Dodaj do ulubionych

Kasjerki i palacze [TWARDOCH]

25.05.21, 07:40
wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,27108505,kasjerki-i-palacze-twardoch.html

Kasjerki i palacze [TWARDOCH]
Szczepan Twardoch

Dzieci lekarzy zostają lekarzami, dzieci prawników prawnikami, zaś dzieci kasjerek i palaczy kasjerkami i palaczami, a nam wydaje się, że na to zasługują, i że wszyscy mieli na starcie równe szanse.

Moja facebookowa wyłącznie znajoma Krystyna Kozioł opisała na rzeczonym portalu społecznościowym swoje spotkanie z kasjerem, który, skanując zakupy, przeprowadził miniwykład o historii średniowiecznej i tak okazał się ukraińskim doktorem historii. Wpis był małym rodzajowym obrazkiem, wdzięczną, literacką scenką, odbitą od przechadzającego się po gościńcach, czy raczej supermarketowych alejkach, zwierciadła i zakończył się puentą, w której autorka napisała, że uwielbia Ukraińców w Polsce, ale po tym spotkaniu serce jej krwawi.

Podzielam oba te afekty. Co do pierwszego, nie mógłbym inaczej, skoro tak wielu moich krewnych i powinowatych już od stu lat szukało lepszego życia w Niemczech, gdzie do dziś żyją ich potomkowie. Rozmawiając z Ukraińcami w Polsce, słyszę te same historie, które słyszałem od wrastających w niemieckie społeczeństwo Ślązaków, których potomków dziś przecież żyją tam setki tysięcy, jeśli nie miliony, i język śląski łatwiej usłyszeć na ulicach Dortmundu niż Gliwic.

Co do drugiego, poczułem to samo, współczucie, potem jednak zadałem sobie pytanie: dlaczego?

Dlaczego tak mi przykro, słysząc, że ktoś przebył drogę od – zapewne – uniwersyteckiej katedry do kasy w supermarkecie? Może dlatego, że boję się, że sam mógłbym tę drogę przebyć, zdarzało mi się przecież w młodości pracować fizycznie i od takiej pracy jednak wolę, mimo wszystkich narzekań na literacki znój, spokój i wygodę mojego skromnego gabineciku. Wolę stukać w klawiaturę, niż wbijać w mokrą glinę ostrze szpadla. Miałbym teraz, jak wspomniany kasjer, z powodu jakiejś wojny wyrzec się tej wygody i spokoju i znowu cierpieć te niewygody? A przecież nie tylko o nie chodzi, bo najbardziej bolesne byłoby poczucie społecznej deklasacji, oto pan pisarz, jak pan doktor historii, miałby się teraz nagle stać kim? Kasjerem?

Kasjerem, czyli nieomalże nikim?

Dawno temu ktoś, kogo już nie pomnę, opowiedział mi historię chirurga, który doznał nagłego wylewu, ten zaś pozbawił go intelektualnych i manualnych zdolności, pozwalających praktykować zawód. Jako że chirurg był człowiekiem w szpitalu szanowanym i lubianym, koledzy chcieli oń zadbać i zaproponowali mu pracę w dziale administracyjnym, jednak dawny pan doktor nie był już po wylewie w stanie pracować z dokumentami, został więc pomocnikiem palacza, chociaż nadal nosił swój lekarski kitel, i w tym właśnie kitlu znaleziono go w końcu kotłowni, powieszonego na rurze ciepłowniczej.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Kasjerki i palacze [TWARDOCH] 25.05.21, 07:41
      Pan doktor nie był w stanie znieść swojego upodlenia, swojej deklasacji, bo jakże to znieść, tę podróż z sali operacyjnej do kotłowni. Wyobrażam sobie, że gdy koledzy po skalpelu widzieli, jak schodzi do szpitalnych piwnic, by zamiast skalpela imać się łopaty, to też pękały im serca z żalu. Jestem nawet przekonany, że gdy ich dawny kolega popełnił samobójstwo, to czuli ulgę i po cichu myśleli sobie, że gdyby znaleźli się na jego miejscu, to również woleliby raczej sznur.

      Rozumiem ich doskonale. Nie wiem, kim byłbym, jak zbudowałbym swój własny obraz, poczucie własnej wartości, gdybym zrządzeniem losu nagle nie mógł już być pisarzem. Kiedy miałem dwadzieścia lat, mogłem malować przystanki lub spędzać długie godziny z młotem, spawarką migomag i szlifierką kątową w ręku, w dymie i brudzie, bo całe życie było przede mną, ale dziś, dwie dekady później...?

      Rozumiem więc, co musieli czuć panowie chirurdzy na widok zdeklasowanego kolegi. Sam, wspominając tę historię, czuję mniej więcej to, co oni.

      Zastanawiam się jednak, co musiał na widok powieszonego na ciepłowniczej rurze pana doktora poczuć palacz z tej kotłowni.

      Co musiał poczuć palacz, kiedy zrozumiał, że pan doktor wolał raczej samobójczą śmierć niż los, który dla palacza jest codziennością? Co poczułaby kasjerka lub kasjer z supermarketu, nad której losem nie rozpaczam, gdy pakuję do koszyka zakupy, skoro pani kasjerka nie recytuje mi wtedy Owidiusza po łacinie? Co poczułaby, gdybym opowiedział jej ze smutkiem, że słyszałem o pracującym na kasie doktorze historii i bardzom nad jego losem ubolewał?

      Dlaczego, aby zasłużyć na nasze współczucie, osoby wykonujące najcięższe, niedarzone społecznym szacunkiem zawody muszą najpierw doświadczyć społecznej deklasacji? Pan chirurg po wylewie zapewne nie miał szansy powrócić na salę operacyjną, ale przecież doktor historii ze Lwowa o wiele łatwiej może supermarketową kasę opuścić i znaleźć sobie pracę lepiej płatną i cieszącą się większym szacunkiem niż jego koleżanka czy kolega z kasy obok, którzy nie posiadają jego społecznego, kulturowego i intelektualnego kapitału.

      Dlaczego więc nie krwawi mi serce, kiedy kod paskowy na drogiej whisky skanuje mi ktoś, kto raczej nie może sobie na nią pozwolić i nigdy nie mógł, i – jak wskazują wszystkie znaki na społecznym niebie i ziemi – nigdy nie będzie mógł?

      Dlaczego los kasjera albo palacza w kotłowni wydaje nam się najstraszniejszym z piekieł dopiero wtedy, kiedy doświadcza go ten, kto zaznał wcześniej lepszego życia albo w naszym mniemaniu przynajmniej na to lepsze życie zasługuje?

      Dlaczego innym, którzy za kasą lub przy kotle spędzą życie całe, ten los wydaje nam się słusznie i sprawiedliwie przeznaczony?

      Dlaczego w moim liceum dwadzieścia pięć lat temu straszono mnie, wagarowicza, że jeśli nie będę się uczył, to wyląduję w zawodówce obok? Co zresztą nie okazało się prawdą, bo chociaż po tych napomnieniach wcale nie stałem się pilniejszym uczniem, to jednak w zawodówce nie wylądowałem, wylądowałem za to na humanistycznych studiach, które ukończywszy w roku 2003, na własnej skórze przekonałem się, co oznacza rozpoczynać życie zawodowe przy bezrobociu na poziomie dwudziestu procent. Jednak nawet wtedy mnie, młodemu nędzarzowi, wydawało się, że gdybym wcześniej nie daj Boże w końcu z tego liceum za wagarowanie wyleciał i trafił był do tej nieszczęsnej zawodówki, to oznaczałoby to dla mnie los najgorszy z możliwych, gorszy chyba nawet od wojska.

      Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

      Wiadomo, dlaczego. Dlatego, że żyjemy w społecznym uniwersum ufundowanym na niezłomnej, nawet jeśli nie zawsze uświadomionej, wierze w to, iż ludzie zasługują na swój los.

      Nawet jeśli dzieci lekarzy zostają lekarzami, dzieci prawników prawnikami, zaś dzieci kasjerek i palaczy kasjerkami i palaczami, to i tak wydaje nam się, że zasługują, i tak wolimy wierzyć, że wszyscy mieli na starcie równe szanse. Jeśli więc syn prawnika zostanie palaczem, to szlochać będziemy nad jego strasznym losem, jeśli zaś córka kasjerki pozostanie również kasjerką, to nie raczymy jej nawet przy tej kasie zauważyć.

      Ktoś w końcu musi zeskanować kod paskowy na mojej drogiej whisky.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka