Niemcy a sprawa polska

06.12.20, 20:50
wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26568447,to-czym-pis-probuje-wkurzyc-niemcow-wcale-ich-nie-wkurza.html#weekend#S.W-K.C-B.1-L.1.duzy
    • diabollo Re: Niemcy a sprawa polska 07.12.20, 07:25
      To, czym PiS próbuje wkurzyć Niemców, wcale ich nie wkurza. Reparacje wojenne? Staroświecki patriotyzm? Przeciętny Niemiec jest za
      Klaus Bachmann

      Gdy Polacy przeciwni PiS twierdzą, że "nie dorośliśmy do demokracji", doskonale się wpisują w zachodni stereotyp kraju, który jest europejski tylko na niby

      Sala w Hamburgu jest pełna, z tyłu ludzie stoją. Przeważa wiek 40+, ale w pierwszym rzędzie siedzą też dwudziestolatki. Kilka twarzy znam, to działacze organizacji pozarządowych, od lat zaangażowani w dialog polsko-niemiecki. Organizują wycieczki do Polski dla młodzieży, dla przedsiębiorców, dyskusje o kulturze i polityce. Niektórzy to dzieci z rodzin wypędzonych, ale bez politycznej agendy starszego pokolenia. Nie interesuje ich, co „Polska wyrządziła wypędzonym”, interesuje ich Polska dziś, co się dzieje u sąsiada. Kiedy są w Polsce, odwiedzają Auschwitz, krakowski Kazimierz i Muzeum Powstania Warszawskiego.

      Teraz się martwią. Jest lato 2017 roku, na ulicach polskich miast tysiące protestują przeciwko podporządkowaniu sądownictwa władzom jednej partii albo raczej: jednego ministra. Dlatego kilka organizacji organizuje to spotkanie, dlatego jest tylu ludzi na sali. Dyskutuję z kolegą z redakcji „Der Spiegel”, najbardziej opiniotwórczej gazety w Niemczech, i z badaczką historii Polski z lokalnego ośrodka naukowego. Mówię jako pierwszy: „Jeśli państwo lubią Polskę, jeśli macie tam przyjaciół, kolegów, znajomych, rodziny, to proszę się nie martwić. Możecie ją dalej lubić, społeczeństwo się nie zmieniło. Większość wskaźników w sondażach nie drgnęła. Zmieniło się jedno: w wyniku zbiegu okoliczności partia, która ma mniej niż 20 procent poparcia w społeczeństwie, przy 50-procentowej frekwencji zdobyła przewagę w parlamencie i teraz zachowuje się tak, jakby reprezentowała cały naród”.

      Przesłanie jest jasne, ale nie dociera. Dla większości na sali oczywiste jest, że w Warszawie nie rządziłaby jakaś junta faszystowska, gdyby nie miała poparcia narodu. Przebija to przez prawie wszystkie pytania.
      I faktycznie: gdyby na skutek podobnych okoliczności do władzy w Berlinie doszła, załóżmy, prawicowo-populistyczna Alternatywa dla Niemiec i próbowała wymienić sędziów w Trybunale Konstytucyjnym, podporządkować prezesów sądów powszechnych i sędziów sądów naczelnych, musiałaby się liczyć ze strajkiem generalnym, sprzeciwem wszystkich rządów krajów związkowych, ich policji, sądów, prokuratorów i tych wszystkich organizacji pozarządowych, których przedstawiciele siedzą tu na sali. Skoro tego w Polsce nie ma, to ten nowy rząd musi się cieszyć poparciem Polaków.

      CDN...
      • diabollo Re: Niemcy a sprawa polska 07.12.20, 07:27
        Innymi słowy: to nie jest Polska, którą znają i lubią. Przebija to z pytań do mnie, ale też z aplauzu, jaki zgarnia koleżanka akademiczka, która za „zwrot w prawo”, nacjonalizm i obskurantyzm obwinia Kościół.

        Debata kończy się po dwóch godzinach. Część ludzi zostaje i dyskutuje dalej. Przyglądają się temu dwaj bardzo młodzi pracownicy polskiego konsulatu, z którymi prawie nikt nie rozmawia. „Nowy narybek z Warszawy” – ktoś szepcze mi do ucha. W końcu jeden podchodzi do mnie. Tak, potwierdza, dopiero co przyjechał. „Wie pan, musieli robić tę wymianę w MSZ”, usprawiedliwia się, „stara kadra była beznadziejna, niekompetentna”. Mówi to dwudziestolatek.

        Od pięciu lat ten dylemat z Hamburga trapi wszystkich w zachodniej Europie, którzy zajmują się albo interesują Polską: czy obecny rząd faktycznie reprezentuje naród, jak twierdzą jego wysłannicy?
        „Może ten rząd jest prawdziwą emanacją Polski, skoro Polacy go wybrali i znoszą jego rządy?” – pyta mnie wysokiej rangi dyplomata. Szybko poszło: po 30 latach zachodniego zachwytu polską transformacją (która była szybsza, tańsza i społecznie mniej dotkliwa niż transformacja NRD) i niemal wzorcową demokratyzacją wraca stare pytanie, na które i Piłsudski, i Rakowski, i Jaruzelski odpowiedzieli przecząco: czy Polska dorosła do demokracji?

        Kraj autorytarny albo nawet totalitarny
        Kiedyś było to pytanie obraźliwe, zadawali je ludzie z autorytarną agendą: niektórzy działacze wypędzonych, nacjonaliści, którzy twierdzili, że Polacy nie potrafią się rządzić, komuniści, którzy w ten sposób usprawiedliwiali obecność wojsk radzieckich w Polsce.

        Teraz mieliby łatwe zadanie. Wystarczy brać poważnie to, co mówią rządzący i ich media: sędziowie są skorumpowani, opozycja jest „totalna” i dąży do puczu, generalicję trzeba wymienić, bo jest przesiąknięta wpływami rosyjskimi, w kraju trzeba rządzić twardą ręką, zakazami, zaostrzeniem prawa, pałką policyjną. To wszystko doskonale pasuje do starych stereotypów o „polnische Wirtschaft”, o polskim bałaganie i o tym, że Polska tylko na niby pasuje do Europy. A to, że nawet Polacy przeciwni PiS twierdzą, że „nie dorośliśmy do demokracji” (mając oczywiście na myśli innych Polaków, a nie siebie), doskonale się w to wpisuje.

        Jakie kręgi to zatacza, można było się przekonać całkiem niedawno, kiedy Joe Biden podczas kampanii wyborczej zarzucił Trumpowi, że jego polityka zagraniczna sprawiła, że wszędzie na świecie rosną „reżimy totalitarne” jak grzyby po deszczu, wymieniając jednym tchem Turcję, Węgry i Polskę. W Ameryce totalitaryzmu nigdy nie było, dlatego tę łatkę przykleja się tam też reżimom, które w Europie uchodzą co najwyżej za autorytarne. Ale akurat jeden z krytycznych wobec Bidena i dość przyjaźnie do Polski i Węgier nastawiony publicysta „Newsweeka” zwrócił uwagę, że mimo oczywistej przesady nikt nie protestował – inaczej niż wtedy, kiedy na przykład Erdogan obraził Niemcy i Holandię jako „kraje faszystowskie”. Żaden europejski przywódca nie odezwał się w obronie obu sojuszników NATO i krajów członkowskich UE.

        To wymowne milczenie wcale nie jest skutkiem tego, że coraz więcej obserwatorów, ekspertów, polityków i dziennikarzy w zachodniej Europie uważa Polskę za kraj autorytarny albo nawet totalitarny. Przyczyny leżą zupełnie gdzie indziej, niż uważają i zwolennicy, i przeciwnicy PiS.

        Prawdziwa emanacja narodu polskiego
        Jest mnóstwo ludzi zajmujących się zawodowo Polską, którym to wszystko, czym PiS sam tłumaczy zachodnią niechęć do polskiej prawicy, w ogóle nie przeszkadza. Antyniemiecka kampania dotycząca reparacji? To się zdarza też gdzie indziej, na przykład w Grecji albo we Włoszech. Dla nieco naiwnego, dobrodusznego Niemca, który uważa, że zbrodnie przeszłości trzeba radykalnie rozliczyć, nie ma większego problemu, aby się zgodzić z postulatem, aby Niemcy nareszcie płacili Polsce reparacje wojenne. W polityce trzeba się zachować moralnie, punkt.

        Jeśli PiS tłumaczy niechęć wobec jego rządów „stanowczą polityką zagraniczną”, to się myli. Po pięciu latach jego rządów w Niemczech (bardziej niż gdziekolwiek indziej) powstało już środowisko „Polenversteher”, odpowiednik „Russlandversteher”, grupa polityków i komentatorów, którzy są gotowi usprawiedliwić każde posunięcie rządu rosyjskiego (i odpowiednio polskiego), wskazując na to, że „inni też tak robią” i że nie wolno krytykować władz, skoro są wybierane w demokratycznych wyborach. To opcja mniejszościowa, ale ma się dobrze i w mediach, i w dyplomacji. Jej rzecznicy byliby idealnymi partnerami dla PiS, gdyby PiS ograniczył się do wypominania Niemcom ich przeszłości nazistowskiej, do epatowania nieco staroświeckim konserwatyzmem i patriotyzmem, którego co prawda w Niemczech już prawie nie ma, ale który można akceptować jako taki folklor europejski, niczym hiszpańskie korridy albo francuski kulturowy antyamerykanizm.

        CDN...
        • diabollo Re: Niemcy a sprawa polska 07.12.20, 07:29
          Jak widać, starania PiS (i jego ambasadora w Niemczech), aby przedstawić rządy prawicy jako pierwszą po 1989 roku prawdziwą emanację narodu polskiego, zostały uwieńczone sukcesem. To jednak sukces nieco pyrrusowy, bo teraz jedni wierzą, że cała Polska jest tak faszystowska jak jej partia rządząca, i przestali tę Polskę lubić, drudzy natomiast przestali ją lubić, mimo że PiS wydaje im się autentycznym reprezentantem prawdziwej polskości, którą postanowili tolerować. Ta ostatnia reakcja może nieco dziwić, ale ona wynika z kilku następstw posunięć PiS, z którymi partia rządząca w ogóle się nie liczyła.

          Rykoszety szarży PiS
          Kiedy się rozmawia prywatnie z działaczami i zwolennikami PiS, to albo po prostu zaprzeczają, że Polska ma za granicą fatalną reputację, albo tłumaczą, że PiS „naruszył interesy liberalnych elit na Zachodzie”, Niemiec w szczególności – a to uważają za osiągnięcie. Szkopuł w tym, że jeśli chodzi o rząd Niemiec, to on do niedawna nie zauważał, że jego interesy zostały naruszone przez PiS. W ostatnich pięciu latach polskie rządy były w różnych okresach i z rozmaitych powodów bojkotowane przez rządy Stanów Zjednoczonych, Ukrainy, Francji, Izraela i Rosji – ale przez rząd Niemiec ani razu.

          Oficjalnie wszystko jest w porządku. Nieoficjalnie wszyscy, którzy wiedzą, jak funkcjonuje rząd Merkel, pamiętają, jak podczas referendum w Turcji w 2017 r. Erdogan próbował podburzyć niemiecką opinię publiczną, aby w kontrreakcji na tak sprowokowane „ataki z zagranicy” mobilizować zwolenników, aby poszli do urn. Zapomniał, że Merkel i jej doradcy są mistrzami w demobilizowaniu swoich przeciwników – tak Merkel cztery lata temu wymanewrowała Martina Schulza, wówczas nacierającego z Brukseli kandydata socjaldemokracji na fotel kanclerza. W kampanii wyborczej Merkel ani razu nie reagowała na jego ataki, pominęła nawet jego nazwisko w przemówieniach, aż zdesperowany Schulz zarzucił jej, że odmawia podjęcia sporu i że jest to niedemokratyczne. Kim Merkel jest dziś, każdy wie. Schulz przegrał wybory, potem miejsce w rządzie i dziś jest szeregowym posłem.

          W urzędzie kanclerskim wiedzą, że nic by Andrzejowi Dudzie tak nie pomogło w kampanii wyborczej jak oficjalna krytyka ze strony rządu niemieckiego. Tego nie było, Duda wyssał ją sobie z palca, przemianowując polski tabloid w organ niemiecki i atakując niemieckiego korespondenta za tekst, którego nie napisał. MSZ kilkakrotnie wzywał niemieckiego ambasadora na rozmowę za teksty w całkowicie niezależnych, a często nawet bardzo krytycznych wobec Merkel mediach niemieckich. Gdyby rząd w Berlinie odpłacił się tym samym z powodu wybryków prorządowych polskich mediów finansowanych, obsadzonych i kontrolowanych przez PiS, ambasador w Berlinie musiałby rozłożyć namiot przed niemieckim MSZ, aby zdążyć na wszystkie wezwania na dywanik.

          Zamiast tego media i władze traktują go w sposób, jaki najlepiej oddaje austriackie porzekadło: nawet go nie ignorują.
          Tymczasem przed ambasadą niemiecką w Warszawie ustawia się kolejka dziennikarzy do wywiadów z ambasadorem, choć w każdym pytają o to samo i dostają te same odpowiedzi. Intryganci w rządzie, którzy donosili na ówczesnego szefa MSZ do Kaczyńskiego, wymachując mu przed oczami życiorysem Arndta Freytaga von Loringhovena, robili temu ostatniemu i dyplomacji niemieckiej gigantyczną przysługę. Nie jest to pierwsza szarża PiS, która odbija się rykoszetem.

          Berlin nie dostrzega Polski
          Problem w tym, że mało kto o tym wie w Berlinie. Po 2014 roku – i nie tylko z powodu polityki PiS, ale też konfliktu na Ukrainie – Polska tak kurczyła się w oczach Berlina, że jest już ledwo dostrzegalna na horyzoncie. Przebijała się na pierwsze strony gazet (ale do talk-show w porze najlepszej oglądalności ani razu) jedynie kilka razy: kiedy w 2015 r. w Niemczech przyjmowano 800 tys. uchodźców i polski rząd odmówił przyjęcia 7 tys. z nich w ramach kwot UE i nazwał ich terrorystami. Wtedy zaczęła się w niemieckich elitach politycznych, we wszystkich partiach poza Alternatywą dla Niemiec (która była w powijakach), dyskusja, jak „kraje, które są niesolidarne wobec uchodźców” (i, dodajmy, Grecji i Włoch), ukarać finansowo. Jeśli teraz na Nowogrodzkiej dziwią się, skąd się bierze ten jednolity front przeciwko Orbánowi i Kaczyńskiemu w sprawie praworządności, z którego nawet Słowenia, Chorwacja, kraje bałtyckie i pozostali członkowie Grupy Wyszehradzkiej się nie wyłamują – to on powstał wtedy, kiedy Kaczyński mówił o chorobach, jakie przenoszą uchodźcy.

          Problem z praworządnością w Polsce mają głównie Niemcy: trudno jest tłumaczyć przeciętnemu Niemcowi, dla którego jego konstytucja jest powodem do dumy i niemal jedynym punktem odniesienia jego tożsamości, jak rząd może tak traktować swoją konstytucję i jak społeczeństwo może na to tak łagodnie reagować. W innych krajach Unii stosunek do prawa i praworządności wcale taki ostry nie jest: część nie ma pisanej konstytucji, inni mają prawo konstytucyjne, ale nie mają trybunału konstytucyjnego, w niektórych krajach są silne wpływy partyjne w sądownictwie, w innych prokuratorzy są tak bardzo pod kuratelą władzy wykonawczej, że Trybunał Sprawiedliwości UE zakazał im wydawania europejskich nakazów aresztowania bez kontroli sądów. Nikt nie wszczynałby konfliktu o praworządność, gdyby tylko o to chodziło, jak Polska reformuje sądownictwo.

          CDN...
          • diabollo Re: Niemcy a sprawa polska 07.12.20, 07:30
            Prezydent z hajlującymi młodzieńcami
            Ale na to nakładają się sprawy, które kierownictwo PiS kompletnie lekceważyło.

            Jedna z nich to kampania przeciwko LGBT, słynne wypowiedzi Andrzeja Dudy, że „LGBT to nie ludzie, to ideologia”, i samorządowe uchwały dotyczące „stref wolnych od ideologii LGBT”, które wielu ludziom na zachodzie Europy kojarzą się, słusznie lub nie, z antysemickimi hasłami nazistów i segregacją rasową w Ameryce i w RPA w czasach apartheidu. Do tego obrazu dorzucamy jeszcze prezydenta idącego na czele marszu, którego wygląd zdominowali kibole wymachujący flagami o faszystowskiej estetyce i odpalający race. Po czym minister spraw wewnętrznych ogłasza, że żadnych faszystów tam nie widział, tylko patriotyczne rodziny, i to wbrew krążącym na całym świecie migawkom telewizyjnym, na których widać banery z symbolami podobnymi do swastyk i hajlujących młodzieńców.

            Być może spin doktorzy PiS faktycznie byli przekonani, że atakując LGBT, atakują jedynie jakiś abstrakcyjny światopogląd, tak jak wcześniej atakowali nieistniejących uchodźców, „ideologię gender” albo obecnie „neomarksizm”. Jeśli tak, to zapomnieli, jaką pozycję w społeczeństwach zachodniej Europy zdobyli w międzyczasie politycy, przedsiębiorcy, dziennikarze, intelektualiści, którzy są gejami, lesbijkami albo biseksualni. Dziesięcioleciami walki o to, aby takie orientacje nie stanowiły punktu odniesienia dla zdolności i wartości człowieka, doprowadzili do tego, że dziś faktycznie można nawet w kiedyś tak arcykatolickich krajach jak Hiszpania i Irlandia robić karierę bez względu na to, z kim leży się w łóżku. A tu nagle, tuż za granicą, w kraju należącym do Unii, partia rządząca, która toleruje i usprawiedliwia wybryki skrajnie prawicowych gangów ulicznych, próbuje wygrać wybory kampanią przeciwko temu wszystkiemu, co oni osiągnęli.

            Jak pisał dziennik „Der Tagesspiegel”: „żadna partia nie może lekceważyć gejów i lesbijek”. Są nimi obecny minister zdrowia Jens Spahn (CDU), dawna minister ochrony środowiska Barbara Hendricks (SPD), minister do spraw europejskich Michael Roth (SPD), ale też wiceprzewodnicząca Alternatywy dla Niemiec, posłanka Alice Weidel. Wielu z nich czuło się osobiście urażonych kampanią przeciwko „ideologii LGBT”. I nie jest to zjawisko ograniczone tylko do Niemiec. List 50 ambasadorów wyrażających poparcie dla praw LGBT, który robił taką furorę w Polsce, został zainicjowany przez Belgię. W wielu krajach Belgia ma przedstawicielstwa swoich regionów, Walonii, Flandrii i Brukseli. Przedstawicielstwo Walonii i Brukseli w Polsce akurat zamknięto z powodu „ostatnich wybryków władz polskich”. W prasie uzasadniał to Elio Di Rupo, prezydent regionu walońskiego, wieloletni premier Belgii, szef francuskojęzycznych socjalistów i jeden z najbardziej wpływowych polityków belgijskich. Prywatnie jest gejem, o czym wie cały kraj, odkąd w wyniku intrygi służb policyjnych podczas afery Dutroux oskarżono go bezpodstawnie o gwałcenie dziecka, mieszając orientację homoseksualną z pedofilią.

            Kilka dni po zamknięciu przedstawicielstwa walońsko-brukselskiego w Polsce Onet.pl opublikował raport o tym, jak polskie służby specjalne próbowały dyskredytować szefową fundacji Otwarty Dialog Ludmiłę Kozłowską. Artykuł odczytano głównie jako dowód, że polski rząd na Kozłowską „nic nie ma” i jako kompromitację ABW. Ale Onet cytował dokumenty, które mógł otrzymać tylko od urzędników belgijskiego MSZ. Ktokolwiek je przekazał, mógł liczyć na poparcie ministra spraw zagranicznych i obrony Belgii, walońskiego liberała Philippe’a Goffina, który nie pomija żadnej okazji, aby wyrazić swoją dumę z tolerancyjnego stosunku Belgii do ludzi LGBT. Wiele walońskich gmin jest dumnych z tego, że są „przyjazne homoseksualistom”.

            Na to nie ma miejsca w Unii
            Teraz miara się przebrała. Rządy Polski i Węgier przekształcają swoje kraje w autorytarne reżimy, prześladują gejów i lesbijki, odgradzają się od uchodźców, odmawiają Grecji i Włochom solidarności i blokują Fundusz Odbudowy po pandemii. Ten przekaz od ponad tygodnia dominuje we wszystkich mediach europejskich.

            CDN...
            • diabollo Re: Niemcy a sprawa polska 07.12.20, 07:32
              PiS może odnotować najwspanialsze ze swoich wizerunkowych pyrrusowych zwycięstw. To, że policja bije kobiety na ulicach, a rządzący próbują je zmusić do urodzenia śmiertelnie chorych płodów, aby księża mogli je ochrzcić, to, że rząd blokuje budżet Unii i Fundusz Odbudowy, aby dalej bezkarnie móc prześladować opornych sędziów i ignorować prawo europejskie – ten przekaz przedostał się do wszystkich czołowych mediów. „Polenversteher” są w odwrocie i chowają się bardziej niż „Russlandversteher” po aneksji Krymu. Prorządowym dziennikarzom w Polsce nie podoba się niemiecka poprawność polityczna? Dyskurs o Polsce właśnie pozbył się jej ostatnich resztek. Argument, że Merkel powinna ustąpić Morawieckiemu ze względu na niemieckie winy z przeszłości, polską wrażliwość historyczną albo dlatego, że PiS przecież jest emanacją narodu, a na naród nie wolno się obrazić, już nikogo nie przekonuje. Wszędzie słychać tylko wezwania, aby nie ustąpić, nie pójść na kompromis, uchwalić Fundusz Odbudowy bez Polski i Węgier.

              W tym samym czasie, kiedy kierownictwo najbardziej konserwatywnej i katolickiej partii niemieckiej, CSU, próbuje przekonać doły partyjne do kwot dla kobiet na wszystkich szczeblach partyjnych, polska policja, na rozkaz zacietrzewionego starego kawalera, traktuje posłanki gazem pieprzowym. Czego jeszcze trzeba, aby przekonać nawet najbardziej konserwatywne, katolickie i prawicowe partie zachodniej Europy, że na to nie ma miejsca w Unii?

              Kraj odrażający
              Czasami podczas dyskusji w Polsce ktoś mnie pyta, czy nie obawiam się, że teraz odżyją stare stereotypy o Polsce: o „polnische Wirtschaft”, antysemityzmie Polaków, o tym, że przyjęcie Polski do Unii było błędem. To brzmi logicznie – kiedyś się obawiano, że po rozszerzeniu instytucje się zablokują w wyniku sprzeczności interesów nowych i starych członków. Tak się nie stało, w pierwszych latach po 2004 roku wzrósł nawet odsetek decyzji powziętych jednomyślnie. Większość nowych krajów członkowskich swoim zachowaniem w Radzie UE i w Parlamencie Europejskim nie różni się od starych członków.

              Mimo ostatnich pięciu lat u większości Niemców utrzymał się pozytywny, ale raczej apolityczny obraz Polski.
              Gdyby ci Niemcy się głębiej interesowali polityką i docierali do enuncjacji polskiej prawicy o powszechnej korupcji wśród sędziów, puczach organizowanych przez opozycję i skompromitowanych elitach z poprzedniego rozdania, to być może stare stereotypy by wróciły. Ale wtedy to nikogo nie interesowało, a obecnie, kiedy Polska i Węgry blokują Fundusz Obudowy, nikt już nie wierzy w tę propagandę.

              Na Zachodzie dominuje teraz inny przekaz, oparty na całkowicie nowych stereotypach, które PiS sam stworzył: o kraju nietolerancyjnym wobec uchodźców, gejów i lesbijek, który tłumi emancypację kobiet siłą i nie szanuje własnej konstytucji. To, że sondaże mówią coś innego, że PiS od paru lat wygrywa wybory wbrew zachodzącym w społeczeństwie zmianom wartości, a nie dzięki nim, mało kogo interesuje.

              Żywiołowe manifestacje kobiet i młodzieży były pierwszym zwiastunem, że być może tylko ten rząd, a nie cały kraj jest taki odrażający. Słynne wulgaryzmy na ulicach Warszawy bardziej przyczyniły się do polepszenia wizerunku Polski w Europie niż wszystkie wypowiedzi rządzących.

              Klaus Bachmann – historyk, politolog, profesor Uniwersytetu SWPS, publicysta, autor książek „Polska kaczka w europejskim stawie. Polskie szanse i wyzwania po przystąpieniu do UE” i „Długi cień Trzeciej Rzeszy”

              wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26568447,to-czym-pis-probuje-wkurzyc-niemcow-wcale-ich-nie-wkurza.html#weekend#S.W-K.C-B.1-L.1.duzy
Pełna wersja