Dodaj do ulubionych

Historia Polski bez martyrologii.

03.03.21, 14:54
wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26775806,kij-w-polskie-mrowisko-polacy-nic-sie-nie-stalo.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:23
      Amerykański historyk: Polacy cierpieli, ale naród polski - nie
      WYWIADMichał Nogaś

      Rozmawiałem kiedyś z polskim historykiem, który popiera politykę waszego obecnego rządu. W pewnym momencie powiedział wprost: - Musimy pisać i mówić o historii tak, by każdy wiedział, kto był i jest dobry, a kto był i jest zły. Absolutnie się z tym nie zgadzam - mówi Brian Porter-Szucs, autor książki "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii"

      Tekst pochodzi z dwumiesięcznika "Książki. Magazyn do Czytania". O czym jeszcze piszemy w wydaniu 1/2021 czytajcie tutaj

      Michał Nogaś: "W 2021 roku przypada 1055. rocznica chrztu Polski". Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?
      Brian Porter-Szucs, badaczem historii Polski, profesorem Uniwersytetu Michigan-Ann Arbor, autorem książki "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii": Nie. Chrzest przyjął wówczas władca - i to nie państwa, a plemienia Polan. Mieszko I nie był i nie czuł się Polakiem, nie było też wtedy Polski. Było to wydarzenie ważne dla konkretnej osoby, jej zaufanych i poddanych, dla niedużego regionu. Dopiero wiele wieków później wspomnienie tej uroczystości stało się istotne dla tych, którzy zaczęli szukać korzeni Polski i polskości. Stała się dla nich ważnym mitem założycielskim, nie ma jednak nic wspólnego z prawdą historyczną.

      Skąd ta potrzeba szukania korzeni?
      To bardzo powszechne zjawisko. W Stanach Zjednoczonych też lubimy powtarzać, że narodziliśmy się nieco ponad 200 lat temu. Ale to nieprawda, chodzi jedynie o wydarzenie historyczne. Narodziny państwa czy narodu to wyłącznie metafora. Rodzi się konkretny człowiek.

      Naród jest w dużej mierze mitem, jest zbiorowością polityczną i społeczną, ale - co bardzo ważne - nie żyje i nie ma podmiotowości. Mają ją jedynie poszczególni ludzie.

      Od lat sprzeciwiam się takiemu myśleniu.

      Dlaczego?
      Bo prowadzi nas to na manowce i kończy się poważnymi błędami w analizie naukowej.

      Przyjęło się na przykład mówić i pisać, że w czasie II wojny światowej "Polska walczyła z Niemcami". Ale co to dokładnie znaczy? Że każdy Polak walczył z każdym Niemcem? Oczywiście, że nie. Jedno państwo napadło na drugie, nie wszyscy mieszkańcy III Rzeszy na wszystkich mieszkańców II RP. Więcej, tak jak nie każdy Niemiec popierał państwo hitlerowskie, tak nie każdy obywatel Polski popierał państwo polskie.

      To takie samo uproszczenie jak stwierdzenie, że Polska jest krajem katolickim. Tak, wielu Polaków jest katolikami, ale na pewno nie kraj jako taki.
      Ten typ myślenia, ta skłonność do uogólnień prowadzi do ogromnego niebezpieczeństwa, jakim jest myślenie narodowe - a w ślad za nim do ksenofobii, nastawiania obywateli różnych państw przeciwko sobie.

      Można je od dawna zaobserwować w Polsce, ale w równym stopniu w Stanach Zjednoczonych, w każdym zasadzie państwie. Istotne, by nie stało się pożywką dla polityków, którzy potrafią umiejętnie sterować masami. Wasz kraj, gdy chodzi o historię ruchu narodowego, o przekonanie kolejnych pokoleń jego zwolenników o własnej nadzwyczajności w zestawieniu z innymi, nie jest wcale wyjątkowy. W tej i wielu innych dziedzinach jest po prostu dość zwyczajny.

      Wróćmy zatem do terminu, którego pan nie lubi, a po który sięgnę z pełną premedytacją. Kiedy, pana zdaniem, miały miejsce "narodziny Polski", skoro nie przy okazji chrztu Mieszka I?
      Takiej, jaką znamy? Odpowiem w ten sposób - oczywiście, za króla Polski przyjęło się uważać już Bolesława I Chrobrego, syna księcia Mieszka I. Ale jaka to była Polska? Co miała wspólnego z późniejszą Rzeczpospolitą Obojga Narodów lub dzisiejszą Rzeczpospolitą Polską? Niewiele, w zasadzie nic. Czy istnieje niczym nieprzerwana linia ciągłości między panem a mieszkańcami ziem rządzonych przez Piastów lub królów elekcyjnych? Nie podejrzewam.

      Dopiero pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku ludzie mieszkający na terenie dzisiejszej Polski oraz ziemiach, które zostały przez nią utracone po II wojnie światowej, zaczęli czuć się Polakami. I na pewno nie wszyscy. Wtedy powstało to, co nazywamy państwem narodowym.

      Podważa pan jedno z najważniejszych wydarzeń w naszej historii nowożytnej? To, co nazywamy rozbiorami Polski?
      O! To bardzo ważna kwestia, dobrze, że zwrócił pan na nią uwagę. Wydarzenia z lat 1772, 1793 i w końcu z 1795 nie były rozbiorami Polski. Państwa sąsiednie dokonały wtedy podziału ziem należących do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, państwa złożonego z Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to kraj wielonarodowy, którego pełnoprawnymi obywatelami było nie więcej niż 15 proc. jego mieszkańców. Resztę stanowili chłopi pańszczyźniani, ludzie nie wolni. Oni nawet nie zdawali sobie sprawy, że właśnie stali się poddanymi innych władców, w ich trudnym losie nic się zwyczajnie nie zmieniło.

      CDN...
      • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:24
        Kto mógł się w tamtych czasach czuć lub uważać za Polaka? Uprzywilejowani - władcy, kler, ci, którzy wybierali króla, mieli ziemię i poddanych, których w okrutny sposób wykorzystywali. I co to dla nich znaczyło? Korzystanie z pozycji, którą zajmowali, zyski, "złotą wolność". W tych czasach ci, którzy uważali się za Polaków, wcale nie musieli nawet i często nie mówili po polsku. W XVII wieku wielu z nich nie było nawet katolikami. Była to wspólnota tak odległa od tej, jaką znamy dzisiaj i do której pan należy, że trudno znaleźć między nimi jakiekolwiek związki.

        Wspomniał pan o nieludzkim traktowaniu chłopów. Od niedawna dopiero zaczęliśmy się w Polsce na poważnie z pańszczyzną rozliczać. Ponad 150 lat po jej zniesieniu...
        Fakt, że jestem Amerykaninem zajmującym się badaniem Polski, bardzo mi w tym przypadku pomaga. Tak jak polscy chłopi w okresie rozbiorów nie myśleli raczej o sobie i nie byli przez większość uznawani za Polaków, tak i czarni w XIX wieku nie byli uznawani za obywateli Stanów Zjednoczonych. Nie zezwalało na to obowiązujące prawo, nie chcieli o tym słyszeć biali, a i sami niewolnicy byli jak najdalsi od takiego myślenia. Do dziś toczy się w tej sprawie spór w USA, znaleźli się nawet tacy, którzy w ogóle negują fakt istnienia niewolnictwa i głoszą wprost, że czarnym przybyłym z Afryki dano po prostu w Ameryce szansę na lepsze życie.

        W Polsce dla wielu temat pańszczyzny przez dziesięciolecia był niewygodny, był tematem tabu. Nie wiązał się jednak z faktem występowania różnic rasowych, a brakiem pełnej wiedzy na temat wcześniejszych pokoleń. Gdy patrzę na pana, nie umiem przecież jasno powiedzieć, kim byli pańscy przodkowie. Ma pan białą skórę, mówi pan po polsku, może być zarówno pochodzenia szlacheckiego, jak i chłopskiego.

        Raczej chłopskiego, większość z nas z chłopów... O czym zresztą wolimy nie pamiętać.
        Śledzę to, co dzieje się w Polsce, cieszy mnie dyskusja wokół książek Radka Raka i Adama Leszczyńskiego, rozmowa o losie chłopów, znacznie gorszym przecież od tego, czego doświadczali chłopi na zachodzie Europy.

        Wspomniał pan o braku pamięci. To też jest bardzo ważny i ciekawy wątek rozmowy o historii Polski. Chodzi o poczucie wstydu, można odnieść wrażenie - jak pan wspomniał - że wielu dzisiejszych Polaków woli nie pamiętać o swoich chłopskich korzeniach. Ale w zasadzie dlaczego? Przecież w końcu XIX wieku powstał na terenach dzisiejszej Polski, a na początku XX wieku zaczął rosnąć w siłę i umacniać się ruch ludowy. Dla jego działaczy pochodzenie chłopskie było powodem do dumy, pojawiły się pierwsze próby pisania tego, co Leszczyński nazywa ludową historią, nawet część elit zaczęła utożsamiać lub fascynować się tym, co miało związek z chłopami, ich postulatami i obyczajami.

        Dziś, jak się zdaje, również w odpowiedzi na postawy promowane przez PRL-owskie władze, istnieje potrzeba czy też pokusa utożsamiania się ze szlachtą, wśród niej wielu Polaków chciałoby widzieć swoich przodków. A obecny rząd bardzo ich w tym wspiera, nierzadko podkreślając, że prawdziwa historia Polski to właśnie opowieść o losie i dziedzictwie szlachty. Staje się to coraz bardziej przeciwskuteczne, wydaje się wręcz, że przeciwnicy obecnej władzy odrzucają taką narrację i traktują jako sprawę polityczną. Przed dekadą do bycia ze szlachty chcieli przyznawać się w zasadzie wszyscy, dziś - również w geście bycia w opozycji do stanowiska głoszonego przez PiS - duża część społeczeństwa znacznie większą uwagę zaczęła zwracać na tych, których przez wieki uciskano.

        I tam szukają prawdziwej opowieści o historii swoich przodków. Podejrzewam, że coraz więcej osób w Polsce będzie wspierać, dostrzegać ten nowy rodzaj opowieści o przeszłości. I, nie ukrywam, bardzo mnie to cieszy.

        W "Całkiem zwyczajnym kraju" pisze pan o Konstytucji 3 maja: "Był to akt założycielski Polski całkiem innego rodzaju, takiej, w której Sejm został pomyślany w zupełnie odmienny sposób: jako przedstawicielstwo różnych warstw społecznych, a nie jedynie szlachty. Insurekcja kościuszkowska poszła nawet dalej, obiecując w Uniwersale połanieckim z 1794 roku wolność osobistą i ochronę prawną. Doprowadziło to do dziwacznego zbiegu historycznych okoliczności: w tym samym czasie, w którym niszczono Rzeczpospolitą Obojga Narodów, ruch rewolucyjny przeprowadzał proces tworzenia narodu polskiego, przynajmniej na poziomie deklaracji wiążąc interesy całej populacji kraju z instytucjami państwa". Co mogłoby się stać, gdyby nie doszło do trzeciego rozbioru Rzeczpospolitej Obojga Narodów?
        Ta konstytucja, od tego zacznijmy, była częścią procesu unowocześniania myślenia politycznego w całym regionie. A także - bardzo ważnym drogowskazem dla tych, którzy myśleli o jakiejś formie odtworzenia państwa, co - jak wiemy - udało się dopiero w drugiej dekadzie XX wieku. Powstała w wyniku działania ruchu reformatorów wśród szlachty - małego, ale dość wpływowego. A co by się stało, gdyby dawna Rzeczpospolita Obojga Narodów nie upadła i konstytucja miała szansę obowiązywać przez wiele lat? Czy była dokumentem tworzącym nowoczesny polski naród? Szczerze w to wątpię. Nie znosiła przecież pańszczyzny, podobnie jak nie uczyniono tego w czasach Księstwa Warszawskiego.

        Ludzie, którzy ją stworzyli, byli częścią systemu, nie mieli powodów, by całkowicie do góry nogami wywracać istniejący porządek.
        Zmiana myślenia przyszła później, gdy duża część szlachty utraciła swoje przywileje, gdy system i ich zaczął uciskać.

        Mit państwa, które w maju 1791 przyjęło konstytucję jako jedne z pierwszych na świecie, jednak przetrwał. Nawet w XX wieku w dyskusjach społeczno-politycznych na ziemiach polskich pojawiały się idee odtworzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Piłsudski o tym mówił, choć ta jego Polska miała być oczywiście znacznie bardziej demokratyczna. Marzono o powrocie do czasów, gdy istniało ogromne państwo, w którym - zdaniem wielu - panowały zgoda i tolerancja, a przedstawiciele różnych narodów potrafili ze sobą współpracować. Zapominano jednak o realiach życia w tamtym okresie, o niesprawiedliwościach społecznych. To był sen o utraconej potędze.

        Uważa pan, że powstanie niepodległej Polski w roku 1918 było przesądzone? Historia nie mogła potoczyć się inaczej?
        Myślę, że kraj taki, jakim stała się II Rzeczpospolita, prędzej czy później musiał powstać. Ale jeszcze w 1918 roku to wcale nie było oczywiste. Europa ogarnięta była myślą rewolucyjną - Rosja, Niemcy, Węgry wrzały. Gdyby to nie Ignacy Daszyński i Józef Piłsudski, ale Roman Dmowski - zwolennik starego porządku - odegrał największą rolę w powołaniu niepodległego państwa, robotnicy mieszkający na ziemiach polskich mogliby wystąpić przeciwko takiemu pomysłowi. Nie czując się u siebie, nie chcieliby takiego kraju. Pierwszy rząd II Rzeczpospolitej był bardzo lewicowy i zadbał o ich interesy na tyle, że później w wojnie z bolszewikami większość z nich wolała bronić nowo powstałej ojczyzny, a nie przelewać krew po stronie Lenina.

        CDN...
        • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:25
          Co by się stało w Warszawie, w Łodzi i w innych miastach, gdyby władzę po 1918 roku przejęła endecja, rząd zwalczający ruch robotniczy? Czy w trudnym okresie uzyskiwania niepodległości i wojny ze wschodnim sąsiadem pracownice i pracownicy fabryk opowiedzieliby się za Polską? Nie jestem tego pewien. Obecność PPS-u w rządzie w pierwszych miesiącach w zasadzie zagwarantowała utrzymanie niepodległości.

          I jaka, pana zdaniem, ta niepodległa Polska była? W ostatnich latach ukazało się wiele książek mocno mitologizujących czas dwudziestolecia międzywojennego.
          To był bardzo biedny kraj. I mocno podzielony. Gdy dziś używa się określenia wojna polsko-polska, by opisać sytuację społeczno-polityczną po roku 2010, to proszę mi wierzyć - to, co działo się w latach 20. i 30. było o wiele gorsze.

          Endecja nigdy w zasadzie nie uznała prawa Piłsudskiego do rządzenia krajem, on z kolei nigdy nie traktował ich jak równorzędnych partnerów w rozmowach i nie myślał o jakiejkolwiek współpracy.
          Napięcia między Polakami i Ukraińcami były ogromne, a kryzys uderzył w Polskę znacznie silniej niż w inne kraje Europy.

          Ale przyznam się panu, że choć od dawna uważam, że ten mit pięknego dwudziestolecia należy obalać, to jednak od pewnego czasu w dyskusjach z kolegami, którzy również zajmują się badaniem historii Polski, staję często w obronie II Rzeczpospolitej.

          Tak, panował w Polsce antysemityzm, było to zjawisko straszne, ale w żadnym stopniu wyjątkowe. Nienawiść do Żydów podsycano w wielu krajach ówczesnej Europy. A już nie można sytuacji nad Wisłą porównywać nie tylko z Niemcami, ale choćby i z Węgrami, gdzie przed wybuchem II wojny światowej wprowadzono numerus clausus.

          Tak, była w Polsce ogromna bieda, był głód. Ale należy pamiętać, że w latach 20. i 30. sytuacja ekonomiczna Polaków była i tak o niebo lepsza od większości mieszkańców świata. Piszę o tym w mojej książce, II Rzeczpospolita była krajem przeciętnym zamieszkiwanym przez białych ludzi, najmocniejszym wśród słabych i najsłabszym wśród mocnych.

          Gdy Polak podróżował w dwudziestoleciu międzywojennym do Afryki, był człowiekiem mocno uprzywilejowanym, nie tylko z powodu koloru skóry. Ale gdy pojechał do Francji, odstawał, mógł uważać się za kogoś gorszego, bo biedniejszego, gorzej wykształconego.
          Należy więc pamiętać, że międzywojenna Polska nie była rajem, ale nie była też krajem potworem. Nie była ani lepsza, ani gorsza. Była, jak na ówczesne warunki, całkiem zwyczajnym krajem.

          A jak pan patrzy na polityków, którzy odegrali ogromną rolę w powołaniu do życia niepodległego kraju?
          Zbyt mało mówi się dziś, zbyt rzadko podkreśla się zasługi Ignacego Daszyńskiego. Raz jeszcze to powtórzę, gdyby nie PPS, gdyby nie troska o prawa robotników, historia Polski mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

          Co do Dmowskiego - powiem otwarcie to, co myślę. Miał zasługi dla Polski na arenie międzynarodowej, ale był wstrętnym człowiekiem. I fakt, że dziś w Warszawie w centrum miasta stoi jego pomnik, uważam za skandal. Niedawno w Stanach Zjednoczonych obalono pomniki konfederatów, zwolenników niewolnictwa, ludzi, którzy nigdy nie zasłużyli na to, by stanąć na cokole. Jak więc w sercu polskiej stolicy może stać pomnik kogoś, kto uważał, że Żydzi nie są ludźmi w takim samym sensie jak Polacy, kogoś, kto dzielił, wzniecał nienawiść? Mam nadzieję, że dożyję dnia obalenia monumentu Dmowskiego w Warszawie.

          A Piłsudski? To postać najbardziej skomplikowana, niejednoznaczna. Czy był bohaterem? W jakimś stopniu na pewno, ale był też... narcyzem. Przyznam, że czułem się dość niekomfortowo, gdy przyglądałem się temu, co przez ostatnie cztery lata wyczyniał w Stanach Zjednoczonych Donald Trump. Trochę widziałem w nim Piłsudskiego.

          No panie profesorze! Litości.
          Tylko trochę, powiedzmy nie więcej niż 1 procent.

          Uff.
          Piłsudski nie był rasistą, nie był człowiekiem skorumpowanym, ale również uważał, że kraj, państwo to on. Myślę, że być może nawet sam nie do końca zdawał sobie sprawę z takiego zachowania, ale wierzył, że jeśli coś jest dobre dla niego, musi być też takie dla Polski.

          Trump w kampanii i w czasie prezydentury przekonywał: "Tylko ja mogę naprawić Amerykę". Piłsudski mógłby to ze spokojem w głosie powiedzieć o swoim kraju.
          Każdy przywódca musi być choć trochę narcystyczny, ale marszałek był aż zanadto. Od zawsze, jeszcze w czasach przed wybuchem I wojny światowej, budował swój mit, miał skłonność do autokracji i autokreacji.

          Z drugiej strony, czasy mu sprzyjały. Międzywojenna Europa to był wspaniały okres dla autokratów. Szczęśliwie daleko Piłsudskiemu nie tylko do Hitlera czy Stalina, ale nawet do Horthyego. Nie posunął się w swych zapędach tak daleko jak przywódcy Niemiec, Związku Radzieckiego czy Węgier. Całkiem zwyczajny autokrata.

          CDN...
          • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:26
            To się nie spodoba... Piłsudski traktowany jest przez wielu jako ojciec narodu.
            Nie lubię tego określenia. Co to znaczy ojciec narodu?

            Ktoś, kto doprowadził do ogłoszenia niepodległości, zjednoczenia ziem, które znalazły się wcześniej pod zaborami.
            Pan uważa, że nie można sobie wyobrażać historii bez Piłsudskiego? Można, choć ona niewątpliwie mu sprzyjała. Ojciec narodu to określenie propagandowe, ma niewiele wspólnego z historią. Polska nie ma jednego ojca. Wspominałem tu już o roli, jaką odegrał choćby Ignacy Daszyński, prawda?

            Nawet uzyskanie przez Polskę niepodległości nie było w tamtych czasach czymś wyjątkowym. To niejedyny kraj, który pojawił się na mapach świata po zakończeniu I wojny światowej, proszę o tym nie zapominać.

            Ale zgodzi się pan, mam nadzieję, ze stwierdzeniem, dość często u nas powtarzanym, że to Polacy - obok Żydów - najbardziej ucierpieli w czasie II wojny światowej?
            Polacy - tak, Polska, naród polski - nie. Cierpią zawsze istoty żywe, nigdy kraj czy państwo. Cierpienie jest zawsze sprawą osobistą. Nawet w najgorszych czasach, a do takich bez wątpienia należy zaliczyć II wojnę światową, nie każdy cierpiał, a już na pewno nie każdy cierpiał w ten sam sposób. Nie podoba mi się też to prześciganie się w tym, kto był większą ofiarą.

            Oczywiście, nie da się zaprzeczyć, byłoby to zwyczajnie nieludzkie, że na największe cierpienie skazano Żydów. Świadczą o tym nie tylko liczby. Ale nie oznacza to wcale, że cierpienie należy jakkolwiek klasyfikować. Bo czy Polacy lub Ukraińcy, ofiary wojny, cierpieli mniej? Ich doświadczenie, śmierć były mniej ważne? Albo Francuzi, Rosjanie, Niemcy? Cierpiały osoby mówiące w jidysz, po polsku czy rosyjsku. Umiera człowiek.

            Ze stwierdzeniem o tym, że Polacy - obok Żydów - wycierpieli najwięcej, często idzie w parze kolejne - o tym, że Zachód nas zdradził. W 1945 roku i wcześniej. Co pan na to?
            Używanie słowa "zdrada" oznacza, że można było oczekiwać czegoś innego. Ale czy naprawdę? Skoro Zachód zdradził Polskę i zostawił ją na pastwę Stalina, to co powiedzieć o Grecji? Historie tych dwóch państw są aż do bólu podobne, w obu cierpieli i umierali ludzie, w obu byli tacy, którzy oczekiwali interwencji potencjalnych sojuszników, ale oni zawiedli. To może lepsze słowo - zawiedli, nie zdradzili.

            Wiem, że to, jak po II wojnie światowej rząd Stanów Zjednoczonych potraktował Polskę i jej mieszkańców - choć też, pamiętajmy, że nie wszystkich, bo wielu popierało komunistów! - nie zasługuje na pochwałę. Ale spójrzmy realnie - Truman nie miał wyjścia, nie zyskałby poparcia politycznego w Stanach Zjednoczonych dla jakiejkolwiek interwencji, która mogłaby zakończyć się kolejną wojną światową.

            Powojenna Polska nie mogła uniknąć swojego losu, była skazana na sojusz ze Związkiem Radzieckim. O ile w 1945 roku Stalin rozważał jeszcze, co zrobić z Czechosłowacją czy Węgrami, o tyle był przekonany, że Polska musi być od niego zależna. Bał się Niemców, Zachodu, kolejnej wojny, potrzebował państwa buforowego. A czy to by się udało bez przejęcia władzy przez PZPR? Wątpię. Pomijam już fakt, co by się stało z Polakami i ziemiami polskimi, gdyby to Hitler zwyciężył w II wojnie światowej...

            A w roku 1939? Wydaje się, że w interesie Wielkiej Brytanii i Francji była wojna z Hitlerem już wtedy. Ale dlaczego do niej nie doszło? Często zapomina się o ważnym fakcie - nad Loarą część wojskowych oraz elity sprzyjała prawicy. I choć nie lubiano Hitlera, to za największego wroga uważano bolszewików. W 1936 roku francuska prawica szła do wyborów z hasłem, że "lepszy Hitler niż Blum", socjalista, przed- i powojenny premier. Nie jest też tajemnicą, że w Wielkiej Brytanii wśród konserwatystów, a podobno i w rodzinie królewskiej, byli tacy, którzy uważali, że sojusz ze Związkiem Radzieckim przeciwko Hitlerowi nie ma sensu, bo nie można iść pod rękę z komunistami. Na szczęście Churchill miał inne zdanie.

            A potem zgodził się na powstanie "żelaznej kurtyny"...
            Trzeba jednak pamiętać, że tego, co wydarzyło się w Polsce po 1945 roku, nie da się porównać z niemiecką okupacją. Bo choć rząd stalinowski był bardzo opresyjny, nie było mowy o wolności w sensie politycznym, to jednak Polacy mogli powoli wracać do w miarę normalnego życia, odbudować kraj. Był to, jak słusznie zauważa Marcin Zaremba, czas wielkiej trwogi, ale i nadziei. Powojenna Polska dała wielu ludziom szansę na lepsze życie, na karierę, chłopi mogli pójść na uniwersytet, a ktoś, kto wywodził się z klasy robotniczej, zostać profesorem czy lekarzem.

            PRL nie był czasem okupacji, to był okres wymuszonego sojuszu.
            I tak jak rząd Meksyku nie mógł w tamtych latach zrobić niczego przeciwko Stanom Zjednoczonym, tak rząd Polski był uzależniony od Kremla.

            Polska nie była po II wojnie światowej krajem wolnym w takim samym sensie, w jakim nie były nimi Kolumbia, Meksyk czy Gwatemala. Nie zamierzam bronić PRL-u, ale gdy spojrzy się globalnie, pozna się procesy zachodzące w tym okresie na całym świecie, znów należy powtórzyć - nic nadzwyczajnego.

            Poza wszystkim, nie zapominajmy, że sytuacja Polski i los Polaków po II wojny światowej, choć pozostawiający wiele do życzenia, był i tak lepszy od tego, co spotkało Albańczyków, Bułgarów czy Rumunów.

            Pracuję teraz nad nową książką, w której stawiam pytanie o to, czy socjalizm się udał.

            I do jakich wniosków pan doszedł? Znalazł pan odpowiedź?
            Trudno obronić tezę, że Polska byłaby, dajmy na to w roku 1975, krajem o wiele bogatszym, gdyby nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Owszem, pieniądze z planu Marshalla z pewnością by pomogły, ale czy gospodarka stanęłaby na nogi tak jak we Francji czy w Niemczech? Niekoniecznie. W grę wchodzi tak wiele czynników, tak wiele zmiennych, że nie sposób jednoznacznie powiedzieć - Polakom żyłoby się dostatnio, gdyby ich kraj na mocy postanowień międzynarodowych konferencji znalazł się po drugiej stronie "żelaznej kurtyny".

            CDN...
            • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:27
              Z ciekawością przyglądałem się badaniom przeprowadzonym przez CBOS w latach 90. i na początku XXI wieku. Pytano w nich, czy chciałby/chciałaby pan/pani mieszkać w III RP czy w PRL-u? Dla mnie, Amerykanina, wydawało się to głupie, bo przecież nie ma chyba nic ważniejszego od możliwości życia w wolnym kraju. Moi koledzy z uniwersytetu, którym o tym opowiadałem, reagowali wręcz z oburzeniem: "A cóż to w ogóle za pytanie?". Tymczasem wynik sondażu był przynajmniej zaskakujący - 40 proc. ankietowanych wybrało III RP, 40 proc. wolałoby żyć w PRL-u, a 20 proc. nie umiało się zdecydować. Co to oznacza? Że dla wielu Polaków ten czas między 1945 a 1989 rokiem, jakkolwiek pełen upokorzeń, prześladowań i wyroków na więźniach politycznych, kojarzy się również z czymś dobrym, ze zmianą na lepsze - przynajmniej w niektórych dziedzinach życia.

              Gdyby w latach 50. spróbowano zadać pytanie, czy ktokolwiek z mieszkających w Polsce tęskni za czasami okupacji niemieckiej, wynik takiego sondażu byłby jednoznaczny - nikt. A PRL do dziś u wielu wywołuje nostalgię. I da się to wytłumaczyć - nie tylko awansem społecznym.

              Gdy pan słyszy, że momentem przełomowym w losach świata był w rzeczywistości upadek muru dzielącego Berlin, a nie powstanie "Solidarności" i wybory w Polsce w czerwcu 1989 roku, to co pan myśli?
              Oburza mnie to. Zawsze powtarzam moim studentom - gdy upadał mur, Niemcom gratulował pierwszy niekomunistyczny premier Polski. Nie byłoby tego wydarzenia, gdyby nie to, co dokonało się nad Wisłą, to jasne.

              Ale...

              Znowu jakieś ale, panie profesorze?!
              Słyszę często, że gdyby nie "Solidarność", komunizm by nie upadł. I że gdyby nie Polacy, blok socjalistyczny funkcjonowałby nadal w XXI wieku. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale wie pan... To w zasadzie dość mocna obrona socjalizmu i wyraz wiary, że ten system sam z siebie by nie upadł. A przecież zaczął się sypać powoli w połowie lat 70., nadszedł kryzys i było już jasne, że znalazł się na równi pochyłej. Z całą pewnością jednak to właśnie Polakom zawdzięczamy przyśpieszenie upadku tego projektu.

              Powiem teraz coś na co pan, jak mi się zdaje, czeka od początku rozmowy.

              Tak?
              Jestem skłonny przyznać, że powstanie "Solidarności" to jedynie naprawdę wyjątkowe wydarzenie we współczesnej historii Polski.

              Wielki opozycyjny ruch, który nie zdarzył się w zasadzie nigdzie indziej. Jedna czwarta mieszkańców Polski zaangażowana w jego działalność. Niezwykłe!

              Gdyby nie "Solidarność", komunistyczny świat konałby o wiele dłużej, nie mam co do tego wątpliwości.

              I to, co wydarzyło się w Polsce na początku lat 80., można w zasadzie porównać, zestawiać z arabską wiosną.

              Mówi pan: "Gdyby nie 'Solidarność', komunistyczny świat konałby o wiele dłużej, nie mam co do tego wątpliwości". W Polsce często powtarza się, że równie istotną rolę odegrał Jan Paweł II.
              Ktoś, kto mówi, że bez polskiego papieża nie upadłby komunizm, musi naprawdę mocno wierzyć w siłę tego systemu. Przepraszam, że się powtarzam, ale tak właśnie uważam.

              Powiedziałbym, że największą rolę odegrała pierwsza pielgrzymka Wojtyły do ojczyzny. To był moment, w którym wielu Polaków - choć pamiętajmy, że wielu uważało zupełnie inaczej, popierali partię - doszło do wniosku, że wspólne działanie ma sens. Byłem w Warszawie w roku 1987, w czasie trzeciej pielgrzymki, stałem na ulicy Marszałkowskiej, ołtarz postawiono przed Pałacem Kultury i Nauki. Niczego nie słyszałem, otaczał mnie tłum, czułem się przez ten tłum niesiony. Miałem wrażenie - przy zachowaniu wszelkich proporcji - że jestem na meczu piłkarskim, moja drużyna właśnie wygrała i energia, którą ten fakt wyzwolił, może coś zmienić w moim życiu.

              Polski papież nie obalił zatem komunizmu, ale z pewnością zainspirował wielu zwykłych ludzi do działania. Tego nie można mu odebrać.

              Pisze pan w swojej książce o polskiej historii, unikając martyrologii, do której to - nie tylko pana zdaniem zresztą - mamy skłonność. Efektem takiego myślenia, poczucia, że nasze tragiczne losy i bohaterskie postawy, wyjątkowe, unikalne, nie są doceniane i rozumiane, była między innymi kampania #RESPECTUS. Stany Zjednoczone przemierzały ciężarówki...
              Proszę pana, to nie działa i nigdy nie zadziała. Cierpienie i bohaterstwo występują na całym świecie.

              Rozmawiałem kiedyś z polskim historykiem, który popiera politykę waszego obecnego rządu. W pewnym momencie powiedział wprost: - Musimy pisać i mówić o historii tak, by każdy wiedział, kto był i jest dobry, a kto był i jest zły.

              Absolutnie się z tym nie zgadzam i myślę, że to postawa obca wielu ludziom. Ja nie chcę oceniać, chcę zrozumieć - nawet tych, których nie lubię i z którymi się nie zgadzam. To zastępowanie historii i rzetelnych badań propagandą. Przeciwko temu każdy racjonalnie myślący człowiek musi się zbuntować. To banalne, ale bardzo prawdziwe - w każdym człowieku jest dobro i zło. Nie ma wyłącznie dobrych Polaków, nie ma wyłącznie złych Amerykanów. Pokora to jedna z najważniejszych cnót, jakie wymyślono.

              A myśli pan, że ktoś te ciężarówki w Stanach Zjednoczonych zauważył? Może jakaś część obywateli pochodzenia polskiego. Ale czy ta kampania na pewno do nich miała być skierowana? Wiadomo powszechnie, że bardzo wielu Polaków ratowało Żydów w czasie II wojny światowej, wystarczy przejść się po ogrodzie w Instytucie Yad Vashem. Ale wiadomo też powszechnie, że byli tacy, którzy zrobili niewiele, nic lub... Chyba nie muszę kończyć tego zdania?

              "Całkiem zwyczajny kraj" napisał pan z myślą o polskim czytelniku. Nie ma co ukrywać - postanowił pan włożyć kij w mrowisko...
              Tak.

              Wiem, że usłyszę, jakim prawem wypowiadam się o Polsce i jej historii, skoro jestem Amerykaninem. I to, że część mojej rodziny pochodzi spod Mławy, nie będzie tu miało żadnego znaczenia. Wielu też z pewnością nie spodoba się, że nie myślę w kategoriach narodowych.

              CDN...
              • diabollo Re: Historia Polski bez martyrologii. 04.03.21, 07:28
                Ale to nie zmieni faktu, że mam prawo badać historię Polski, tak jak polscy naukowcy mają prawo studiować historię Stanów Zjednoczonych. Więcej, uważam to za zaletę, nie jestem bowiem obciążony uprzedzeniami, przypuszczeniami, nie operuję w polskim środowisku naukowym, mogę wszystkiego dowiedzieć się na własnych warunkach, studiować od zera.

                To często bardzo pomaga w uchwyceniu detali, które łatwo gubią się w dyskusjach zdominowanych przez bieżącą politykę.

                Nie jestem ignorantem, nie jestem ignorancki, patrzę z oddali, z dystansu.

                Choć nie zamierzam ukrywać, że mam podejrzenie, iż moja praca naukowa, wykłady, rozmowy ze studentami o Polsce dają o wiele większe efekty niż wynajmowanie ciężarówek czy powołanie instytucji, które mają bronić dobrego imienia ojczyzny. Tylko nauka i uczciwa rozmowa o faktach mają sens.

                Brian Porter-Szucs (1963), profesor historii na Uniwersytecie Michigan-Ann Arbor, autor kilkudziesięciu książek i artykułów naukowych poświęconych Polsce, w tym "Gdy nacjonalizm zaczął nienawidzić: Wyobrażenia nowoczesnej polityki w dziewiętnastowiecznej Polsce (Pogranicze, 2011). Odznaczony między innymi tytułem Amicus Poloniae (2000), laureat nagrody im. Oskara Haleckiego przyznawanej przez Polski Instytut Naukowy w Ameryce (2000). Od drugiej połowy lat 80. XX wieku regularnie odwiedza Polskę, płynnie mówi po polsku. Książka "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii" ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku.

                wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26775806,kij-w-polskie-mrowisko-polacy-nic-sie-nie-stalo.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka