Dodaj do ulubionych

A w Polsce jak kto chce?

13.02.21, 13:51
Olga Drenda

A w Polsce jak kto chce? Religijni doktrynerzy biorą się za starą ludową zasadę, dzięki której dało się tu żyć

Nie dziwią mnie bezwzględni moralni absolutyści. Dziwią mnie naiwni, którzy wierzą, że z bezwzględnym moralnym absolutystą można gadać

Olga Drenda – ur. w 1984 r., dziennikarka, etnolożka, autorka książek „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” i „Wyroby. Pomysłowość wokół nas”.

Czy zdziwiło mnie to, że już pojawiły się postulaty karania kobiet za przeprowadzenie aborcji? Skądże. Zmroziło, owszem – jak każde zetknięcie z bezwzględnym moralnym absolutystą pewnym swoich racji. Zdziwiło mnie co innego: naiwność ludzi, którzy uznali, że widocznie w Polsce nie ma miejsca dla okrutnych fundamentalistów, że może to folklor pasa biblijnego w USA, może coś właściwego dla południowoamerykańskiej junty, ale w swojskiej, letniej Polsce? Nie ma mowy.

Rzeczywiście lata obserwowania życia publicznego mogą skłonić do wniosku, że klasa polityczna czy ludzie opiniotwórczy mogą sobie głosić różne rzeczy, ale nie należy się tym nadmiernie przejmować; to tylko taka retoryka wiecowa, na pewno chcą coś ugrać, to kiełbasa dla naiwnych, a oni mają z tego kasę, w końcu kruk krukowi oka nie wykole, wicie, rozumicie. To gadanie, programy, fasada, mowa trawa, w którą nikt tak naprawdę nie wierzy, a za nią wujaszkowie poklepują się po plecach i robią interesy.

Poczciwcy czasem się dziwią
To spojrzenie tyle cyniczne, co uspokajające – w końcu, gdy dookoła sami wujowie, to nikt nikomu nie chce zrobić krzywdy. Z każdym się jakoś da dogadać; jak powiedział mi w czasach szkolnych kontroler w autobusie: –„Każdy chce jakoś żyć” (i puścił wolno, choć nie miałam legitymacji).

Również potęga polskiego katolicyzmu opiera się na intensywnym przymykaniu oka: to, co nazywa się w etnologii religijnością przeżywaną (emocjonalne doświadczenie człowieka wierzącego, na przykład wzruszenie podczas modlitwy albo przekonanie, że kogoś strzeże opatrzność – to autentyczne doświadczenia, których nie można zbyć machnięciem ręką) i kościelna doktryna moralna to często dwie biegnące równolegle ścieżki. Wiara ludzi jest często niespójna, sytuacyjna, a przede wszystkim – odległa od wykładni teologicznej. Poczciwcy czasem się dziwią: jak można wierzyć w jedno, a robić drugie, przecież to nielogiczne. Otóż można i dlatego tak wielu ludzi w Polsce deklaruje się jako katolicy, a nawet jako konserwatyści: bo ani za wyznawanie, ani życie „po swojemu” nic nie grozi.

Widuję czasami w internecie pełnych dobrej woli ludzi próbujących dyskutować na argumenty z fundamentalistami. Uważają, że to ludzie tacy sami jak oni, z wątpliwościami i problemami. Biedni nie zdają sobie sprawy, że doktryner jest na wojnie: każda jego wypowiedź jest zorientowana na żarliwą obronę spójności wyznawanego światopoglądu – nie tylko dlatego, że ktoś go atakuje (a już samo istnienie odmiennych postaw jest dla takiego człowieka atakiem i potwarzą), ale też dlatego, że wystarczy mała dziura, a cała konstrukcja runie. Taki człowiek broni się przede wszystkim przed dysonansem poznawczym (to nie znaczy, że należy mu współczuć; niektórzy wierzą w uniwersalną siłę empatii, ale na nic tu ona).

Jaskółki fundamentalizmu
Doktryner jest być może człowiekiem w pewnym sensie szczęśliwym, bo wolnym od wątpliwości („Najlepszych dręczą pytania, a najgorszym ufność w odpowiedź wzrok przesłania”, pisał W.B. Yeats).

Niestety, pełnej satysfakcji nie osiągnie, dopóki nie „uszczęśliwi” wszystkich. Wszystko, co jest poniżej medalu za bohaterstwo, jest dlań karygodnym wykroczeniem (stąd beztroskie nazywanie konieczności donoszenia ciąży z wadą letalną „dyskomfortem”). A karanie to jego pasja – trudno się oprzeć wrażeniu, że właśnie dla spełnienia tej satysfakcji nieustannie winduje wymagania. Chce karać ludzi za to, że nie są aniołami. Nie mają prawa się bać, mieć wątpliwości. Może przy tym oczywiście praktykować iście wujaszkowy talent do robienia interesów – jak mówi mądrość memów, „why not both”. Amerykańscy teleewangeliści są wszakże milionerami. Może też sam nie postępować zgodnie z tym, co głosi – ale przecież już nie musi, skoro tyle się nagłosił. To inni mają słuchać, a on zasiądzie w komisji weryfikacyjnej.

Pojawienie się pierwszych jaskółek fundamentalizmu chwieje utrwalonym status quo: trzeba będzie robić to, co się mówi. Wierzę, że to postawa obca polskiemu obyczajowi – i całe szczęście, choć niektórzy powiedzą, że to źle i że przez to nigdy nie będzie tu porządku („Polska wyglądała jak NRD, w którym ludzie robią sobie skróty przez trawnik”, powiedział mi podróżnik i fotograf Felix Ormerod, który pod koniec PRL odwiedził nasz kraj). Tyle że doktrynerów należy traktować poważnie. Oni, niestety, naprawdę wierzą w to, co mówią.

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26782996,olga-drenda-a-w-polsce-jak-kto-chce-religijni-doktrynerzy.html
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka