecz hasła tego strajku, ja je tylko powtórzyłam. Niestety, żałuję, że nie ja je wymyśliłam, bo chciałabym być autorką tak celnej metonimii tego, co się dzieje obecnie w Polsce.

      Słyszę pełne obłudy wypowiedzi, że można przecież inaczej. Mówią to ci, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za eksplozję bomby społecznej w środku pandemii, ale też osoby przeciwne decyzji Trybunału Konstytucyjnego, które jednak chciałyby, żeby protestować jakoś kulturalniej. Nie można inaczej, bo inaczej już było. Wychodziłyśmy na ulice z transparentami "Prawa kobiet prawami człowieka", a potem wołałyśmy "Mamy dość!"- nie dotarło. Jakbyśmy mówiły za cicho albo w jakimś nieznanym rządzących, trudnym języku.

      Hasła protestu nie oznaczają bezsilności, jak widzą to niektórzy. Nie można ich znaczenia wyjaśniać wściekłością, frustracją. Nie są ani czystą agresją, ani ostrzeżeniem przed atakiem. Stanowią bardzo precyzyjne zdefiniowanie sytuacji, w której nie ma już czasu na nic innego poza "wypierdalajcie".

      Dopiero to "wulgarne" wypowiedzenie jest traktowane przez władzę jako niebezpieczne. Mówi się nam, że zrywamy jakieś pakty. Tylko że paktów nigdy nie było. Nie było nigdy dialogu. Po drugiej stronie nikt nie odbierał naszych argumentów. W związku z tym paradoksalnie właśnie wulgaryzmy dają możliwość prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy. Na gruzach komunikacji, odbywa się jednak jakaś komunikacja.

      Odbywa się? Jarosław Kaczyński w "orędziu" zapowiedział, że władza się przeciwstawi i wezwał swych zwolenników do obrony kościołów. Nie podobają mu się też brzydkie słowa, mówi o "niebywałej wręcz wulgarności" demonstrujących. Co by mu pani powiedziała? To, co na demonstracji w Szczecinie?
      - To po pierwsze. Po drugie - powiedziałabym mu, że nie ma nic bardziej obscenicznego i wulgarnego niż ta mowa hipokryzji, którą posługuje się PiS. Niż ta - jak im się wydaje - przebiegła mowa kamuflująca intencje. Niż to fałszywe pochylanie się i niewiarygodna troska o życie, za którą nie idą żadne czyny. I że prawdziwe zgorszenie sieją ci, którzy nie bacząc na stan zdrowia publicznego wypychają nas w czasie pandemii na ulice. To jest gorszące. Przed tym wszystkim powinny być chronione oczy niewinnych, a nie przed hasłami tego protestu.

      Warte uwagi jest zdziwienie starszego mężczyzny oderwanego od rzeczywistości, któremu nie przeszkadzały wcześniej wulgarne hasła wypowiadane przez narodowców na marszach, a teraz udaje zgorszonego. Najprawdopodobniej w jego wizji świata młodzi mężczyźni mogą przeklinać, a kobiety powinny się modlić.

      "Język ma znaczenie, ale zarazem zupełnie go nie ma. Dogadali się w sprawie pozbawienia nas praw zapewne bez wulgaryzmów, a teraz ośmielają się twierdzić, że 'język świadczy o nas' " - zapisała pani w swoich facebookowych notatkach z dni protestu.
      - Stosują prymitywną, socjotechniczną sztuczkę: próbują propagować przez swoje media, ale i z trybuny sejmowej, wersję, w której tę rewolucję robią lumpy, jakiś mityczny margines złożony z „jednostek nieodpowiedzialnych”. Mają gotową listę winnych.

      To nie "wypierdalaj" jest agresją, ale wypowiedziane poprawną polszczyzną "brońmy kościołów". Wywołali tę wojnę przeciwko własnym obywatelkom i podkręcają nastrój. To oni zapraszają do wojny, a nie my chodząc z przekleństwem na ustach po mieście.

      Przekleństwa kierowane w stronę silniejszych zawsze były metodą protestu grup, które nie chciały stosować przemocy. Można je streścić jako „krzyczmy, nie atakujmy fizycznie”.

      Poza tym na ulicy są teraz głównie młodzi ludzie i oni oczywiście nie będą się przejmować nawoływaniami do zmiany języka. Ich protest odbędzie się na ich warunkach. Używają środków i symboli popkultury, szybkich skojarzeń i właśnie wulgaryzmów. Tylko emerytowanym językoznawcom wydaje się, że wulgaryzmy przekraczają jakieś słownikowe granice. Taki jest współczesny żywy język i nie ma co przykładać do niego kategorii moralnych, czy etykietalnych. Naród tak mówi, panie prezesie, trzeba częściej słuchać. Ten naród, do którego tak chętnie zwraca się PiS, zna i poetyckie porównania i słowa, które się wykropkowuje.

      CDN...
      • diabollo Re: Wściekłe ataki na kościół 01.11.20, 10:06
        Narracja protestu nie sprowadza się do wulgaryzmów, ludzie wymyślają inteligentne, celne, zabawne hasła. Te "do kropkowania" jednocześnie zapraszają do nieograniczonej ekspresji, do zerwania różnych paktów opartych na hipokryzji i stanowią paradoksalnie potężny zawór bezpieczeństwa. Krzyczymy, usłyszcie, to coś innego niż rzucanie kamieniami. Radzę rządzącym, żeby docenili powagę tego komunikatu, nie wyciągali nieadekwatnych banałów o "poszanowaniu godności".

        A jest pani za tym, żeby wulgaryzmy wykropkowywać?
        - Nie, nie ma sensu zasłaniać sceny, na której wszyscy stoimy. Nie nadajemy dobranocki, rozmawiamy o życiu w Polsce, a także o możliwej śmierci w pandemii.

        "Mam 57 lat. Nigdy nie czułam się w Polsce tak skopana jako kobieta" - napisała pani mocno.
        - Dziwne, prawda? Jeśli przywołać kobiece kombatanctwo porodowe z lat 80., ówczesne gabinety lekarskie, powinnyśmy uznać, że kobiety w Polsce najgorsze mają za sobą. Miałam 20 lat, rodziłam z pięcioma kobietami jednocześnie, potem leżałam w wieloosobowej sali i byłam traktowana w krótkich żołnierskich słowach przez lekarza i położną. A mimo tego nie czułam się tak źle jak dzisiaj. Bo wierzyłam, że obowiązuje wiedza medyczna i nikt nie zastosuje zamiast niej ideologii udzielając mi pomocy. Przez całe dorosłe życie miałam poczucie sprawczości, związane z przekonaniem, że z prawami kobiet idziemy małymi krokami do przodu. A orzeczenie Trybunału jest jak roztrzaskanie lat pracy i nadziei o ścianę. Nurt wsteczny wzbierał i zatapia prawa kobiet, bo nie chodzi tylko o zakaz aborcji, ale o pozbawienie nas podmiotowości.

        Minister Czarnek powiedział, że "brak odpowiedzialności protestujących musi się spotkać z odpowiedzią ze strony państwa". Co to może znaczyć w pani przypadku?
        - Istnieje jeszcze autonomia Uniwersytetu i bezpośrednie rozliczanie profesorki przez ministra nie jest możliwe. Ale może minister Czarnek ma już gotowe inne prawo. Zapowiadał przecież porządki.

        Zupełnie inaczej niż minister pojmuję swoją rolę humanistki. Uważam, że właśnie jako profesorka powinnam być w środku zdarzeń, próbować je rozumieć i reagować. Być ze studentami, nie chować się za teorią społeczną, gdy praktyka przerasta wyobraźnię.

        "Prawdziwym zgorszeniem jest powołanie na Ministra Edukacji i Nauki mizogina i homofoba z mikroskopijnym dorobkiem. Tak się zrywa komunikację" - napisała też pani.
        - Tak. A poza tym w sytuacji, gdy mamy zagrażającą nam biologicznie pandemię, bliski krach ekonomiczny i wielki protest przeciwko przemocy legislacyjnej, mówienie "proszę nie używać brzydkich słów", zasługuje na wzruszenie ramionami.

        Ci, którzy próbują przywołać do porządku nie tylko mnie, ale i cały ten protest, mają wyobrażenie społeczeństwa jako niedojrzałych uczestników imienin u cioci. Niegrzecznych uczniów, którzy przyłapani na przekleństwie dostaną uwagę w Librusie. Dziś próbują straszyć nauczycieli, którzy jakoby zachęcali uczniów do strajkowania. Ile dni nauki stracili uczniowie przez chaotyczne wprowadzanie zdalnego nauczania? Niedługo okaże się, że przez dzień strajku wystąpią trudności ze zdawaniem matury.

        Zgorszyły się też publiczne media, jest pani teraz ich negatywną bohaterką.
        - Media publiczne osiągnęły mistrzostwo w propagandowym montażu tego, co zastępuje w nich informację. PiS przy ich pomocy rozkręca nagonki na grupy i osoby.

        Najpierw mnie pokazali w TVP skandującą wulgaryzmy, treść wystąpienia została wycięta. Ot, skrót. We wtorek widziałam film zrobiony przez Radio Szczecin: obraz karetki, kierowca w skafandrze ochronnym, w tle krzyczę "wypierdalać". Mamy więc winną, lokalną wichrzycielkę, kobietę, czarownicę - zgodnie z tradycją średniowieczną. Pokazując winne wyprowadzenia ludzi na ulice, a więc i eskalacji epidemii, przy okazji uzasadniają konieczność „czyszczenia” wyższych uczelni z feministek, genderystów, lewaków. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

        Zwraca się pani na Facebooku do ludzi ze środowiska uniwersyteckiego: "Chcę wytłumaczyć osobom, które uważają, że niepotrzebnie prowokuję, narażam środowisko, daję się podpuszczać, w jakim znajdujemy się momencie i dlaczego warto iść pod transparentami z młodymi ludźmi, także naszymi studentami". Środowisko nie popiera?
        - Wiele osób popiera, ale dostaję również rady, że powinnam się powściągać. Chciałabym jednak powtórzyć dobitnie, ze świadomością ryzykowności tej analogii: to jest taka sytuacja, gdy stojąc w kolejce na egzekucję strofowalibyśmy się nawzajem w sprawie dobrych manier. Kieruję te słowa do "neutralnych" koleżanek akademiczek i kolegów akademików. Uważam, że skłonność do uległości, do serwilizmu, milczenia, jest teraz nieskuteczna. Wiele osób sądzi, że broni w ten sposób swoich badań, pozycji uniwersyteckiej, a wcale tak nie musi być, bo tępy nóż rządzących odcina w nieoczekiwanych miejscach. Kiedy nasi studenci są na ulicy, nie udawajmy, że mamy w tym czasie artykuły do napisania. Nie brońmy abstrakcji godnego dialogu.

        CDN...
        • diabollo Re: Wściekłe ataki na kościół 01.11.20, 10:07
          Najpierw wydawało mi się, że ten język odstręczy od protestujących, a teraz myślę już inaczej - powiedział mi ostatnio jeden z profesorów.
          - Ja po pierwszym dniu protestu zauważyłam, że mnie te wulgaryzmy wzruszają. Jakby się coś uwolniło, jakby w sensie psychologicznym złamana została bariera. Wzrusza mnie to, że protest trzyma się tych haseł: stop, nie pójdziecie dalej, cokolwiek się wydarzy. Mówimy jasno i prosto, nie ma już powrotu do obłudnej mowy politycznej, kościelnej.

          O Kościele i do ludzi Kościoła młodzi mówią mocno. Wcześniej niemal wszyscy rozmawiali z Kościołem z pozycji na kolanach.
          - Niech może episkopat zbierze się i zastanowi, jak uczyli przez tyle lat religii w szkole, skoro młodzież im teraz mówi "wypierdalać".

          Rozwinę tę frazę: oczywiście, KK ma prawo do swojego terytorium i działalności, ale niech nie przychodzi niezaproszony do naszych domów, niech opuści instytucje państwowe, edukacyjne, szpitale, apteki. Niech się wypisze z PiS-u.

          Co będzie dalej? Jarosław Kaczyński w swoim "orędziu" też wydaje się, że odpowiedział protestującym "wypierdalajcie".
          - Wszystkie klocki tej układanki wyglądają na niemal niemożliwe do ułożenia w jakiś pozytywny wzór. Gdybym pisała powieść, uznałabym, że po tym załamaniu, po unurzaniu w kryzysie musi nastąpić przełom. W prozie mógłby to być przełom krwawy lub cudowna przemiana złego w dobrego. W rzeczywistości widzę tylko jedno wyjście – ktoś musi wyjąć luźną kostkę, ustąpić. Ktoś z tamtej strony, bo my nie mamy z czego zrezygnować. Wygląda jednak na to, że wybrany został wariant siłowy, a zarazem nikt nie zarządza chaosem. To przeraża.

          Nie zapominajmy, że ten wywołany przez orzeczenie Trybunału Przyłębskiej kryzys ma charakter wojny biologicznej. Możemy chorować i umierać. Nie mamy czasu o tym myśleć, nie mamy wyboru, zachodzi wyższa konieczność. Ochrona biologicznego, kruchego ja schodzi na drugi plan. Ci, którzy tę bombę odpalili zwalają winę cynicznie, ale i desperacko na nas. Znajdujemy się wewnątrz dystopijnej narracji, jednak niestety nie mamy innej rzeczywistości.

          nga Iwasiów - profesorka literaturoznawstwa, poetka, pisarka, krytyczka literacka, kieruje Zakładem Literatury Polskiej XX i XXI w. w Instytucie Polonistyki i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Szczecińskiego. Autorka m.in. powieści „Bambino” (nominowanej m.in. do Nagrody Nike), „Ku Słońcu”, „Na krótko” i najnowszej "Kroniki oporu i miłości".

          poznan.wyborcza.pl/poznan/7,105531,26459610,inga-iwasiow-to-nie-wypierdalaj-jest-agresja-ale-wypowiedziane.html?_ga=2.182398503.1026910614.1604129291-240873953.1469871756#S.DT-K.C-B.1-L.1.duzy
Pełna wersja