Dodaj do ulubionych

Kościół od dawna szkodzi Polakom

02.12.20, 07:36
Trzeba to powiedzieć jasno - Kościół od dawna szkodzi Polakom. Rozmowa z prof. Jackiem Leociakiem
WYWIADDorota Wodecka

Jestem antyklerykałem, ale to nie znaczy, że jestem ateistą. Stawianie między tymi postawami znaku równości jest błędem i dowodzi zmonopolizowania przez Kościół języka mówienia o Bogu. Rozmowa z Jackiem Leociakiem

wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26555332,gniew-to-dowod-przejecia-swiatem.html
Wieczne strapienie. O kłamstwie, historii i Kościele
Jacek Leociak
Czarne, Wołowiec

Dorota Wodecka: Po „Młynach bożych” wydaje pan książkę „o kłamstwie, historii i Kościele”. Nie nęci pana napisanie monografii o zblatowaniu instytucji Kościoła katolickiego z państwem?
Jacek Leociak: Moja książka nie ma ambicji monograficznych. Nie było moim zamiarem opisywanie relacji państwo – Kościół, choćby w zarysie. Wychodzę z subiektywnej perspektywy i dotykam okruchów rzeczywistości, które można ułożyć jedynie w mozaikę. Ale fragmentaryczność refleksji i poetyka krótkiego zapisu, którą starałem się zastosować, ma większą skuteczność czytelniczą niż monografia.

Nazwałabym ją poetyką wściekłości.
Moje komentowanie życia publicznego i próba rozumienia zachodzących w nim procesów są podyktowane impulsem moralnym. Gniewa mnie albo, mówiąc językiem dzisiejszej rewolucji, wkurwia mnie bezczelność, dyktat polityczny i hipokryzja Kościoła.

Posługuję się definicją gniewu wyłożoną przez Arystotelesa w „Etyce nikomachejskiej”. Gniew jest reakcją człowieka, który widzi pogwałcenie sprawiedliwości i musi na to zareagować – i reaguje gniewem. Gniew jest afektywnym przejawem wrażliwości na otaczający świat, niezgody na zło dziejące się w świecie. Taki gniew mają w sobie kobiety i mężczyźni, którzy wychodzą protestować na ulice, i podobny afekt świadczący o zaangażowaniu moralnym ogarnia i mnie, kiedy piszę swoje książki. Dlatego nie mogę napisać monografii czy syntezy relacji państwo – Kościół, bo taka rozprawa naukowa zakłada dystans, chłód emocjonalny. Ja uprawiam inny gatunek. Ale fakt, biorąc pod uwagę perspektywę dzisiejszą, należałoby taką syntezę napisać.

Dlaczego „dziś” jest istotną cezurą?
Bo Kościół wszedł oficjalnie w konkubinat z państwem, co w 2016 r. obwieścił szef Konferencji Episkopatu Polski, konstatując, że „po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. Już nie ma żadnego mrugania okiem ani „przyjaznego rozdziału” zapisanego w konstytucji, tylko jawne współrządzenie krajem. Równocześnie obserwujemy na niespotykaną wcześniej skalę autokompromitację Kościoła, która obnaża jego hipokryzję, struktury korporacyjne oraz kłamstwo fundacyjne, na którym ta instytucja jest oparta. To ogromna zmiana w stosunku do PRL-u, kiedy Kościół był wielkim autorytetem i schronieniem wolności.

Zacznijmy od kłamstwa fundacyjnego.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kościół dokonał wrogiego przejęcia tej chrześcijańskiej Dobrej Nowiny, dokonując upaństwowienia religii. Upraszczając, grupy urzędników dały sobie prawo do administrowania przesłaniem zakorzenionym nie tylko w Biblii hebrajskiej, ale też w uniwersalnym dziedzictwie ludzkości. I odwołując się do niego, zaczęły budować swoje struktury korporacyjne.

Prof. Tomasz Polak w arcyważnej książce „System kościelny, czyli przewagi pana K.” stawia sześć tez. Przedstawię je w największym skrócie, z konieczności upraszczając: 1. System kościelny zrodził się z „impulsu Jezusa”, ale bez jego udziału i „przynajmniej w ostatecznym wyniku wbrew niemu”. 2. Od zarania chrześcijaństwa mamy do czynienia z dwoma „tożsamościowymi konceptami zinstytucjonalizowanymi”. Jeden – wolnościowy i emancypacyjny (anarchiczny); drugi – oparty na strukturach dominacji (autorytarny). 3. System kościelny jest fantazmatem, grą wyobraźni, a jego jądro jest ateistyczne. 4. „System kościelny ma zakłócony stosunek do winy: jednocześnie indukuje ją i neutralizuje. W konsekwencji staje się azylem dla winnych, a zarazem systemem uporczywej obrony własnej moralnej wyższości”. 5. System kościelny jest systemem uniwersalnym i uzurpatorskim – obejmuje swym zasięgiem także tych, którzy do niego nie należą i nie chcą należeć. 6. System kościelny jest w swej istocie niereformowalny.

Jestem wdzięczny prof. Polakowi za radykalizm i przejrzystość analizy. Mam tę satysfakcję, że tezy nr 5 i 6 głoszę w mowie i piśmie od dawna. Historia Kościoła nie jest historią okazjonalnych błędów i wypaczeń, jak chcieliby widzieć jego zwolennicy. „Błędy i wypaczenia” są istotą tej instytucji.

Czy swoimi krytycznymi książkami pan, antyklerykał, chce ją naprawiać?
Postawa antyklerykalna jest dla mnie manifestacją wolności. Wolności od obezwładniającego wpływu potężnej korporacji, która czuje się właścicielem mojego ciała, mojego umysłu i mojej duszy.

Jestem antyklerykałem integralnym, ale to nie znaczy, że jestem ateistą. Stawianie między tymi postawami znaku równości jest błędem i dowodzi zmonopolizowania przez Kościół języka mówienia o Bogu. Oddzielam Kościół jako instytucję od metafizyki, czyli mówiąc po arystotelowsku: tego, co jest poza fizyką.

Rozprawia się pan z językiem hierarchów. Dlaczego jest niebezpieczny dla życia społecznego?
Biskupi są następcami apostołów. Na mocy sukcesji apostolskiej nieprzerwanie od czasów Jezusa strzegą i przekazują tzw. depozyt wiary. Mają być opiekunami i pasterzami, którym Jezus nakazał jak św. Piotrowi: „Paś owce moje!” (J 21, 17). Jeśli tacy ludzie kłamią, mataczą, sieją nienawiść i stają się powodem zgorszenia, jeśli sami krzywdzą dzieci – to nie tylko deprawują język, ale też zabiją wspólnotę wiernych, którą się mają opiekować. Zapominają najwyraźniej o słowach swojego Pana: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Chciałem obnażyć ten język, skompromitować go i pomóc ludziom usłyszeć, co biskupi do nich mówią. Ograniczyłem się tylko do dwóch wypowiedzi – szefa Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” oraz listu biskupów na stulecie niepodległości. Obydwie są reprezentatywne dla polskiego Kościoła i pozwalają przeanalizować mechanizmy nowomowy, brak sensu, parcianą historiografię i tak dalej. Szkicuję też portrety pięciu biskupów – na podstawie tego, co mówią i piszą.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 02.12.20, 07:37
      I zauważa pan, że świat tkany z ich słów nijak ma się do realności.
      Istotą nowomowy jest zastąpienie żywej komunikacji językiem zrytualizowanym, którego celem nie jest komunikacja, tylko afirmacja stanu posiadania grupy trzymającej władzę. To znaczy: są poddani i są przywódcy. Są biskupi i są wierni, którzy porozumiewają się językiem utrwalającym tę feudalną zależność i pozorującym wspólnotę. Jego funkcja polega na nieustannym potwierdzaniu miejsca, w którym się jest. To jest drewniany język, który ma afirmować władzę. Nie ma pluralistycznej, dialogowej przestrzeni napięcia, jaką cechuje komunikacja międzyludzka. Kilka cytatów? Proszę bardzo: Kościół „musi dokonać wewnętrznej samorefleksji, włączając w to element wiary” albo „priorytet troski o ofiary” czy Kościół prowadzi „intensywne działania”, które będzie „dalej intensyfikował”. Oto kwintesencja nowomowy: banał unurzany w typowej dla języka propagandy PRL-u formule: „dalsze doskonalenie”. To znaczy: już jest doskonale, ale będzie jeszcze doskonalej.

      Sztuczny język utrzymuje sztuczną wspólnotę?
      Wspólnotę, która nie myśli, bo sztuczny język uniemożliwia krytyczne myślenie. Poza tym nowomowa jest zawsze językiem władzy. Władza zwraca się do ludu swoim językiem i tym samym językiem winien się zwracać lud do władzy, co podkreśla jego podległość, a w tym przypadku obnaża prawdę o Kościele katolickim. Mianowicie nie chodzi w nim o miłosierdzie, tylko o posłuszeństwo.

      Czy Kościół katolicki dokonał w Polsce wrogiego przejęcia na poziomie języka?
      W czasach nowożytnych niejednokrotnie państwo i Kościół dokonują przejęcia języka, który obsługuje takie fundamentalne tematy, jak patriotyzm, miłość ojczyzny, obowiązki obywatelskie. Np. retoryka endecka monopolizuje język patriotyczny, odmawiając tym samym innym prawomocności powoływania się na te wartości. To jest wrogie przejęcie.

      Z kolei fundamentaliści katoliccy, przede wszystkim Ordo Iuris, przejmują retorykę praw człowieka. Pozwy czy pisma przedprocesowe wysyłane przez ich prawników do ludzi, którzy się z nimi spierają, są formułowane w kategorii prawa człowieka do wolności wyznawania przekonań i poglądów. To bardzo groźne przejęcie, bo zamula przestrzeń komunikacyjną. To jest jakby wygrzebywanie piasku spod fundamentów, które się za chwilę zawalą.

      W kategoriach wrogiego przejęcia możemy również rozważać język kościelny dotyczący ochrony życia nienarodzonych. Po pierwsze, mamy do czynienia z niewątpliwym nadużyciem semantycznym, kiedy mówi się, że my chronimy życie i ci, którzy są zwolennikami aborcji, są przeciwnikami życia i mordercami dzieci. Życie definiuje się w kategoriach bardzo szerokich, bo jest nim i życie zygoty, i życie płodu, i życie dziecka.

      List biskupów na stulecie niepodległości dowodzi, że władza świecka i kościelna operują tym samym kodem pojęciowym.
      Dołująca intelektualnie jest wizja historii Polski, jaką proponują członkowie Konferencji Episkopatu Polski. Ich zdaniem niepodległość jest dziełem Bożej opatrzności, a „wysiłki całego narodu” są tylko gdzieś tam w tle. Powstanie listopadowe wybuchło „z Bożej inspiracji”. Właściwie to od połowy XIX w. mieliśmy do czynienia z nieustającą bezpośrednią Bożą interwencją w dzieje Polski. To duchowni i świeccy katolicy, Matka Boska i wszyscy święci i święte Boże odegrali największą rolę w odrodzeniu narodowym. „Niepodległość została wymodlona” – piszą biskupi, obrażając pamięć tych, którzy tę niepodległość wywalczyli z bronią w ręku, jak mój dziadek, legionista.

      Kłamstwo służy utrzymywaniu władzy, świeckiej i kościelnej, co nie jest odkrywcze.
      Kłamanie jest działaniem. Kluczowym imperatywem dla kłamstwa jest intencja wprowadzenia kogoś w błąd, wiedza i świadomość kłamcy. Analizując wypowiedzi biskupów, nabieram przekonania, że w ich przypadku zaciera się różnica między kłamstwem a samozakłamaniem. Często z perwersyjną wręcz fascynacją czytam dokumenty Konferencji Episkopatu Polski, kazania i wypowiedzi hierarchów i mam pewność, że oni często nie mają pojęcia, o czym mówią. Powtarzają nonsensy, paralogizmy, absurdy unurzane w formalinie katolickiej nauki społecznej, katolickiej antropologii, katolickiej seksuologii, katolickiego przygotowania do życia w rodzinie. To nie są kłamstwa, tylko formy głęboko uwewnętrznionego zakłamania. Wypowiadający je są niczym mumie owinięte bandażami utkanymi ze słów i widzą tylko to, co jest zapisane na bandażach od strony przylegającej do ciała. Nie czytają świata.

      CDN...
      • diabollo Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 02.12.20, 07:40
        Samozakłamaniem można tłumaczyć niezgodność słów i czynów. Zamysłem pana książki jest obnażenie nie tyle samozakłamania, ile hipokryzji Kościoła. Dlaczego uważa pan, że tu jest ona bardziej niebezpieczna niż w polityce?
        Bo Kościół przedstawia się jako nieomylny stróż fundamentalnych wartości obowiązujących wszystkich bez wyjątku, jako depozytariusz Arki Przymierza, w której złożone były tablice dziesięciorga przykazań. Tymczasem okazuje się często – dziś w sposób szczególnie drastyczny – że ta Arka to kasa pancerna, w której zamknięte są pieniądze, przywileje, kompromitujące dowody nadużyć i matactw. Kościół ma być przewodnikiem, nauczycielem. Czego dobrego może uczyć nauczyciel hipokryta?

        U starożytnych Greków słowo „hipokryzja” oznacza odgrywanie roli w teatrze. Jest neutralne. W Nowym Testamencie „hipokryzja” to zachowanie moralnie naganne, które piętnuje Jezus w tyradzie wygłoszonej przeciwko faryzeuszom i uczonym w Piśmie: „Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (…) Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać” (…). Podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa”. Czyż to nie jest dobra definicja współczesnego Kościoła katolickiego w Polsce?

        I czeka nas scenariusz irlandzki?
        Nie sądzę. Ani irlandzki, ani hiszpański, kiedy w 1936 r. w pierwszych dniach wojny domowej rżnięto księży, gwałcono zakonnice i wyrzucano trupy biskupów z trumien. Nie życzę tego polskiemu Kościołowi. Nie spodziewam się też głębokiej laicyzacji społeczeństwa polskiego, bo ponad 1000 lat chrześcijaństwa wiąże naszą tożsamość z jego paradygmatem. Jaki scenariusz może nam się zdarzyć? Myślę, że powolne gnicie, rozkład, mumifikacja Kościoła. Najstarsze mumie egipskie mają 5 tysięcy lat.

        Nie jest moim zamiarem pozbycie się Kościoła z polskiej tradycji i kultury, tylko normalizacja jego obecności w Polsce. W naszej przestrzeni kulturowej jest miejsce i na Kościół, i na socjalistów, i na wolnomyślicieli, i na liberałów, i na chadeków, i na konserwatystów, ale niechby ta przestrzeń była pluralistyczna prawdziwie, a nie deklaratywnie. Przecież poza Kościołem też toczy się życie, ludzie rodzą się, pracują, kochają się, umierają. Chciałbym, żeby duchowni wreszcie uznali, że nie są alfą i omegą, żeby się, krótko mówiąc, posunęli i zrobili miejsce dla tych obywateli Rzeczypospolitej, którzy – jak czytamy w konstytucji – „nie podzielają ich systemu wartości”, ale są pełnoprawnymi obywatelami tego państwa. W tej chwili mamy Kościół, który w przestrzeni symbolicznej staje się monopolistą.

        Staje się czy już nim jest? Pytam właściwie o to, czy polskie państwo jest państwem wyznaniowym.
        Pod względem prawnym nie jest. Jednak przypominam, że w II Rzeczypospolitej obowiązywał mały traktat wersalski, który gwarantował równe prawa wszystkim mniejszościom, ale Żydzi byli de facto dyskryminowani w wielu dziedzinach. Numerus nullus, numerus clausus nie były efektem regulacji ustawowych, tylko korporacyjnych. Oddzieliłbym zatem stan prawny od praktyki społecznej, a ta kieruje nas w stronę państwa wyznaniowego. Głos biskupów decyduje nie tylko w sprawach wiary, ale ma również decydować w sprawach dotyczących legislacji, praw reprodukcyjnych kobiet, rodziny, edukacji, zakupów i handlu oraz przejawów działań artystycznych. A to nas zbliża do państwa wyznaniowego, w którym decyduje nie prawo stanowione, ale prawo naturalne. Kornel Morawiecki, otwierając posiedzenie Sejmu w 2015 r., powiedział, że ponad prawem stoi prawo naturalne, co na szczęście nie jest na razie zapisane w prawodawstwie. Ale nie wiem, co będzie w przyszłości.

        Na ile realny do spełnienia jest postulat o rozdziale Kościoła od państwa?
        Czy realny do spełnienia był postulat zwołania Stanów Generalnych we Francji Ludwika XVI? Każda rewolucja zaczyna się od stawiania wydawałoby się nierealnych postulatów. Dzisiejsza, której słowem kluczem jest hasło „Wypierdalać”, nie stawia tego postulatu w horyzoncie dzisiejszej praktyki politycznej, ale w perspektywie przyszłości. Kropla drąży skałę.

        Czy w polskiej historii zdarzały się równie silne jak obecnie wystąpienia antyklerykalne?
        Powiedziałbym, że zdarzały się znacznie silniejsze. Pierwszym było powstanie pogańskie z 1038 r., które było reakcją na rozbudowę struktur Kościoła oraz rebelią przeciwko możnym.

        Szukając bliżej, wystarczy wspomnieć insurekcję kościuszkowską i wieszanie targowickich zdrajców na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Wśród powieszonych był biskup wileński Ignacy Massalski. W ruchach niepodległościowo-rewolucyjnych zawsze przewijała się antyklerykalna nuta – bo kler był warstwą uprzywilejowaną i wyzyskującą chłopów oraz wspierającą szlachtę, która też tych chłopów uciskała.

        „O, cześć wam panowie, magnaci, za naszą niewolę, kajdany, o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany” – to słowa pieśni „Gdy naród do boju”, które wziął za swój hymn rodzący się w XIX w. ruch chłopski.

        Religijność chłopów jest ludowa, oparta na rytuale i tradycji. Kościół wymagał od nich posłuszeństwa i danin. Kościół prymasa Wyszyńskiego również był Kościołem rytuału, Kościołem horyzontalnym, a nie wertykalnym. Czego zatem szukali w antynowoczesnej i w feudalnej z założenia instytucji intelektualiści, ludzie mentalnie wolni? I jak to się stało, że po 1989 r. stali się dla Kościoła katolickiego „Żydami i masonami”, o czym pisał Miłosz.
        I to powinien być jeden z dużych rozdziałów monografii, którą pani postuluje. Spróbuję to wyjaśnić pokrótce, co może sprawić, że moja refleksja poszybuje w kierunku banałów i oczywistości.

        Po 1945 r. Kościół był jedyną instytucją lokującą się poza systemem państwa komunistycznego. Komuniści chcieli przekształcić duszę polską i stworzyć nowego człowieka, czyli – jak pisał Miłosz – wprowadzić nową wiarę, a Kościół skupiał wokół siebie tych, którzy temu dyktatowi podporządkować się nie chcieli.

        Wydaje się, że w czasie obchodów milenijnych konflikt tych dwóch instytucji osiąga apogeum, ale to pozór. Na zewnątrz mamy konflikt wokół listu biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słynną frazą: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, ale w dyskursie partyjnym i kościelnym – a personalizując: w dyskursie Gomułki i Wyszyńskiego – wybrzmiewa podobny ton. Obaj odwołują się do patriotyczno-nacjonalistycznych pokładów duszy polskiej.

        Po 1976 r., kiedy powstaje zorganizowana opozycja, Kościół przeżywa apogeum swojej ważności. Dziś jest niewyobrażalne, że podczas rekolekcji gromadzi się w nim inteligencja, nie tylko katolicka, ludzie, którzy są poza Kościołem, ale widzą w nim oparcie i autorytet, którym zresztą był. Śmiertelnym ciosem dla Kościoła jest wolność.

        Inteligencja, która orbitowała wokół niego przed 1989 r., pragnie wykorzystywać jego autorytet i przy nim trwać, licząc, że będzie pomagał w budowaniu nowej, lepszej społeczności. Tymczasem on coraz mniej się interesował budowaniem nowego, lepszego świata dla innych, a coraz bardziej interesował się budowaniem go dla siebie. Przyjmuje pozycje triumfalistyczne, bo uważa się za władcę dusz, i domaga się przywilejów. I w 1991 r. nagle, poza Sejmem, czyli bez żadnego trybu, religia zostaje wrzucona do szkół, co jest wprost deklarowane jako akt wdzięczności wobec Kościoła.

        Od tego czasu następuje coraz bardziej widoczne przejście Kościoła od instytucji obdarzonej autorytetem, który oddziałuje na społeczeństwo w sensie wzmacniania jego morale, zachęcania do pracy na rzecz ojczyzny, w stronę korporacji dbającej o swoje interesy. I w konsekwencji dziś prezes partii władzy musi wzywać zwolenników PiS-u do obrony kościołów. Ja żyję 63 lata na tym świecie i nie śniłem w ogóle, że policja, Żandarmeria Wojskowa oraz bojówki faszystowskie będą bronić kościołów. To jest miara upadku Kościoła jako instytucji.

        CDN...
        • diabollo Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 02.12.20, 07:41
          Kościół uważa się za obiekt prześladowań.
          O prześladowaniach wspominam w książce. Henryk VIII do 1538 r. rozwiązał w Anglii łącznie 1200 klasztorów i skonsumował ich majątek. Mnisi dostali głodowe pensje, z których musieli się utrzymać. Jego lord sekretarz Thomas Cromwell wywlókł na światło dzienne zgniliznę moralną kleru, w tym dobrze nam znane dziś molestowanie seksualne. Katolicy i protestanci byli karani za herezję, co przysporzyło obu wyznaniom męczenników za wiarę.

          W latach 1936-37 w III Rzeszy naziści postawili przed sądem setki mnichów i zakonnic oskarżanych o różne przestępstwa: od przekrętów finansowych do seksualnych ekscesów.

          Ale dziś mamy do czynienia z inwersją, z propagandowym odwróceniem znaków, kiedy na czarne mówi się białe, a na białe mówi się czarne. To Kościół jest opresyjny i narzuca wszystkim bez wyjątku obywatelom prawne rozwiązania, które wypływają z jego doktryny teologicznej. Gdyby tak nie było, to nie mielibyśmy dziś na ulicach setek tysięcy ludzi.

          W 1991 r. Czesław Miłosz napisał głośny tekst pt. „Państwo wyznaniowe”, w którym przewiduje konsekwencje wprowadzenia religii do szkół. „Może tak się zdarzyć, że kler będzie celebrować obrzęd narodowy, kropiąc, święcąc, egzorcyzmując, ośmieszając się zarazem swoim tępieniem seksu, a tymczasem będzie postępowało wydrążanie się religii od wewnątrz i za parę dziesiątków lat Polska stanie się krajem równie mało chrześcijańskim jak Anglia czy Francja, z dodatkiem antyklerykalizmu, którego zaciekłość będzie proporcjonalna do władzy kleru i jego programu państwa wyznaniowego”.
          Gdyby ten tekst Miłosza został dziś opublikowany, zostałby uznany za „atak na Kościół”, chociaż poeta zaczyna go od słów: „Nie jestem powołany do tego, żeby wypowiadać się o Kościele”. Ideałem dla biskupów jest wyjęcie Kościoła spod prawa stanowionego (co de facto ma miejsce), odebranie prawomocności oceniania działań Kościoła i jego funkcjonariuszy (co de facto ma miejsce) i traktowanie wszelkich krytycznych uwag jako „ataku na Kościół” czy „walki z Kościołem”, a także ataku na wiarę, religie?, chrześcijaństwo, na samego Pana Boga oraz obraz?anie uczuć religijnych osób wierzących (co de facto ma miejsce). Ten tekst Miłosza, który przecież nie był ateistą ani antyklerykałem, zepchnąłby go dziś na „wrogie wobec Kościoła pozycje”.

          Co się stało, że Miłosz, który krytykował endecką tożsamość Polaka, umacnianą przez język Kościoła katolickiego, u kresu swego życia chce się z tym Kościołem pogodzić? Pytam, bo to jednak znaczące, że ludzie przed śmiercią wracają dobrowolnie na „łono Kościoła”.
          Miłosz pisał: „Nie jestem i nie chcę być posiadaczem prawdy. W sam raz dla mnie wędrowanie po obrzeżach herezji” – ale z drugiej strony był zakorzeniony w katolicyzmie o wymiarze wspólnotowo-parafialnym. W „Traktacie teologicznym”, wydanym kilka lat przed śmiercią, wyraźnie mówi, że jako grzesznik chce się z Kościołem pogodzić i do niego powrócić. To pogodzenie nie odbywa się na płaszczyźnie mędrca i teologa, tylko prostego parafianina, dla którego ważna jest wspólnota i rytuał, który, jak już dziś mówiliśmy, jest martwy.

          Jest w tym powrocie Miłosza do Kościoła jakaś rezygnacja. Rezygnacja z niebezpieczeństwa. Miłosz jest dla mnie fascynujący, kiedy jest metafizycznie odważny, gdy rzuca się w ciemność. Żałuję, że tego traktatu nie napisał Miłosz gniewny, który się buntuje, tylko Miłosz, który nie chce się już buntować.

          Czy to jest abdykacja?
          „Traktat teologiczny” to nie jest abdykacja, tylko poezja. Słabsza niż wcześniejsza, ale autentyczna. Natomiast zupełnie kim innym jest Miłosz w życiu, kiedy nagle zostawia za sobą swoją niepokorność i w kwietniu 2004 roku pisze list do Jana Pawła II. I fraza, w której prosi o potwierdzenie, czy jego poezja była ortodoksyjnie katolicka, jest dla mnie najtrudniejsza do zaakceptowania.

          Miłosz i wielu intelektualistów podzielało zachwyt nad JP2, czyli Kościołem, jaki reprezentował. A więc instytucją, o której pan powiada, że jest mafijna. Jak to możliwe?
          JP2 był papieżem intelektualistą, profesorem, etykiem. Sam fakt, że biskup, a potem kardynał, a w końcu papież pisze sztuki teatralne i wiersze fascynował pisarzy. Uwodził nas też wizją polityczną – owe dwa płuca Europy. Akcesja do Unii Europejskiej mocno poparta przez papieża – to miało rozstrzygające znaczenie w polskim referendum. I poza wszystkim był jednak osobowością. Człowiek kształcony w Teatrze Rapsodycznym Kotlarczyka, fantastycznie operujący głosem, którego homilie, szczególnie kiedy był w pełni sił, są, nie oszukujmy się, mesmeryzujące. Ośmieszone dziś i sprowadzone do poziomu mema zawołanie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi” było niesamowite. Ciarki mnie przechodziły, gdy tego słuchałem pierwszy raz.

          A poza tym był Polakiem. I to nam zawróciło w głowie.

          Dość szybko nabawiłem się sceptycyzmu, kiedy w czasie wizyty w Polsce w 1993 r. włączył tryb, który dziś rozkręcił się maksymalnie: żadnej aborcji, Kościół przewodnią siłą narodu. Jego apel, by gwałcone w Bośni kobiety rodziły dzieci, był apelem doktrynera. W encyklice „Humanae vitae” dziwił się, że w krajach demokratycznych kobiety, które dokonały aborcji, nie są karane. To jest poziom refleksji papieża, który przy całej frazeologii o wolności człowieka monopolizuje pojęcie wolności i narzuca je wszystkim innym. Kobiety i młode dziewczyny, które wychodzą dziś na ulice, zawdzięczają ustawę ograniczającą aborcję nie Julii Przyłębskiej, tylko tak naprawdę JP2 i jego przyjaciółce Wandzie Półtawskiej oraz ludziom przez nich ukształtowanym.

          CDN...
          • diabollo Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 02.12.20, 07:41

            I my tego wszystkiego nie widzieliśmy wcześniej. Miłosz też tego nie widział. Można mieć pytanie do biografa Miłosza Andrzeja Franaszka, czy na początku lat 2000 Miłosz wiedział, że papież uwielbia Marciala Maciela Degollado, założyciela Legionu Chrystusa, pedofila i bigamistę? Pewnie nie wiedział, a jak wiedział, to się tą wiedzą „nie zaciągał”. To dziś dopiero opadają wszystkie zasłony.

            Pan w swojej książce wylicza nieprawości Kościoła z historii. Właściwie po co wspominać dawne palenie czarownic, inkwizycję, konkwistę Nowego Świata, kształtowanie postaw antysemickich, nienawistne kazania i niewiedzę biskupów?
            Szacunek wobec realności jest postawą uczciwą wobec prawdy historycznej i wobec siebie. Używam słowa „prawda” z lekkim niepokojem, bo w tej chwili trudno się je wymawia, ale mam na myśli prawdę w podstawowym znaczeniu. Czyli to, co jest. Bo jak pisał Miłosz wiosną 1943 w wierszu „Nadzieja”: „wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie”. Dlatego stawiam realność przeciwko idolom, fantomom, przeciwko wytwarzaniu alternatywnej rzeczywistości i alternatywnej historii.

            Poza wszystkim uważam, że jedyną drogą wyjścia z Kościoła jest poznanie jego historii.

            prof. Jacek Leociak – kierownik Zakładu Badań nad Literaturą Zagłady w Instytucie Badań Literackich PAN, członek założyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

            wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26555332,gniew-to-dowod-przejecia-swiatem.html
            • walmart.ca Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 02.12.20, 10:17
              I czeka nas scenariusz irlandzki?
              Nie sądzę. Ani irlandzki, ani hiszpański, kiedy w 1936 r. w pierwszych dniach wojny domowej rżnięto księży, gwałcono zakonnice i wyrzucano trupy biskupów z trumien. Nie życzę tego polskiemu Kościołowi. Nie spodziewam się też głębokiej laicyzacji społeczeństwa polskiego, bo ponad 1000 lat chrześcijaństwa wiąże naszą tożsamość z jego paradygmatem. Jaki scenariusz może nam się zdarzyć? Myślę, że powolne gnicie, rozkład, mumifikacja Kościoła. Najstarsze mumie egipskie mają 5 tysięcy lat.


              gincie i rozkład (zwłaszcza mentalne)to Polska ma od dawna...
              • suender Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 06.12.20, 15:42
                walmart.ca:

                > Nie życzę tego polskiemu Kościołowi.

                Takiego dictum nie wolno mi pozostawić bez komentarza, a tym komentarzem niech będzie zestawienie różnych analiz o relacjach typu: Władza Świecka v. Władza Kościelna w różnych krajach, jak to wyglądało/wygląda i może wyglądać:

                Wstęp:

                Wiadomym jest, że polem działania Władzy Kościelnej jest w 80% teren z Przestrzeni Transcendentnej, a w 20% tren z Przestrzeni Siwickiej, podczas gdy tej drugiej władzy jest w 100% tren z Przestrzeni Siwickiej.
                Zatem widać wprost, że owe 20% jest zarzewiem konfliktu pomiędzy obydwoma. To przyznaje większość naukowców reprezentujących tezę, że dwu-władza jest zawsze zła! Nie bez racji zatem niektórzy twierdzą, że z przedmiotowych 20% Władza Kościelna powinna zrezygnować i wtedy nastąpi czas pokojowej koegzystencji obydwu skonfliktowanych stron.

                Problem jednak w tym, że do Tanga trzeba dwojga. Czyli chodzi o pewne równoważne ustępstwo Władzy Świeckiej, - do którego owa strona absolutnie się nie kwapi. Taki fakt wróży niestety wieczną trwałość starego jak świat konfliktu.

                Praktyka społeczna jednak pokazuje, że ludzkość jest już na tyle dojrzałą, że na nieusuwalne konflikty znalazła remedium typu: "Pokojowa Koegzystencja", którą akurat w tym przypadku jest KONKORDAT.
                No pięknie, ale po kilkunastu latach życia z KONKORDATEM, u Władzy Świeckiej pojawia się wewnętrzne niezadowolenie, że tan KONKORDAT jednak dla WŚ za bardzo wiąże ręce i trzeba go bardziej ograniczyć, a niektórzy Władcy Krajowi są za wręcz zlikwidowaniem tego szkodliwego tworu.
                Więc co się dziej? Rozpoczyna się nagonka np. na KRK w mediach i profilach społecznościowych.
                Uważny obserwator życia w Kraju Nad Wisłą, widzi owa nagonka ma wiele twarzy.
                Jedni (np. Walmart) z uporem maniaka będą przekręcać nazwę KRK dodając jemu przymiotnik "Polski", którym oczywiście nie jest, bo jest Światowym KRK. Ale po co on tak robi, - a no po to, by przegotować grunt pod nacjonalizację KRK, czyli stworzenia nad nim nadzoru świeckiego. Przykład: Anglia, po części Francja, a naj mniej BRD, które już takie karykatury Kościoła już zbudowały. Dalekosiężnym efektem takiej przemiany ma, być ingerencja Władzy Świeckiej w pole Transcendencji, by "udoskonalić" moralność w Kościele i wprowadzić tam nowy Dekalog.
                Mimo, że to brzmi śmiesznie, to dla ziemskich decydentów nie ma to znaczenia.

                Miejmy jednak nadzieję, że te poronione pomysły same się zanihilują.

                Wasz Suender.
    • suender Re: Kościół od dawna szkodzi Polakom 04.12.20, 13:21
      Szczęśliwy ten, któremu została odpuszczana nieprawość,
      którego grzech został puszczony w niepamięć.
      Szczęśliwy człowiek, któremu Pan nie poczytuje winy,
      w którego Duszy nie kryje się podstęp.


      To są słowa prawdziwej NADZIEJI!


      Wasz Suender.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka