Dodaj do ulubionych

Nie sam Donald Trump jest winien

20.01.21, 12:05

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26702100,usa-timothy-snyder-nie-sam-donald-trump-jest-winien-ktos-go.html#nowaZajawkaGlownaMT
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Nie sam Donald Trump jest winien 21.01.21, 07:34
      Timothy Snyder

      Nie sam Donald Trump jest winien. Ktoś go wspierał

      Aby przeprowadzić w 2024 roku skuteczny zamach stanu, rozbijacze będą potrzebować zorganizowanej gniewnej mniejszości, gotowej odwołać się do przemocy i zastraszać wyborców. Cztery lata kłamstw Donalda Trumpa mogą im to zapewnić

      Timothy Snyder – profesor historii na uniwersytecie Yale

      Donald Trump, który 6 stycznia wystąpił przed swymi fanami, wzywając ich do marszu na Kapitol, zrobił to, co zawsze. Nigdy nie traktował poważnie demokratycznych wyborów ani nie uznawał za wiążące w ich amerykańskim wydaniu.

      Nawet po wygranej w 2016 r. twierdził, że zostały sfałszowane – że na jego przeciwnika oddano miliony fałszywych głosów. W 2020 r., widząc, że przegrywa w sondażach z Bidenem, wieścił miesiącami, że wybory będą zmanipulowane, i zapowiadał, że nie uzna niekorzystnego wyniku. W dniu wyborów ogłosił wygraną, po czym stale zaostrzał retorykę – z czasem jego zwycięstwo urosło do „historycznych” rozmiarów, a różne przeczące mu spiski okazywały się coraz bardziej wyrafinowane.

      Ludzie mu uwierzyli, co nie powinno dziwić. Trzeba ogromnie napracować się nad edukacją obywateli, by uodpornić ich na potężną presję wiary w to, w co sami już wierzą, w co wierzą inni lub co nadałoby sens ich poprzednim wyborom. Platon zwracał uwagę na niebezpieczeństwo grożące tyranom – że skończą w otoczeniu pomagierów i potakiwaczy. Arystoteles martwił się, że w demokracji zamożny, utalentowany demagog może łatwo opanować ludzkie umysły. Świadomi takich zagrożeń twórcy konstytucji ustanowili system checks and balances. Chodziło nie tylko o to, by żadna z władz nie dominowała nad innymi, ale także o zinstytucjonalizowanie różnych punktów widzenia.

      W tym sensie współodpowiedzialność za dążenie Trumpa do unieważnienia wyborów ponoszą liczni republikańscy członkowie Kongresu. Zamiast sprzeciwić się mu od początku, pozwolili krzewić się jego fikcji. Robili to z różnych powodów. Jedni, żeby nie oddać władzy, chcieli w pierwszym rzędzie oszukać system – wykorzystując wszelkie konstytucyjne niejasności, możliwości manipulowania okręgami wyborczymi i przepompownie pieniędzy, wygrać wraz ze zdeterminowaną mniejszością te wybory. Najważniejszy z tego grona Mitch McConnell pobłażał kłamstwom Trumpa, nie komentując konsekwencji.

      Inni republikanie widzieli to inaczej – sądzili, że mogą naprawdę obejść system, zachowując władzę bez demokracji. Podział na dwie frakcje – graczy i rozbijaczy – ujawnił się szczególnie wyraźnie 30 grudnia, kiedy senator Josh Hawley ogłosił, że poprze Trumpa i 6 stycznia zakwestionuje ważność głosów elektorskich. Po nim poparcie zapowiedział Ted Cruz, do którego dołączyło około dziesięciu innych senatorów. Podobne stanowisko zajęło ponad stu republikanów w Izbie Reprezentantów.

      Wielu uznało to za działanie na pokaz – kwestionowanie głosów elektorów spowodowałoby opóźnienia i obstrukcję, nie wpływając na końcowy wynik. Jednak sprzeniewierzenie się przez Kongres swej misji miało cenę. Instytucja obieralna, która kwestionuje wybory, zachęca do podobnego jej potraktowania. Czyniąc rojenia Trumpa punktem wyjścia dla swych formalnych działań, nadali im pozór realności. Trump mógł teraz domagać się posłuchu od senatorów i kongresmenów. Od Mike’a Pence’a, odpowiedzialnego za formalną procedurę, mógł żądać jej storpedowania. A 6 stycznia wezwał zwolenników, by wywarli presję na wybranych przedstawicieli narodu, co też uczynili, szturmując Kapitol.

      Oczywiście miało to pewien sens – czy Kongres może funkcjonować jak gdyby nigdy nic, skoro, jak sugerowali sami senatorowie i kongresmeni, wybory naprawdę sfałszowano?

      Dla niektórych republikanów atak na Kapitol musiał być szokiem, a nawet nauczką. Dla frakcji twardzieli był to raczej przedsmak przyszłości. Ośmiu senatorów i ponad stu reprezentantów głosowało za kłamstwem, które zmusiło ich do ucieczki z własnych gabinetów.

      Timothy Snyder: Lepsza znajomość przeszłości pozwala myśleć szerzej o przyszłości
      Postprawda to protofaszyzm. W postprawdzie żył nasz prezydent Trump. Rezygnując z prawdy, oddajemy władzę tym, którzy ze swym bogactwem i charyzmą zastępują ją spektaklem. Bez zgody co do podstawowych faktów obywatele nie stworzą społeczeństwa obywatelskiego, które pozwoli im się bronić. Tracąc instytucje, które upubliczniają ważne dla nas fakty, pogrążamy się w atrakcyjnych abstrakcjach i fikcjach. Prawda broni się szczególnie słabo, gdy nie ma jej zbyt wiele wokół, a epoka Trumpa – jak epoka Putina w Rosji – to schyłek wiadomości lokalnych. Nie zastąpią ich media społecznościowe, które wzmacniają mentalne nawyki każące szukać bodźców emocjonalnych i pociechy, co zaciera granicę między tym, co wydaje się prawdą, a tym, co nią jest.

      Postprawda znosi rządy prawa, torując drogę władzy mitu. Przez ostatnie cztery lata uczeni dyskutowali o zasadności wszelkich wzmianek o faszyzmie w kontekście trumpistowskiej propagandy. Wygodnie było nazywać każdą taką próbę prostym porównaniem i uznać ją za tabu. Bardziej owocne okazało się podejście filozofa Jasona Stanleya, wedle którego faszyzm to pewien fenomen, zestaw schematów nieograniczających się do międzywojennej Europy.

      CDN...
      • diabollo Re: Nie sam Donald Trump jest winien 21.01.21, 07:36
        Uważam, że lepsza znajomość przeszłości – faszystowskiej i innej – pozwala dostrzec elementy teraźniejszości, które moglibyśmy pominąć, myśleć szerzej o wariantach przyszłości. W październiku było dla mnie jasne, że zachowanie Trumpa zapowiada zamach stanu– nie dlatego, że teraźniejszość powtarza przeszłość, tylko dlatego, że przeszłość rzuca światło na teraźniejszość.

        Podobnie jak historyczni faszystowscy wodzowie Trump prezentował się jako jedyne źródło prawdy. Termin „fake news” był w jego ustach echem nazistowskiej obelgi „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”). Jak naziści nazywał dziennikarzy „wrogami ludu”. Jak Hitler doszedł do władzy w momencie załamywania się tradycyjnej prasy – kryzys finansowy 2008 r. zrobił z amerykańskimi gazetami to samo, co Wielki Kryzys z niemieckimi. Naziści chcieli zastąpić dawny drukowany pluralizm radiem, a Trump próbował tego samego z Twitterem.

        Dzięki technologii i osobistym talentom Trump kłamał w tempie, któremu nie sprostał żaden przywódca w dziejach. Były to najczęściej małe kłamstwa, a ich głównym efektem była kumulacja.

        Wierzyć w nie wszystkie to zaakceptować autorytet jednego człowieka, bo wiara w nie wszystkie to niewiara we wszystko inne. Stawszy się takim autorytetem, prezydent mógł ogłosić wszystkich innych kłamcami – ba, jednym tweetem zrobić z zaufanego doradcy nieuczciwego łajdaka. Ale że nie był w stanie wmusić jakiegoś naprawdę wielkiego kłamstwa, jakiejś fantazji tworzącej alternatywną rzeczywistość, w której ludzie mogą żyć i umierać, jego protofaszyzm nie dorównywał ideałowi.

        Niektóre jego kłamstwa sięgały, przyznajmy, średniego kalibru – że odnosi sukcesy w biznesie, że Rosja nie wspierała go w 2016 r., że Obama urodził się w Kenii. Takie średnie kłamstwa to normalka dla ambitnych autokratów XXI wieku. W Polsce prawicowa partia wykreowała kult męczeństwa, obwiniając politycznych rywali o katastrofę samolotu, w której zginął prezydent. Orbán zrzuca problemy kraju na pomijalną garstkę muzułmańskich uchodźców. Ale nie były to wielkie kłamstwa – napinały, lecz nie rozrywały tego, co Hannah Arendt nazwała „strukturą faktyczności”.

        Jednym z wielkich historycznych kłamstw, które analizuje Arendt, jest stalinowskie wyjaśnienie wielkiego głodu na radzieckiej Ukrainie w latach 1932-33. Państwo skolektywizowało rolnictwo, po czym rozpętało terror, który spowodował śmierć milionów. W oficjalnej wersji głodujący byli prowokatorami i agentami zachodnich mocarstw, którzy nienawidzili socjalizmu tak bardzo, że wybierali śmierć. Jeszcze okazalszą fikcją był antysemityzm Hitlera – teza, że Żydzi rządzą światem, że stworzyli idee, które zatruły niemiecką duszę, że podczas I wojny wbili Niemcom nóż w plecy. Arendt uważała, że wielkie kłamstwa działają tylko na dusze samotne, że ich spójność zastępuje doświadczenie i towarzystwo innych.

        W listopadzie, docierając przez media społecznościowe do milionów samotnych dusz, Trump pokusił się o kłamstwo niebezpiecznie ambitne – że wygrał wybory. Kłamstwo to było wielkie pod każdym względem – nie tak duże jak to, że „Żydzi rządzą światem”, ale dostatecznie duże. Chodziło o sprawę wielkiej wagi – prawo do rządzenia najpotężniejszym państwem świata, a także wiarygodność i skuteczność procedur sukcesji.

        Siła wielkiego kłamstwa bierze się z wymogu tyleż wiary, co niewiary w wiele innych rzeczy. Zrozumienie świata, w którym w 2020 r. sfałszowano wybór prezydenta USA, wymaga nieufności nie tylko do dziennikarzy i ekspertów, ale także do lokalnych, stanowych i federalnych instytucji władzy, od ankieterów po obieralnych urzędników, służby bezpieczeństwa wewnętrznego, aż po Sąd Najwyższy. Zakłada teorię spiskową – wyobraźmy sobie wszystkich zaangażowanych w spisek na taką skalę i wszystkich pracowicie go tuszujących.

        Fikcja Trumpa dryfuje obok weryfikowalnej rzeczywistości. Bronią jej nie fakty, tylko twierdzenia, że ktoś inny coś twierdzi. Powstaje wrażenie, że coś musi być nie tak, skoro ja czuję, że jest nie tak, i wiem, że inni czują to samo. Przywódcy polityczni pokroju Teda Cruza lub Jima Jordana mówią w istocie: Wierzysz moim kłamstwom, co zmusza mnie do ich powtarzania. A media społecznościowe dostarczają nieskończonej liczby pozornych dowodów na każdą opinię.

        Timothy Snyder: Odwrócono role silnych i słabych
        W teorii spiskowej ofiara sprawia wrażenie silnej – Trump stawia opór Demokratom, Republikanom, głębokiemu państwu, pedofilom, satanistom. W istocie jednak role silnych i słabych zostają odwrócone. Kiedy Trump mówi o rzekomych „nieprawidłowościach” i „stanach spornych”, chodzi o miasta, w których żyją i głosują czarni. Fantazja o oszustwie to w gruncie rzeczy zbrodnia czarnych przeciwko białym.

        Rzecz nie w tym, że oszustwa wyborcze Afroamerykanów wymierzone w Trumpa nie miały miejsca. Chodzi o to, że serwuje się nam przeciwieństwo tego, co wydarzyło się w 2020 r. i podczas wszystkich amerykańskich wyborów. Jak zawsze czarni czekali dłużej na głosowanie, więc kwestionowanie ich głosów było bardziej prawdopodobne. O wiele częściej cierpieli lub umierali wskutek pandemii i rzadziej mogli wziąć wolne. Ochrona ich praw wyborczych została zniesiona w 2013 r. wyrokiem Sądu Najwyższego w sprawie hrabstwo Shelby kontra Holder i kolejne stany pospieszyły z wprowadzeniem rozwiązań ograniczających możność głosowania ludzi ubogich i kolorowych.

        Teza, że Trumpowi wykradziono zwycięstwo, jest wielkim kłamstwem nie tylko dlatego, że urąga logice, błędnie opisuje rzeczywistość i wymaga wiary w spisek. Jest nim dlatego, że odwraca znaki moralne amerykańskiej polityki i podstawy amerykańskiej historii.

        Ogłaszając zamiar zakwestionowania głosów Kolegium Elektorów, senator Ted Cruz powołał się na kompromis z 1877 r., który rozstrzygnął wybory prezydenckie w 1876 r. Komentatorzy wskazywali, że ówczesny precedens nie ma zastosowania, bo wtedy naprawdę zaistniały poważne nieprawidłowości i doszło do impasu w Kongresie. Jednak to na pozór chybione odniesienie miało dla Afroamerykanów inny sens. Kompromis z 1877 r., w ramach którego Rutherford B. Hayes dostał prezydenturę pod warunkiem, że wycofa władze federalne z Południa, był układem, który na blisko sto lat odsunął ich od urn wyborczych.

        To był w istocie koniec epoki Rekonstrukcji, początek segregacji, dyskryminacji prawnej i ustaw Jima Crowa. To grzech pierworodny Ameryki epoki postniewolniczej, nasze jak dotąd najbliższe zetknięcie się z faszyzmem.
        Odniesienie to mogło wydać się odległe 2 stycznia, kiedy Ted Cruz i jego dziesięciu kolegów senatorów wydawali oświadczenie. Nabrało bardzo realnej treści cztery dni później, gdy na Kapitolu powiewały flagi Konfederacji.

        Timothy Snyder: Trump chciał rozbić system we własnym interesie
        Rzecz jasna od 1877 r. to i owo się zmieniło. Wtedy za równością ras byli Republikanie, a za apartheidem Demokraci, partia Południa. Wtedy Demokraci uważali głosy Afroamerykanów za sfałszowane, a Republikanie chcieli, żeby je liczyć. Teraz jest odwrotnie. W minionym półwieczu, po uchwaleniu Civil Rights Act, Republikanie stali się partią przeważająco białą, zainteresowaną utrzymaniem liczby wyborców, zwłaszcza czarnych, na możliwie niskim poziomie. Jednak coś wspólnego pozostało. Patrząc na białych suprematystów w grupie szturmującej Kapitol, łatwo odnieść wrażenie, że oto zbrukano coś czystego. Lepiej byłoby może spojrzeć na ten epizod w kontekście długiego amerykańskiego sporu o prawo do politycznej reprezentacji

        CDN...
        • diabollo Re: Nie sam Donald Trump jest winien 21.01.21, 07:38
          Demokraci są dziś koalicją. Lepiej niż Republikanie radzą sobie z elektoratem kobiet i kolorowych, zgarniając głosy i związków zawodowych, i osób z wyższym wykształceniem. Jednak nie jest całkiem słuszne przeciwstawienie tej koalicji monolitowi Republikanów. Obecna Partia Republikańska to koalicja dwojakiego rodzaju ludzi: tych, którzy chcą rozgrywać system (większość polityków, część wyborców), i tych, którzy marzą o jego rozbiciu (trochę polityków, wielu wyborców).

          Przez cztery dekady od wyboru Reagana Republikanie przezwyciężyli napięcie między graczami i rozbijaczami, rządząc w opozycji do rządu, nazywając wybory rewolucją (Tea Party) lub głosząc, że walczą z elitami. W tym układzie rozbijacze dają alibi graczom, oferując ideologię, która odwraca uwagę od podstawowej rzeczywistości – tego, że Republikanie nie odchudzają rządu, tylko sprawiają, że służy pewnym interesom.

          Zrazu Trump wydał się zagrożeniem dla tej równowagi. Z uwagi na brak politycznego doświadczenia i jawny rasizm okazał się niewygodny dla partii, a jako notoryczny kłamca zyskał w oczach wybitnych republikanów opinię prostaka. Gdy jednak zdobył urząd, jego szczególne rozbijackie zdolności zdawały się otwierać ogromne możliwości graczom. Pod wodzą głównego rozgrywającego – McConnella – zapewnili posady setkom sędziów federalnych i cięcia podatkowe bogatym.

          Trump zdawał się wyróżniać wśród rozbijaczy brakiem ideologii. Walczył z instytucjami dlatego, że mogły go osobiście ograniczać. Chciał rozbić system we własnym interesie i po części dlatego mu się nie udało. Jako polityk charyzmatyczny zdobył serca nie tylko wyborców, także zaskakująco wielu prawodawców, ale nie dysponuje wizją, która przerastałaby jego samego. Pod tym względem jego protofaszyzm jest daleki od faszyzmu – jego wizja nigdy nie sięgała poza lustro. Jego naprawdę wielkie kłamstwo wyrastało nie ze światopoglądu, tylko z realnej obawy, że ma coś do stracenia.

          Ale nigdy nie zadał decydującego ciosu. Brakło mu wsparcia wojska, bo zraził do siebie część dowódców. Żaden prawdziwy faszysta nie popełniłby takiego błędu – nie wyznawałby otwarcie miłości do obcych dyktatorów, co mogło nie obchodzić jego stronników wierzących we wroga wewnętrznego, ale już nie tych, którzy przysięgali bronić kraju przed wrogiem zewnętrznym.

          Funkcjonariusze tajnej policji Trumpa, ci, którzy porywali ludzi w Portland, byli brutalni, ale także mali i śmieszni. Media społecznościowe okazały się mało finezyjnym narzędziem – Trump mógł ogłaszać swoje zamiary na Twitterze, a biali supremacjoniści planować atak na Kapitol na Facebooku i platformie Gab. Ale prezydent, mimo wytaczanych procesów, próśb i gróźb pod adresem urzędników, nie mógł zaaranżować sytuacji, która zakończyłaby się tym, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy. Umiał wmówić niektórym wyborcom, że wygrał wybory w 2020 r., ale nie był w stanie przekonać instytucji do wielkiego kłamstwa. Mógł sprowadzić do Waszyngtonu zwolenników i posłać na Kapitol, ale nikt, jak się zdaje, nie miał bladego pojęcia, jak miałoby to się dalej potoczyć i co miałaby dać ich obecność. Trudno wyobrazić sobie porównywalny moment powstańczej dynamiki – zajęcie budynku o strategicznym znaczeniu – i tylu kręcących się bez sensu ludzi.

          Timothy Snyder: Trump jest liderem rozbijaczy
          Kłamstwo przetrwa kłamcę. Myśl, że w 1918 r. Niemcy przegrały wojnę z powodu żydowskiego „ciosu w plecy”, liczyła 15 lat, kiedy Hitler doszedł do władzy. Jak mit ofiary Trumpa będzie funkcjonował w amerykańskiej rzeczywistości za 15 lat? I komu przyniesie korzyść?

          7 stycznia Trump wezwał do pokojowego przekazania władzy, pośrednio przyznając, że jego pucz spalił na panewce. Lecz i przy tej okazji podtrzymał, a nawet wzmocnił swoją narrację – to już święta sprawa, dla której poświęcają się ludzie. Opowieść o rzekomym ciosie w plecy Trumpa przetrwa głównie dzięki poparciu członków Kongresu. Republikanie powielali ją w listopadzie i grudniu, przydając jej wigoru, jakiego bez nich by nie miała. Wydaje się, że ostatni niepewny kompromis między graczami miał dać Trumpowi szansę udowodnienia, że wyrządzono mu krzywdę. Stanowisko to potwierdzało wielkie kłamstwo na użytek fanów prezydenta. I nie powstrzymało samego Trumpa, którego wielkie kłamstwo stawało się jeszcze większe.

          Rozeszły się wtedy perspektywy rozbijaczy i graczy – wielkie kłamstwo jako skarb, którego mają strzec, lub zagrożenie, którego muszą uniknąć. Rozbijacze nie mieli wyboru, musieli głosić na wyprzódki, że w nie wierzą.

          A że rozbijacze Josh Hawley i Ted Cruz muszą konkurować o piekielną nagrodę, gracze musieli odsłonić karty. 6 stycznia podział koalicji republikańskiej nie budził już wątpliwości, a atak na Kapitol tylko go pogłębił. Co prawda paru senatorów wycofało zastrzeżenia, ale Cruz i Hawley wraz z sześcioma innymi i tak parli do przodu. Ponad stu kongresmenów zdwoiło wysiłki, wspierając wielkie kłamstwo, a niektórzy, jak Matt Gaetz, dodali nawet własne smaczki, jak to, że tłumowi przewodzili nie zwolennicy, tylko przeciwnicy Trumpa.

          Trump jest na razie głównym męczennikiem i arcykapłanem wielkiego kłamstwa, liderem rozbijaczy. Gracze trzymają się teraz z dala od niego. Skompromitowany w ostatnich tygodniach władzy, stał się bezużyteczny. A bez prezydenckich prerogatyw będzie znów, jak w 2015 r., powodem do wstydu. Nie może już kryć ich gry, więc stał się zbędny.

          Ale rozbijacze mają jeszcze ważniejszy powód, żeby pozbyć się Trumpa – wszak nie można dziedziczyć po kimś, kto wciąż jest z nami. Podtrzymanie wielkiego kłamstwa może wydawać się gestem wsparcia, a naprawdę to życzenie politycznej śmierci. Przetworzenie mitu Trumpa w mit narodu pójdzie łatwiej, gdy on sam zejdzie im z drogi.

          Jak Cruz i Hawley mieli okazję się przekonać, wielkie kłamstwo włada tym, kto je powtarza. To, że sprzedałeś duszę, nie znaczy, że jesteś twardym negocjatorem. Hawley nie powstydzi się żadnej hipokryzji – syn bankiera z dyplomem Stanfordu i Yale Law School potępia elity. Sądzono, że Cruz ma jakieś zasady, ale chodziło o uprawnienia stanów, które apele Trumpa o odrzucenie wyniku wyborów bezczelnie łamały. Wspólne oświadczenie, jakie wydał, na temat kwestionowania przez senatorów wyniku dobrze ujmuje charakterystyczny dla postprawdy rys tego wszystkiego – nie zarzuca, że doszło do oszustwa, tylko że padły zarzuty oszustwa. Zarzuty o zarzuty, cały czas zarzuty.

          CDN...
          • diabollo Re: Nie sam Donald Trump jest winien 21.01.21, 07:39
            Wielkie kłamstwo wymaga zaangażowania. Kiedy gracze nie okazują go dość, rozbijacze nazywają ich „RINO”, Republicans in Name Only, Republikanie z nazwy. Dawniej epitet ten sugerował brak ideologicznego zaangażowania, teraz oznacza niechęć do odrzucenia wyniku wyborów. W odpowiedzi gracze zwierają szeregi wokół konstytucji, przypominając o zasadach i tradycjach. Wszyscy rozbijacze niewątpliwie wiedzą (może z wyjątkiem senatora z Alabamy Tommy’ego Tuberville’a), że to gra pozorów, ale nie jest tego świadoma ich licząca dziesiątki milionów publiczność.

            Jeśli Trump pozostanie obecny w amerykańskiej polityce, będzie powtarzał raz po raz swoje wielkie kłamstwo. Współodpowiedzialność za skutki spada na Hawleya, Cruza i innych rozbijaczy. Obaj chcą, jak się zdaje, ubiegać się o prezydenturę. Ale jak można kandydować na urząd, a zarazem odrzucać wynik wyborów? Jeśli twierdzisz, że tamci oszukiwali, a twoi kibice ci wierzą, będą oczekiwać, że sam będziesz oszukiwać. Broniąc 6 stycznia wielkiego kłamstwa Trumpa, ustanowili precedens – jeśli republikański kandydat na prezydenta przegra, Kongres i tak powinien go mianować. W przyszłości Republikanie, przynajmniej kandydaci rozbijaczy na prezydenta, będą zapewne mieli plan A – wygrać i wygrać – oraz plan B – przegrać i wygrać. Żadne oszustwo nie jest potrzebne, wystarczą zarzuty, że padły zarzuty. Prawdę zastąpi spektakl, a fakty – wiara.

            Timothy Snyder: Trzeba uznać fakty za dobro publiczne
            Próba Trumpa zamachu stanu w latach 2020-21 jest, jak inne nieudane próby puczu, przestrogą dla tych, którym zależy na rządach prawa, i lekcją dla wszystkich innych. Protofaszyzm trumpizmu ukazał, co jest możliwe w amerykańskiej polityce. Aby przeprowadzić w 2024 r. skuteczny zamach stanu, rozbijacze będą potrzebować czegoś, czym Trump nie w pełni dysponował – zorganizowanej w skali kraju gniewnej mniejszości, gotowej odwołać się do przemocy i zastraszać wyborców. Cztery lata propagowania wielkiego kłamstwa mogą im to zapewnić. Zarzut, że druga strona „ukradła wybory”, to obietnica tego, że ukradniemy je sami. Oraz że druga strona zasługuje na karę.

            Specjaliści rządowi i pozarządowi są zgodni, że największe zagrożenie terrorystyczne dla Stanów Zjednoczonych stanowią prawicowi biali supremacjoniści. W 2020 r. wzrosła szokująco sprzedaż broni. Historia dowodzi, że przemoc polityczna idzie w ślady jawnej paranoi prominentnych przywódców największych partii.

            Nasze wielkie kłamstwo jest bardzo amerykańskie, opakowane w nasz dziwny system wyborczy, wyrastające ze specyficznej tradycji amerykańskiego rasizmu. Jednak to wielkie kłamstwo jest też faszystowskie strukturalnie, ze swym skrajnym zakłamaniem, myśleniem spiskowym, odwróceniem ról sprawcy i ofiary, wreszcie tezą, że świat to „my” i „oni”. Podtrzymując je przez cztery lata, ryzykujemy terroryzm i polityczne mordy.

            Kiedy pojawi się przemoc, rozbijacze muszą reagować. Akceptując ją, staną się frakcją faszystowską. Republikanie podzielą się, przynajmniej na jakiś czas. Można oczywiście wyobrazić sobie koszmarną wersję zjednoczenia – w listopadzie 2024 r. kandydat rozbijaczy przegrywa o włos wybory prezydenckie i zarzuca oszustwo, Republikanie zdobywają obie izby Kongresu, a zbuntowana ulica, wyedukowana przez cztery lata wielkiego kłamstwa, żąda tego, co uważa za sprawiedliwość. Czy 6 stycznia 2025 r., w takich okolicznościach, gracze upomnieliby się o zasady?

            Rzecz jasna ten moment to także szansa. Niewykluczone, że podzielona Partia Republikańska lepiej przysłuży się amerykańskiej demokracji, że bez rozbijaczy gracze zaczną myśleć o polityce jako sposobie wygrywania wyborów. Bardzo możliwe, że pierwsze miesiące administracji Bidena i Harris okażą się łatwiejsze, niż oczekiwano, może, przynajmniej u kilku republikanów, choćby na krótko, autorefleksja weźmie górę nad obstrukcjonizmem.

            Przed politykami, którzy chcą końca trumpizmu, droga prosta – niech powiedzą prawdę o wyborach. Ameryka nie przetrwa wielkiego kłamstwa tylko dlatego, że kłamca stracił władzę. Potrzebna będzie rozumna repluralizacja mediów i uznanie faktów za dobro publiczne.

            Rasizm, wpisany w każdy moment zamachu stanu, każe nam przyjrzeć się własnej historii. Poważne spojrzenie na przeszłość pozwoli dostrzec zagrożenia, ale też nowe perspektywy. Nie możemy być demokratyczną republiką, opowiadając kłamstwa – duże i małe – na temat rasy. W demokracji nie chodzi o ograniczanie liczby wyborców ani o ignorowanie ich głosu, o rozgrywanie lub rozbijanie systemu. Chodzi o uznanie innych za równych, o wysłuchanie ich i przeliczenie ich głosów.

            Esej ukazał się w styczniu w „The New York Times” pod tytułem „The American Abyss”. Śródtytuły: redakcja Wolnej Soboty.

            Tłum. Sergiusz Kowalski

            Timothy Snyder – profesor historii na uniwersytecie Yale profesor historii na uniwersytecie Yale, stały członek Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu, autor głośnych książek „Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem”, „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, „O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku”, „Droga do niewolności. Rosja. Europa. Ameryka”. Człowiek Roku „Wyborczej”. Nakładem Znaku ukazuje się właśnie jego nowy esej „Amerykańska choroba. Szpitalne zapiski o wolności”

            wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26702100,usa-timothy-snyder-nie-sam-donald-trump-jest-winien-ktos-go.html#nowaZajawkaGlownaMT

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka