Dodaj do ulubionych

USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świata

30.12.20, 01:03
wyborcza.pl/7,75517,26620384,nomadland-opowiesc-o-amerykanach-ktorzy-stracili-wszystko.html#S.DT-K.C-B.1-L.1.duzy
Obserwuj wątek
    • oby.watel Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 30.12.20, 10:31
      Bohaterowie twojej książki stracili zdrowie lub - podobnie jak dzieci - stracili je w wyniku zaszczepienia się. Wsiedli do vanów, przyczep, kamperów, ciężarówek, pikapów i ruszyli w świat. Zaczęli nowe życie - w poszukiwaniu terapii, ciągle w ruchu, od państwa do państwa od morza do morza. Kiedy zrozumiałeś, że to zjawisko tak duże, a problem tak ważny dla świata, że należy o tym napisać?
    • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 02.01.21, 11:55
      Dlaczego prawniczka z 40-letnim doświadczeniem czyści toalety w parku narodowym?

      - Stracili dom, pracę i ubezpieczenie, ukrywają się przed własnymi dziećmi. Mieszkają w kamperach i dźwigają paczki w Amazonie w realiach jak z Orwella. Nie odebrano im tylko godności - mówi Jessica Bruder, autorka "Nomadland. W drodze za pracą", jednej z najlepszych reporterskich książek 2020 r.

      MICHAŁ NOGAŚ: Bohaterowie twojej książki sprzedali domy lub - podobnie jak pracę - stracili je w wyniku kryzysu w 2008 r. Wsiedli do vanów, przyczep, kamperów, ciężarówek, pikapów i ruszyli w Stany Zjednoczone. Zaczęli nowe życie - w poszukiwaniu pracy, ciągle w ruchu, od stanu do stanu, od wybrzeża do wybrzeża. Kiedy zrozumiałaś, że to zjawisko tak duże, a problem tak ważny dla Ameryki, że należy o tym napisać?
      JESSICA BRUDER: Zaczęło się od informacji, którą znalazłam w gazecie "The Morning Star" z Pensylwanii. Dowiedziałam się z niej o ludziach, którzy przemierzają Stany Zjednoczone kamperami i są zatrudniani przez Amazon CamperForce do pracy w magazynach położonych z dala od centrum, na przykład terenach pustynnych. Okazało się, że firma Jeffa Bezosa korzysta z ich usług "czasowo" - bez umowy o pracę, w halach pozbawionych klimatyzacji, przy zamkniętych drzwiach, pod stałą kontrolą. Oferuje za to całodobowy dostęp do środków przeciwbólowych, które można pobierać za darmo z automatów na ścianach budynków. Pomyślałam, że to jakieś okrutne szaleństwo.

      Potem, gdy zaczęłam poznawać świat ludzi w drodze, wpadła mi w rękę ulotka zachęcająca do podjęcia takiej pracy. Znalazły się w niej porady od tych, którzy już dobrze ją znali. Na przykład: "Od początku warto mieć właściwe podejście. To praca, nie kariera", "Najważniejsze jest pozytywne nastawienie. Nie oczekuj, że dostaniesz wszystko na tacy. Musisz na to zapracować" lub "Przekładanie pudeł może spowodować lekkie skaleczenie albo otarcia. Amazon zapewnia rękawice ochronne. Kup sobie dobry balsam i starannie masuj dłonie".

      Zaznaczając w materiałach reklamujących pracę w takich magazynach, że każdy chętny musi być przygotowany na dźwiganie ważących ponad 20 kg paczek, Amazon zapewnia jednocześnie, że każdy zainteresowany "pracując ciężko, może się bawić i tworzyć historię".

      To mną wstrząsnęło. Ludzie, których opisałam w "Nomadland", w przeważającej większości są dobrze po sześćdziesiątce, schorowani, zwykle bez ubezpieczenia zdrowotnego. A tu proponuje im się pracę połączoną z zabawą! Utracili wszystkie oszczędności, nie stać ich na spokój w ostatnich latach życia i - pod przykrywką dobrej zabawy i tworzenia historii - stają się nagle ofiarami wyzysku.

      Zadałam sobie pytanie: jak to możliwe, że firmy takie jak Amazon wdrażają tego typu programy? I wtedy zrozumiałam, że muszę z bliska przyjrzeć się światu ludzi, którzy żyją z dnia na dzień, w drodze. Nie wiedziałam jeszcze, że wkraczam do alternatywnej rzeczywistości wymyślonej przez George'a Orwella. Nawet publiczne radio amerykańskie NPR dało się na to nabrać, na własne uszy słyszałam w nim audycję zachwalającą odpowiedzialne podejście Amazona, firmy, która daje nową szansę tym, których doświadczył los...

      To nie jest opowieść o jednej tylko klasie społecznej...
      - Nie, bo kryzys 2008 r. dotknął wszystkich. Domy i pracę stracili wykwalifikowani pracownicy małych i dużych firm, szefowie korporacji, ludzie z różnym doświadczeniem zawodowym i wykształceniem.

      Rynek gwałtownie się skurczył, miejsca pracy wyparowały, a ci ludzie zostali bez niczego. Co zrobili? Stali się nomadami, szukając pracy choć na chwilę - nie tylko w magazynach Amazona, ale też w czasie żniw w przetwórniach buraków cukrowych czy na leśnych parkingach i kempingach jako członkowie obsługi. To ostatnie brzmi może dla kogoś dość przyjemnie, ale - zapewniam - jest to ciężka, odpowiedzialna praca, w której wielokrotnie moi bohaterowie zderzali się jednocześnie z niezrozumieniem ze strony klientów i wygórowanymi oczekiwaniami ze strony zatrudniających.

      To cała flota ludzi, którzy przemieszczają się po Stanach swoimi - często zdezelowanymi - samochodami bez jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa, prawa do opieki, jaką mieli przed kryzysem. Dodatkowo padli ofiarą ageizmu - gdy sytuacja gospodarcza uległa poprawie, nikt nie był zainteresowany zatrudnieniem ich na stałe, niezależnie od niesamowitych kompetencji, jakie posiadają. Wyparli ich młodsi. I tak zdarza się dziś widzieć prawniczkę z 40-letnim doświadczeniem czyszczącą toalety w parku narodowym albo szanowanego niegdyś inżyniera, który - z potwornym bólem kręgosłupa - przekłada paczki w magazynie.

      Gdy pracowałam nad książką, zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Jak bardzo w krótkim czasie, w którym moi bohaterowie wypadli z rynku pracy, a ich życie zamieniło się w nieustanną włóczęgę, pogłębił się system niesprawiedliwych wynagrodzeń. Czy wiesz, że w 2008 r. w USA stosunek zarobków CEO [chief executive officer, najwyższe stanowisko zarządcze w przedsiębiorstwie] do zwykłego pracownika wynosił 271:1, a dziś jest to już 320:1? Tymczasem w roku 1965 było to 21:1. Gdyby ktoś pytał więc, gdzie podziały się pieniądze umożliwiające przywrócenie do pracy bohaterów mojej książki, odpowiadam - między innymi, a może głównie tam. Na szczytach. System nierówności społecznych pogłębił się w Stanach Zjednoczonych w ciągu dekady w sposób niewyobrażalny.

      Jak przygotowywałaś się do napisania "Nomadland"?
      - Pierwszy był artykuł. Gdy usłyszałam o problemie ludzi w drodze, wykorzystałam zawodową podróż na konferencję na Zachodnim Wybrzeżu, by, wracając, odwiedzić jeden z wielkich parkingów, na których mieszkają osoby pracujące dla Amazona w Nevadzie. To samo zrobiłam później w Oklahomie. Zaczęłam poznawać tych, którzy stracili wszystko i musieli budować swoje życie od nowa, słuchałam ich opowieści, prawdziwych historii o podnoszeniu się z dna. Niesamowicie poruszona napisałam w 2014 r. tekst okładkowy dla "Harper's Magazine". Odbił się szerokim echem, co dodatkowo zachęciło mnie do pracy nad tym tematem.

      CDN...
      • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 02.01.21, 11:57
        Poleciałam do Arizony, wynajęłam samochód i przez kilka tygodni byłam w drodze. Skończyłam na RTR - Rubber Tramp Rendezvous, Zlocie Zmotoryzowanych Trampów. To spotkanie, w czasie którego bohaterowie mojej książki wymieniają się doświadczeniami, rozmawiają o blogach i stronach internetowych z poradami, a także dają wykłady - np. o parkowaniu na dziko. Zrozumiałam, przyglądając się im, że to już osobna subkultura. Ludzie w drodze zaczęli się wspierać, stworzyli namiastkę własnego świata, wzięli sprawy w swoje ręce. Mówili mi: "Nie damy sobie i innym zginąć. Wszyscy się od nas odwrócili, my nie możemy odwrócić się od siebie".

        Gdy wróciłam do domu na Brooklynie, usiadłam w fotelu i pomyślałam, że w tekście dla magazynu jedynie prześlizgnęłam się po temacie. Podpisałam umowę na książkę, kupiłam Van Halena, mój własny samochód do życia w drodze, i ruszyłam.

        Skoro o tym mówię, od razu chciałabym coś zaznaczyć...

        Tak?
        - Nie próbowałam nawet i nie chciałam udawać, że - choć przez moment - będę jedną z nich. To byłoby nierzetelne i nieuczciwe. Prowadziłam badania terenowe do książki, spotykałam ludzi, ale co dwa miesiące mogłam wrócić do domu, by pracować nad tekstem.

        Van Halena kupiłam w Kalifornii, pomagał mi w tym mój najbliższy przyjaciel, dziennikarz Dale Maharidge. Samochód ma 6 metrów długości i waży blisko dwie tony. Nadałam mu imię, bo to tradycja ludzi w drodze, każdy jakoś nazywa swój pojazd. Z trudem, ale udało mi się go opanować - nie ukrywam jednak, że w podróż wyruszałam z lękiem. Co będzie, gdy się zepsuje w trasie? Czy będę w stanie bezpiecznie nim zaparkować?

        Musiałam mieć własny samochód, bo wiedziałam, że nie dam rady podróżować z namiotem, i to z kilku powodów. Po pierwsze, znaczne różnice temperatur. Na pustyni w nocy jest bardzo zimno, bałam się wychłodzenia. Po drugie, gdy nie ma się auta, nie można parkować na terenie przeznaczonym dla właścicieli kamperów, pikapów i innych pojazdów. Nie ma się też dostępu do toalet i wspólnej przestrzeni, choćby polowej kuchni czy umywalek, a w takich miejscach najlepiej nawiązuje się relacje. Nie chciałam przeprowadzać tradycyjnych wywiadów, chodziło mi o to, bym mogła swoich bohaterów obserwować, przyglądać się im, na własny oczy zobaczyć funkcjonowanie tej subkultury. Chciałam z nimi być, pracować, bawić się, nudzić.

        Najtrudniejsza była pierwsza noc wyprawy. Zaparkowałam w miejscu, gdzie nie było to dozwolone. Zapadł mrok i wpadłam w paranoję. Zdawało mi się, że zaraz ktoś mnie napadnie i obrabuje, nie zmrużyłam oka, budziły mnie światła i odgłosy silnika każdego mijającego mnie samochodu. Gdy potem moi bohaterowie opowiadali mi o pierwszych trudnych dniach życia w drodze, doskonale rozumiałam już, co mają na myśli.

        Co w rozmowach z bohaterami "Nomadland" poruszyło cię najbardziej?
        - Poza opowieściami z ich życia, historiami utraty domu i pracy? Z pewnością ich niesamowita serdeczność. Ilekroć potrzebowałam wsparcia, zawsze je dostałam. Wzruszało mnie to, jak pomagają sobie nawzajem. Jakkolwiek byliby wykończeni pracą ponad ich siły, nie odwracali się od kompanów. Gdy jeszcze nie miałam Van Halena, jeden z mężczyzn pracujących w ciągu dnia w magazynie Amazona udzielił mi gościny w swoim kamperze, bym mogła w nim parzyć sobie kawę i pracować. Nigdy nie okazał złości, gdy po powrocie z pracy zasypywałam go setkami pytań.

        W pralni znajdowałam karteczki, na których ktoś oferował, że zaceruje ubrania innym mieszkańcom parkingu, ktoś zgłaszał się na ochotnika, że potrafi naprawiać krany w małych zlewach w kamperach. I nie miało znaczenia, co robili w życiu przed kryzysem, czy byli właścicielami małych sklepów, czy menedżerami w wielkich korporacjach.

        I najważniejsze - oni nigdy nie narzekali. Wstawali każdego dnia z wiarą, że trzeba dalej walczyć, zarabiać na życie, trwać. Więcej, znaczna część tych ludzi w drodze mówiła mi, że czują się... szczęściarzami, bo odbili się od całkowitego dna. Nie uważali się za przegranych, raczej za tych, którzy stanęli przed nowymi wyzwaniami i postanowili zrobić wszystko, by im sprostać.

        Pytałaś o to, czym była dla nich utrata domu?
        - Z psychologicznego punktu widzenia - katastrofą. Posiadanie własnego domu, podobnie jak pracy, od dekad jest w Ameryce jednym z wyznaczników sukcesu, szczęścia, pozwala czuć się pełnoprawnym obywatelem. Co jeśli jednocześnie straci się obie te rzeczy?

        Interesujące, że w zasadzie nikt z moich bohaterów nie chciał stać się ciężarem dla własnych dzieci. To jedna z najciemniejszych stron amerykańskiego indywidualizmu - zawsze należy liczyć wyłącznie na siebie. Lubię nazywać to mentalnością kowboja z pogranicza.

        Rodzice, którzy w wyniku kryzysu z 2008 r. stracili dom i pracę, często czuli wstyd przed własnymi dziećmi. Woleli ruszyć w nieznane i żyć w drodze, niż skorzystać z pomocy. Jeden z mężczyzn, przed kryzysem prowadzący sklep z warzywami, powiedział mi, gdy spotkałam go w Arizonie, że kamper to dobre miejsce, by się ukryć. Również przed rodziną, która mogłaby wziąć go za życiowego nieudacznika.

        Ale ja wcale tak o nim nie myślę. Uważam, że on - jak wszyscy moi bohaterowie - wykazał się ogromną odwagą.

        Znalazłam ludzi, którzy nie chcieli być ciężarem dla dzieci, które same po kryzysie znalazły się w finansowych tarapatach. Najczęściej jednak, w chwili słabości, słyszałam od napotkanych w drodze, że czują do siebie żal.

        O co?
        - Że nie okazali się rodzicami, których można traktować jak wzór. Nie dali się przekonać, że przecież padli ofiarą finansowego kryzysu, że krach nie był ich winą.

        Byli tacy, którzy całkowicie się od swoich bliskich odcięli, jak gdyby chcieli, by o nim raz na zawsze zapomniano. Jedna z kobiet powiedziała mi, że od kilku lat nie ma kontaktu z dziećmi. Nie wysyła do nich listów, nie podaje im miejsca tymczasowego pobytu, nie daje się namierzyć. Inna z poznanych kobiet, muzułmanka, nie dostała od swoich najbliższych zaproszenia na ramadan. Bo nie byłaby wystarczająco dobrym przykładem życiowej zaradności dla innych.

        Twoją przewodniczką po świecie ludzi w drodze jest Linda May, która przez wiele lat podróżowała jeepem grand cherokee Laredo wraz ze swoją suczką Coco. Jak ją poznałaś?
        - Na pustyni, gdy pracowałam nad tekstem dla "Harper's Magazine". Z początku moim głównym bohaterem i przewodnikiem miał być ktoś inny - jedyna osoba, którą Amazon zatrudnił w swoim magazynie na etacie, w pełnym wymiarze godzin. Ale ten mężczyzna obawiał się, że jeśli pojawi się w artykule, zostanie zidentyfikowany i straci pracę. Nie chciałam tego.

        CDN...
        • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 02.01.21, 11:59
          W Nevadzie poznałam kobietę pracującą czasowo dla Amazona. Iris, mieszkająca w niewielkiej przyczepie z dwoma psami i gadającą papugą, jechała na Rubber Tramp Rendezvous i zapytała, czy chcę się z nią zabrać. Nie miałam wtedy pojęcia, co to za zlot, a ona przekonywała, że zobaczę świat, który mnie oczaruje. Na miejscu przyglądałam się uczestnikom, rozmawiałam z nimi, Lindę poznałam w zasadzie na samym końcu. Ale mnie zafascynowała. Była zabawna, żartowała, ujęła mnie miłością do Coco - ja też jestem psiarą, dziś mam psa bardzo do niej podobnego. Poza tym - Linda miała plan. Gdy zaczęłam pytać ją o to, jak widzi swoją przyszłość, powiedziała jasno: - Chcę mieć swoje miejsce, sama je zbudować. Kupić kawałek ziemi i postawić na nim earthsip, ekologiczny dom z odpadów.

          Była zdeterminowana. Właśnie zaczynała pierwszą pracę dla Amazona, uczyła się nowego życia, a już wiedziała, dokąd zmierza. Wydała mi się na tyle interesująca i ważna, że - jako reporterka - postanowiłam ją śledzić. Poza tym, nie wyrzuciła mnie ze swojego samochodu i częstowała kawą.

          Przez lata bardzo się ze sobą zżyłyśmy, a gdy Linda spełniła swoje marzenie, poleciałam razem z moim przyjacielem do Arizony - ona była wtedy jeszcze w pracy w magazynie - i obejrzeliśmy kawałek ziemi, który nabyła. To tam postawiła pierwszy własny dom. Gdy skończyła budowę, uznała, że przeniesie się do Nowego Meksyku. Postawiony przez siebie earthship przekazała fundacji związanej z RTR, a za zarobione w czasie ostatniego etapu drogi pieniądze kupiła kolejny kawałek ziemi i z kilkoma osobami, znajomymi z czasów podróży za pracą, zamieszkała w nowym miejscu. Jest zadowolona z tego, że dopięła swego. Linda jest wzorem dla wielu osób wciąż będących w drodze.

          Część z tych, których poznała, poszła w jej ślady, osiedli. Inni wciąż się przemieszczają. Społeczność rośnie. Na pierwszym RTR, na którym byłam w 2014 roku, spotkałam mniej niż 80 osób. Na ostatnim było ich ponad 8 tysięcy!

          Kilka osób, na które trafiłam w drodze, zmarło. Zwykle w swoich vanach czy kamperach, ich ciała znaleziono po kilku dniach.

          Aby lepiej zrozumieć, jak wygląda życie w drodze, zatrudniłaś się na krótko w magazynie Amazona, sortowałaś też buraki cukrowe w czasie żniw.
          - Musiałam się wcielić, inaczej nie miałabym pełnego dostępu do tego świata. Nie udałoby mi się wejść do magazynu czy do przetwórni, gdybym przedstawiła się jako dziennikarka.

          Dla Amazona pracowałam na nocną zmianę. Wraz ze mną - 77-letni mężczyzna, który większość życia spędził w kopalni miedzi jako mechanik. Powierzono mu te same zadania, co reszcie. Musiał przenosić ciężkie pudła, ciągle w ruchu, nadwyrężając kręgosłup. Wymagano od niego nieustannej koncentracji. Nie mogłam skupić się na pracy, bez przerwy martwiłam się o to, czy czegoś sobie nie zrobi. Co jakiś czas podchodził do automatu wiszącego na ścianie, ratował się ibuprofenem. Nie on jeden, spotkałam ludzi, którzy łykali cztery tabletki przed i cztery po zakończeniu zmiany. Żartowali, że to ich drugie śniadanie.

          Odeszłam z Amazona po tygodniu i, szczerze mówiąc, czułam się winna. Bo opuszczałam zespół, z którym pracowałam, ludzi, którzy mi zaufali. Nie chciałam jednak, by "Nomadland" był książka o pracy w ukryciu.

          Przekonałam się na własnej skórze, że ta sezonowa praca nie jest zajęciem odpowiednim dla osób w starszym wieku, że to wyzysk. Ale nie miałam zamiaru konfrontować się z przedstawicielami firmy Bezosa, to nie miałoby sensu. Oni zawsze twierdzą, że są wspaniali.

          Co, twoim zdaniem, jest w życiu w drodze najbardziej niebezpieczne?
          - Samotność i izolacja. Choć moi bohaterowie spotykają się w różnych grupach kilka razy w roku, większość czasu spędzają tylko ze sobą. Czasem ze zwierzętami, jeśli zabrali je w drogę. To może być - i często bywa - psychicznie wykańczające.

          Nie słyszałam na szczęście zbyt wiele historii o napadach rabunkowych czy o przemocy, jakiej doświadczyli przemieszczający się za pracą po Stanach. Ale wiele w ostatnich miesiącach pandemii mogło się zmienić, strach zresztą pomyśleć, co nam wszystkim przyniesie pierwsza zima z koronawirusem. Nie można zapominać, że społeczeństwo amerykańskie jest wciąż silnie kastowe, ci, którzy żyją w drodze, nadal przez wielu traktowani są jako gorsi, bezdomni, bierze się ich za życiowych nieudaczników, wyrzutków. Co ważne, znacznie częściej zdarza się to w miastach niż w interiorze. W Nowym Jorku i innych dużych aglomeracjach coraz więcej ludzi żyje w samochodach zaparkowanych w bocznych uliczkach, w bezpośredniej bliskości parków. Gdy wróciłam z podróży przez Stany, nagle zaczęłam ich zauważać obok siebie. Stali się częścią miejskiego horyzontu. Poznałam jakiś czas temu czarnego mężczyznę, którego nie było stać na życie w Nowym Jorku, więc wyprowadził się daleko na przedmieścia. Był taksówkarzem i nie dawał rady po pracy wracać do domu. Zaczął spać i mieszkać w samochodzie. Nie wytrzymał tego, zastrzelił się przed budynkiem ratusza.

          Nie da się nie zauważyć, że bohaterami twojej książki są biali...
          - Bo nie da się nie zauważyć, że rasizm w Ameryce ma się wciąż doskonale. Czarny podróżujący kamperem czy vanem przez Stany Zjednoczone musi liczyć się z tym, że będzie wielokrotnie zatrzymywany przez policję, uznany za podejrzanego, winnego wielu wykroczeń - nie tylko drogowych.

          Gdy pisałam książkę, nie było tygodnia, by gazety nie pisały o tym, że czarna osoba została zastrzelona w swoim aucie przez policjanta.

          Kiedyś, gdy byłam w drodze, zainteresowała się mną policja. Powód? Nie wyłączyłam świateł na parkingu. Udzieliłam wyjaśnień, zapytali, czy mi czegoś nie potrzeba, udzielili pouczenia, powiedzieli, co ciekawego znajdę w okolicy i pozwolili ruszyć dalej. Ale jestem pewna, że gdybym była czarna, od razu potraktowaliby mnie w inny sposób. Z pewnością - w najlepszym wypadku - skończyłabym na komisariacie.

          Spodziewałaś się, że twoja książka stanie się inspiracją dla świata filmu? "Nomadland" z Frances McDormand w roli głównej zdobył Złotego Lwa w Wenecji, wkrótce - jeśli sytuacja pozwoli - wejdzie na ekrany kin, i to na całym świecie.
          - Gdyby ktoś powiedział mi, gdy po raz pierwszy podczas RTR spotkałam Lindę, że będę podążać jej śladami przez trzy lata, a następnie powstanie na podstawie mojej opowieści film fabularny, kazałabym mu stuknąć się w głowę i uznałabym, że ma nierówno pod sufitem.

          CDN...
          • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 02.01.21, 12:00
            Książka spotkała się jednak z dużym zainteresowaniem w Stanach Zjednoczonych, dla wielu osób historia ludzi w drodze była wielkim zaskoczeniem. Jak gdyby nie mieli pojęcia o istnieniu takiego zjawiska! Twórcy filmu odezwali się do mnie, bo - jak powiedzieli - chcieli pokazać nieznaną, nierozpoznaną i nieopowiedzianą twarz, jedną z wielu, współczesnej Ameryki.

            Ale prawdziwy szok przeżyłam, gdy reżyserka Chloé Zhao zapytała mnie, co sądzę o pomyśle, by Linda May pojawiła się na ekranie. Jako drugoplanowa postać! Odpowiedziałam, że jestem przekonana, że na pewno odnajdzie się w tej roli, bo zawsze doskonale wie, czego chce. Ostatecznie w "Nomadland" gra troje moich bohaterów - poza Lindą także Charlene Swankie i Bob Wells, jedna z najważniejszych postaci RTR. Dziewczyny zagrały tak niesamowicie, że nie wyobrażam sobie, by nie dostały nominacji do Oscarów! Podczas pokazu specjalnego w Los Angeles całą trójkę witano entuzjastycznie, rozpierała mnie duma, że ich poznałam.

            Nigdy bym tego nie wymyśliła. Być może stwierdzenie, że życie pisze najlepsze scenariusze, trąci banałem, ale nie ma w nim ani krzty fałszu.

            Rozmawiamy po - do dziś budzących ogromne emocje - wyborach prezydenckich. Jak sądzisz, na kogo głosowali w nich twoi bohaterowie?
            - Najciekawsze i najbardziej dziwne jest to, że większość z nich z pewnością w ogóle nie głosowała. Nie mają przecież adresu, nie mogli się więc zarejestrować.

            Gdy w 2016 roku triumfował Donald Trump, często słyszałam, że wprowadza się do Białego Domu właśnie dzięki takim ludziom jak moi bohaterowie. Bo przecież byli rozczarowani dotychczasową Ameryką. Ale to nieprawda. Ci, którzy są w drodze, są tak samo podzieleni jak reszta kraju. A w zasadzie powinnam powiedzieć to jeszcze inaczej - dla nich nie ma znaczenia, kto jest prezydentem. Zawiedli się na państwie, nie wierzą administracji, niezależnie, czy na jej czele stoi Trump czy Joe Biden. Radzą sobie sami, bo nic innego już im nie pozostało. Jedyne, czego wciąż im nie odebrano, to godność.

            *Jessica Bruder - amerykańska dziennikarka i reporterka, przez lata związana z "New York Timesem", "The Washington Post", "New York Magazine" czy "Guardianem". Mieszka w Nowym Jorku.

            Jessica Bruder, "Nomadland. W drodze za pracą", Przeł. Martyna Tomczak, Czarne, Wołowiec

            wyborcza.pl/7,75517,26620384,nomadland-opowiesc-o-amerykanach-ktorzy-stracili-wszystko.html#S.DT-K.C-B.1-L.1.duzy
      • uff.o Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 02.01.21, 17:02
        taka wewnętrzna emigracja może podnieść w konsekwencji ogólną świadomość narodu i zdolność do współ-odczuwania i współ-istnienia. Starzy Amerykanie nie raz narzekali do mnie że zaniknęła najważniejsza cecha dawnych Amerykanów; poczucie wspólnpty. A takie wykorzenienie pogłębia perspektywę doświadczeń. Jako że Amerykanie zazwyczaj nie mają tej perspektywy inności, nie znają obcych języków, nie mieli dotąd tej konieczności, ani możliwości przemieszczania się, więc ulegli rozmiękczeniu strachem i kurczowym trzymaniem się poczucia bezpieczeństwa, pracoholizm i dom, a teraz z powodu sytuacji gospodarczej, etc. zaczęli tego wykorzenienia emigranckiego doświadczać. No, może akurat nie teraz, ale przed zarazą. Wedle postulatu islamskiego mistyka poety z xiii wieku, najpopularniejszego poety we współczesnych Stanach który zalecał emigrację jako warunek rozwoju i poznania prawdziwego siebie: Kto nie może emigrować zewnętrznie niechaj emigruje wewnętrznie' Wykorzenienie daje człowiekowi możliwość ujrzenia, doświadczenia świata z wielu perspektyw. Nie mówiąc o poczuciu wiary w siebie. Co znacznie pogłębia percepcję i umysł. Szczególnie jeśli klopami muszą zajmować się intelektualiści. Nie mówię że to jest łatwe, choć tak łatwo to brzmi, ale tu dochodzi się do wyboru: albo nauczysz się latać albo popadniesz w samo-destrukcję. Bezcenne doświadczenie. Sam przez to przechodziłem jako emigrant zewnętrzny. Od sprzątacza do tłumacza. A między nimi dziesiątki tzw. 'profesji'. Bardzo poetyckie doświadczenie. Zważ że wielu artystów doświadcza takiej tułaczki dobrowolnie, ażeby wzbogacić swoją inwencję twórczą, móc wczuwać się w role różnych postaci, etc.. O Żydzie Wiecznym Tułaczu nie wspominając. Bardzo dobrze działa na przeoranie powierzchowności i naiwnej niewinności, tudzież wszelkiej konwencjonalności. Gdyby Amerykanie byli takim narodem ekscentryków przeoranych różnorodnością doświadczeń to by uważam mocno podwyższyło jakość struktur i instytucji państwowych i biznesowych. Tak że upatruję w tym procesie bardzo pozytywny potencjał na przyszłość. Jeśli dożyjemy.....Hehehehe.....
      • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 17.01.21, 13:03
        Gdyby wziąć długość życia biednych Amerykanów, to uplasują się za Bangladeszem i Mołdawią
        Małgorzata Durska

        Co znaczy być białym i biednym w kulturze, w której definicją sukcesu jest ten materialny, a normą dla białych jest status klasy średniej? Jak rozmawiać o klasowości w Ameryce, która uważa się za bezklasową?

        Oto Ameryka, której nie ma w hollywoodzkich produkcjach. Ostatni raz widziałam coś równie wstrząsającego na Bałkanach w obozowiskach romskich.

        W ostatnie przedpandemiczne lato zatrzymałam się w drodze – dwie godziny od Waszyngtonu – na kawę w miasteczku o wdzięcznej nazwie Front Royal. Główna ulica wyludniona, prawie bez witryn sklepowych, jedyna w okolicy kawiarnia przypomina osiedlową świetlicę. Wystarczy wyjść z centrum, by zobaczyć ludzi mieszkających na górach śmieci, walące się domy i wypełnione rupieciami podwórka. Do tego wszechobecne flagi amerykańskie, sklepy z bronią, kościoły i rozwalone pick-upy. Zamiast klubów fitness – strzelnice. Na lokalnym pchlim markecie zaczniecie się zastanawiać, czy ta nazwa nie brzmi zbyt dosłownie. Wśród oferowanych na sprzedaż rzeczy: sześciopak przeterminowanego leku na wszy, pół paczki czipsów, naboje, przerdzewiałe pudełka i puszki po herbatnikach, stare podarte zasłony i chodniki. Za stołem pełnym próbek i przeterminowanych słoików z kremami siedzi bezzębna staruszka i trzyma w rękach banner Avonu. Na co drugim stoliku Biblia. Nikt tu chyba niczego nie kupuje i nie sprzedaje, ale to jedyna niedzielna towarzyska atrakcja. Młodzi mężczyźni przechadzają się między stołami, na biodrach mają pasy z nabojami, przez ramię przewieszone strzelby. Jest miło, ludzie do nas zagadują. W tym miasteczku 90 proc. mieszkańców to biali. Prawie 15 proc. żyje poniżej progu ubóstwa.

        Ameryka z dna tabeli
        Wśród białych mieszkańców USA osoby żyjące poniżej progu ubóstwa stanowią 11 proc. Wśród rdzennych Amerykanów to ponad 25 proc., wśród Afroamerykanów – ok. 20 proc., wśród Latynosów – blisko 17 proc. Tyle procenty.

        Przełożenie ich na rzeczywiste liczby zmienia jednak proporcje i wydźwięk tych danych.

        Biedni biali to 26 mln osób – ponad połowa wszystkich osób żyjących poniżej progu ubóstwa w USA. To więcej niż biedni we wszystkich innych grupach rasowych. I są to w ogromnej większości wyborcy i zwolennicy Trumpa.
        W powszechnym odbiorze określenie „white trash” (białe śmieci) wywołuje jednoznacznie negatywne skojarzenia. Jak pisze Matt Wray w książce „Nie całkiem biali. Białe śmieci i granice bieli”, określenie to „przywołuje obrazy biedy, ignorancji, rasizmu, osiedli na parkingach z przyczepami kempingowymi, mężów bijących żony, chmar dzieci i wiecznie zbyt małych zasiłków rządowych. Trudno się przejmować takimi ludźmi. Jeszcze trudniej traktować ich poważnie”.

        Na dnie biedy żyjesz krócej, pracujesz za grosze i mieszkasz bez stałego adresu, bo bieda w Ameryce to bieda odczłowieczająca, rzadko kojarzona z bogatym mocarstwem. To, co w Europie traktujemy jako standard cywilizacyjny, a nawet jako podstawowe prawa człowieka, jest dla biednych w Ameryce całkowicie poza zasięgiem. Amerykańskie uśrednione dane statystyczne mówiące o dochodach, warunkach mieszkaniowych, edukacji, opiece zdrowotnej czy prawach pracowniczych trzymają fason tylko dlatego, że na drugim biegunie od biedy mamy niewyobrażalne bogactwo, dobrobyt i przywileje.

        Spójrzmy na kilka wybranych faktów o najbiedniejszych Amerykanach.

        Średnia długość życia w USA wynosi obecnie 79 lat i daje to USA 46. miejsce na świecie (za Polską!). Ten słaby wynik to wina dolnych 20 proc. społeczeństwa amerykańskiego, tych najbiedniejszych – ich długość życia po prostu od dawna nie rośnie, a nawet spada, i to oni ciągną statystyki w dół. Gdyby wziąć długość życia tych dolnych 20 proc. w USA, to uplasują się daleko poza pierwszą setką na świecie – za Bangladeszem i Mołdawią.

        CDN...
        • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 17.01.21, 13:04
          Tym z górnych 20 proc. się poprawia i gdyby nie ci biedni, to byliby w pierwszej piątce na świecie. Ta przepaść mierzona piętnastoma latami dłuższego życia jest przepaścią w dostępie do opieki zdrowotnej, warunkach życia, edukacji, stylu życia i w dostępnym jedzeniu. W biednych regionach i dzielnicach nie ma klubów fitness i sklepów ze zdrową żywnością, nie ma też dobrych szkół, a kobiety i mężczyźni są albo przeraźliwie chudzi, albo chorobliwie otyli.

          Praca za grosze i bez stałego adresu
          Biedni żyją w Ameryce nie tylko znacząco krócej, ale też w warunkach dalekich od tego, co wciąż kojarzy nam się z idyllicznym amerykańskim snem.

          Po pierwsze, dla najbiedniejszych praca nie oznacza dochodów pozwalających na przeżycie. Według danych amerykańskiego spisu powszechnego bony żywnościowe otrzymuje 38 mln Amerykanów – 12 proc. wszystkich rodzin. W 75 proc. tych rodzin jest co najmniej jedna osoba pracująca w pełnym wymiarze godzin, a w jednej trzeciej – nawet dwie lub trzy. Często bony przysługują pracownikom najbogatszych gigantów, takich jak Walmart czy Amazon, bo płacą pracownikom głodowe stawki. A są to firmy hojnie obdarowywane pieniędzmi podatników w postaci różnorodnych dotacji rządowych i ulg podatkowych.

          Po drugie, wynajem czy zakup własnego miejsca do życia jest dziś dla milionów Amerykanów nieosiągalny, również dla pracujących. Mieszkania w przyczepach kempingowych i parkingi wypełnione kamperami (trailer parks) reklamowane są jako wolność przemieszczania się i szansa na przeżycie przygody, ale dla wielu biednych są jedynym wyborem i pogonią za sezonową pracą. Podobnie jak mieszkania urągające podstawowym standardom. Eksmisje w Ameryce dotykają co roku milionów osób. Tymczasem, jak pisze Matthew Desmond w swojej doskonałej książce „Eksmitowani”, to nie bieda prowadzi do bezdomności, lecz brak domu/mieszkania/swojego miejsca prowadzi do biedy. Brak mieszkania lub ciągłe jego zmiany to wykorzenienie, brak więzi społecznych, rozbite rodziny i niestabilność edukacji.

          Jak to ma się do zamachu na Kapitol
          Słyszymy, że był to motłoch, dzicz, barbarzyńcy. Wśród ludzi, którzy wdarli się na Kapitol, byli wierni wyznawcy teorii spiskowej QAnon, faszyści, alt-rightowcy i członkowie mizoginicznych subkultur. To bardzo istotna i napędowa siła wydarzenia, ale jednocześnie byli też tylko częścią szerszego obrazka. Bo pod Kapitolem były tysiące ludzi. Pamiętajmy, że Trumpa poparła prawie połowa wszystkich amerykańskich wyborców. I tu najbardziej interesujące rzeczy dzieją się na styku i na przecięciach rasy i klasy, a zwłaszcza tam, gdzie zderzają się przywileje rasowe z niższością klasową. A dzieje się tak właśnie w przypadku „white trash”.

          Ale „white trash to nie Ameryka!”. Jest to grupa, na temat której funkcjonuje mnóstwo stereotypów, ale jest bardzo mało obecna w poważnym dyskursie dotyczącym społeczeństwa amerykańskiego. W najlepszym przypadku przezroczysta lub pogardzana. W historii Ameryki bogaci biali będący u władzy albo wykorzystywali i propagowali te stereotypy, aby wzmocnić i obronić własne roszczenia do reprezentowania innych, albo dochodzili do wniosku, że „white trash” należy tępić jak brud i robactwo lub poddawać reformom eugenicznym.

          Rozmowa o „white trash” jest podwójnie trudna. Dotykamy tu kwestii bardzo głębokiej klasowości społeczeństwa amerykańskiego, podczas gdy wiara w ideały bezklasowości w Ameryce jest wciąż silna. Niełatwo się rozstać z uwodzicielskim amerykańskim snem i z zaklęciem „wszystko jest możliwe, jeśli ciężko pracujesz”– nawet jeśli mobilność społeczna w Ameryce od dawna jest niższa niż choćby w Kanadzie czy krajach europejskich. A jeszcze bycie białym i biednym wytwarza silne napięcia, gdy za normę dla białych uznaje się status klasy średniej.

          To tu dochodzi właśnie do „paradoksu przywilejów”, czyli zderzenia zakładanych i oczekiwanych przywilejów rasowych z rzeczywistą niższością klasową.
          Do kwestii rasy i klasy dołóżmy jeszcze kwestie płci, religii, polityki i geografii, a próba zrozumienia biedy i wykluczenia stanie się jeszcze bardziej skomplikowana.

          Odnowa moralna
          Tymczasem trudno zrozumieć to, co się dzieje dziś w Ameryce, bez poważnej rozmowy o białych biednych i o tym, jak wpleceni są w tkankę społeczeństwa amerykańskiego. Na okładce książki Nancy Isenberg „Białe śmieci. 400-letnia, nieopowiedziana historia klas w Ameryce” czytamy: „Biali biedni istnieli w Ameryce od czasów pierwszych brytyjskich osadników po dzisiejszych bidoków. Nazywani byli zjadaczami gliny (Clay-Eaters) i odpadami ludzkimi, podklasą, której istnienie przeczy amerykańskiemu marzeniu, że ciężka praca rodzi sukces. Jednocześnie ci zmarginalizowani biali stawali się języczkiem u wagi, gdy dochodziło do istotnych debat na temat charakteru tożsamości amerykańskiej, byli równie ważni dla powstania Partii Republikańskiej na początku XIX wieku jak dla prezydentury Donalda Trumpa w 2017 roku”.

          W 2016 roku bestsellerem w Ameryce stała się książka „Elegia dla bidoków” J.D. Vance’a. Wiele środowisk uznało wówczas, że tłumaczy ona poparcie białych biednych dla Trumpa. Sam autor – bidok, który odniósł sukces, kończąc studia prawnicze na Yale – opisuje degradację swojej robotniczej rodziny, pracę za grosze, uzależnienie od alkoholu i opiatów, przemoc domową oraz brak perspektyw. O Trumpie w książce nie wspomina, ale w wywiadach już tak. Jaka jest jego diagnoza? Potrzebna jest rewolucja moralna. Elity nas zawiodły. Co więcej – elity nami pogardzają. Jedyne rzeczywiste siły bidoków to Bóg, honor i patriotyzm. Trump to rozumie, przywróci nam nasze miejsca pracy, nienawidzi elit tak jak my (sic!) i sprawi, że „America will be great again”. O pogłębiających się problemach strukturalnych i systemowych refleksji brak.

          Znamienne, co z tą książką zrobił Hollywood. W filmowej adaptacji Rona Howarda nie ma nawet śladu społecznego wymiaru narracji Vance’a. Jest ckliwy melodramat z happy endem.

          Da się? Da się! – zdaje się mówić bezczelnie w oczy milionom bidoków Howard. Wystarczy, że się postaracie! Pamiętajcie tylko, że postarać się musicie sami.
          Pisarzowi Steinbeckowi przypisuje się zdanie, że biedni w Ameryce nigdy nie postrzegali siebie jako proletariat czy eksploatowaną siłę roboczą, lecz jako „chwilowo zakłopotanych milionerów”. Bieda w Ameryce to ułomność, więc przyznanie się do niej oznacza bycie nieudacznikiem. Jak pisał Robert Merton już pod koniec lat 30., w tak silnie indywidualistycznej kulturze zarówno sukces, jak i bieda są „self-made”. Zamiast „self-made mana” mamy tylko po prostu „self-unmade mana”. Gdy jedyną powszechnie uznaną definicją sukcesu jest sukces materialny, a ty, przynależąc do uprzywilejowanej rasy, jesteś bidokiem, to „staranie się” może zacząć chodzić krętymi ścieżkami. Mogą to być na przykład różne teorie spiskowe albo obwinianie imigrantów, gejów czy lewaków o niszczenie porządku moralnego Ameryki. A od tego już bardzo blisko do wzięcia spraw we własne ręce – albo nawet do chwycenia za broń.

          CDN...
          • diabollo Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 17.01.21, 13:05
            Patrioci i dobrzy ojcowie na ramię broń!

            Badania Pew Research Center z 2017 roku pokazują, że właściciele broni uważają prawo do jej posiadania za fundamentalne prawo wolności i stawiają niemal na równi z wolnością wyznawanej religii, prywatności, prawa do głosowania. Z bardziej szczegółowych badań nad „kulturą broni” w USA wynika, że w przypadku białych i biednych mężczyzn pojawia się jednak coś więcej. Dla tej grupy broń nabiera wymiaru moralnego i silnie emocjonalnego. Posiadanie broni czyni ich lepszymi ojcami, obrońcami rodziny, a nawet poprawia symbolicznie ich status materialny. Takich zależności nie obserwuje się w przypadku innych grup rasowych. I to do tych ludzi Trump mówi: „Zostaliście oszukani, zostaliście oszukani po raz kolejny, weźcie sprawy w swoje ręce!”.

            W komentarzach do ostatnich wydarzeń było słychać głosy oburzenia: „To nie jest Ameryka! My tacy nie jesteśmy!”. Nancy Isenberg kończy swoją książkę słowami: „Biali biedni są nieodłącznym i najbardziej niepokojącym elementem naszej narodowej narracji (…), jako społeczeństwo nie chcemy ich zauważać – my tacy nie jesteśmy!”.

            Ależ jesteśmy – odpowiada Isenberg – czy nam się to podoba, czy nie.

            Małgorzata Durska – doktor socjologii i ekonomistka, wykłada w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego

            wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26688854,gdyby-wziac-dlugosc-zycia-biednych-amerykanow-to-uplasuja.html
            • kisssmyass Re: USA - najlepiej rozwinięty kraj Trzeciego Świ 20.01.21, 04:40
              też należę do zastępu białych biednych w Ameryce i jakoś nie zgadza mi się to co pan Nogaś tak barwnie opisuje jako odartą z blichtru amerykańską apokalipsę. Całe życie byłem demokratą i liberałem, pomimo bycia wierzącym w sposób antyinstytucjonalny a Trupa zawsze miałem w pogardzie. Już sam opis pchlego targu jest zakłamany albo powierzchowny, gdyż znam parę w mojej okolicy i to zarówno jako ten kupujący jak i ten sprzedający. Poznałem kilku wspaniałych ludzi na takim targu, wiele się dowiedziałem, bo spektrum społeczne zjawia się tam w całej okazałości, a można na nich kupić niemal wszystko. Szczególnie te targi w głębi Pensylwanii gdzie zjeżdżają się dilerzy antyków ze Wschodniego Wybrzeża (i to wcale nie w weekendy tylko w połowie tygodnia). A ile oryginalnych dzieł sztuki ludycznej, czy to z Afryki, czy Indii, czy z Meksyku, Gwatemali, antyków można zobaczyć czy kupić. Z Bibliami też przesada, ale fakt że najlepsze wydanie z komentarzami etymologicznymi etc. dostałem na targu. Ale to się zdarza tylko raz! Są natomiast takie targi gdzie zjeżdżają się głównie Koreańczycy, handlując chińszczyzną, podróbami wszelkiego rodzaju plastic-fantastic, etc. Nie wiem na jaki targ trafił pan Nogaś ale na pewno nie jest uczciwym wyciąganie jakichś kolorowych ostatecznych wniosków i ogólników z powierzchownego liznięcia rzeczywistości to tu to tam. Gówno warty taki opis i świadczy o nierzetelności autora. To nawet nie jest opisywanie pustej części szklanki wypełnionej do połowy. Nie wart nawet riposty. Daruj sobie dibaolo takie niby obnażanie prawdziwej Ameryki!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka