Dodaj do ulubionych

Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i czytać

13.06.21, 20:34

wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27178163,polska-ojczyzna-niemcow-nauczyli-nas-pisac-i-czytac.html#S.W-K.C-B.1-L.1.duzy
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 07:22
      Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli nas pisać i czytać. Ofiarowali łacinę i chrześcijaństwo
      Andrzej Romanowski

      Nikomu tyle nie zawdzięczamy, co Niemcom. Dzięki nim weszliśmy do Europy, i to co najmniej dwukrotnie: ponad tysiąc lat temu i całkiem niedawno. Polskie dzieje trzeba ująć w niemiecką - i europejską - klamrę.

      Breslau, Oppeln, Gleiwitz, Waldenburg, Glatz, Hirschberg, Grünberg in Schlesien, Landsberg, Stettin, Stolp, Kolberg, Osterode, Lyck, Lötzen, Angerburg… Czyli: Wrocław, Opole, Gliwice, Wałbrzych, Kłodzko, Jelenia Góra, Zielona Góra, Gorzów Wielkopolski, Szczecin, Słupsk, Kołobrzeg, Ostróda, Ełk, Giżycko, Węgorzewo… Oto Ziemie Zachodnie i Północne: prawie 40 proc. obecnej Polski. „Ziemie Odzyskane". Jeszcze 75 lat były niemieckie.

      Można sięgnąć głębiej. Posen, Gnesen, Kesselberg, Danzig… Oburzymy się: przecież to na pewno tereny polskie! A Poznań i Gniezno to kolebka polskiej państwowości! To prawda, ale Posen/Poznań to także miasto Paula Hindenburga, Kesselberg/Jarocin - miasto śpiewaczki Elisabeth Schwarzkopf, a Danzig/Gdańsk – miasto Arthura Schopenhauera i Günthera Grassa.

      A oto polski rozbiór Prus – tak XIX-wieczna historiografia niemiecka pisała o pokoju toruńskim. W 1466 r. w skład Polski weszły miasta założone przez Zakon Krzyżacki, m.in. stolica Marienburg (Gród Marii, bezdusznie przekształcony na Malbork), czy Frauenburg (Gród [Naszej] Pani, Castrum Dominae Nostrae, bezdusznie przekształcony na Frombork). Takich przekształceń dokonali Polacy – ponoć „jedyni obrońcy Maryi"… Reszta Prus, z Królewcem (Königsberg, Królewska Góra, nazwany tak na cześć króla czeskiego Przemysła Ottokara II), stała się polskim lennem.

      O ile jednak Gdańsk, a także osada, w miejsce której Krzyżacy założyli Toruń (Thorn), wchodziły niegdyś w skład Polski Piastowskiej, to Warmię Krzyżacy zdobyli na pogańskich Prusach. W każdym razie zarówno Prusy Królewskie, jak i Prusy Książęce - były już w XV w. niemieckie. Udział w r. 1772 Prus w I rozbiorze Polski byłby więc rewanżem za rozbiór państwa zakonnego sprzed 300 lat.

      Wyjście z kolein
      Gorszymy się? Tylko w historiografii nacjonalistycznej wszystko jest proste i czarno-białe. Dzieje ludzkie są skomplikowane, a historyk musi spoglądać z różnych punktów widzenia. Nie powinien jednak wydawać ocen moralnych – ma tylko poznać, zrozumieć i zinterpretować źródła. Ale nawet gdy nie jest się historykiem, trzeba umieć wyjść z utrwalonych kolein.

      Jakie to koleiny? W stosunkach polsko-niemieckich jest ich więcej niż gdziekolwiek. Termin Drang nach Osten (parcie na wschód) funkcjonuje jako określenie niemieckiego imperializmu, choć odnosił się do średniowiecznej niemieckiej kolonizacji, której Polska (jak też inne kraje) była nie ofiarą, lecz beneficjentem. Warto jednak zwrócić uwagę, że Niemcy widzą też XX-wieczny polski (i słowiański) Drang nach Westen (parcie na zachód). Bo choć w trakcie I wojny światowej armia niemiecka dotarła aż do Kijowa, to przecież szybko musiała się wycofać, i to tak daleko, że rządy polskie, po 150 latach, wróciły do Wielkopolski i Pomorza wschodniego, nawet do skrawka Górnego Śląska, który do Rzeczypospolitej przedrozbiorowej nie należał. Podczas II wojny światowej, Niemcy doszli do Stalingradu, jednak po przegranej musieli się wycofać jeszcze dalej, Polacy zaś dostali nie tylko cały już Oberschlesien (Śląsk Górny), ale i Niederschlesien (Śląsk Dolny), a także Pommern (Pomorze) i Ostpreussen (Prusy Wschodnie).

      Jak każdy naród, jesteśmy gośćmi na swej ziemi. Dzisiejsza Polska, była w przeszłości zasiedlana przez różne ludy: plemiona kultury łużyckiej (jedno z nich zbudowało w VIII w. p.n.e. gród w Biskupinie), Celtów, germańskich Gotów, Gepidów, Rugiów, Wandalów, Burgundów… Prof. Wojciech Lipoński przypomina w "Dziejach kultury europejskiej" staroangielski poemat "Widsith", którego anonimowy autor pisze o „Gotach wiślańskich", broniących Wisły przed Hunami. Dopiero w VI w., a może i później, przybyli tu Słowianie. Czyżby więc słowiański Drang nach Westen legł u początków naszych pradziejów? Wszystko jest niejasne i wszystko względne. Po tych dawnych ludach, pozostała nazwa: Wisła. W XX w. Szalom Asz powie: "Do mnie Wisła mówi po żydowsku".

      Jak mówi Wisła?
      Nie mamy pokory ani wobec przeszłości, ani wobec innych. Wszystko mierzymy polską miarą. Jakbyśmy wciąż krzyczeli: "nam się po prostu należało!" Przyjmijmy więc, choćby jedynie w tym artykule, postawę… przekory. Dla równowagi. Przyjmijmy ją wobec prymitywnego antygermanizmu dzisiejszych władców Polski, wobec karykatur Angeli Merkel w mundurze SS i krzyków Andrzeja Dudy, że „Niemcy chcą nam wybierać prezydenta". Polską przeszłość trzeba otworzyć kluczem niemieckim.

      Ale czy tylko dla równowagi? Przyczyna leży głębiej i jest do bólu merytoryczna. Nikomu tyle nie zawdzięczamy, co Niemcom! To oni nauczyli nas pisać i czytać. To oni ofiarowali nam swój język: łacinę, bo w X-XI w., gdy Polska się chrzciła, pisali niemal wyłącznie po łacinie – czasy państwa Franków, gdy tworzyli także w języku staro-wysoko-niemieckim, odeszły w przeszłość. Nauczycielami słowiańskich Polaków byli także słowiańscy Czesi, ale (wbrew wciąż rozpowszechnionym mitom) Polska nie przyjęła chrześcijaństwa z Czech, które nie miały jeszcze wtedy biskupstwa (pojawiło się w Pradze w r. 973), były też one (od r. 929, a ostatecznie od r. 950) lennem Cesarstwa. Absurdem jest też teza, że Mieszko przyjął chrzest z Czech, by nie przyjmować go z Niemiec! Bez względu na to, gdzie do niego doszło (w Magdeburgu? Kwedlinburgu?) chrześcijaństwo przywędrowało do nas zapewne z niemieckiej Ratyzbony, bo tu było najbliższe biskupstwo. Już w r. 845 do Ratyzbony, na dwór króla Franków Ludwika Niemca, udało się – prosząc o chrzest - 14 książąt czeskich. Czy 120 lat później podążył ich śladem nasz Mieszko?

      Średniowiecze nie znało pojęcia etniczności. Mówiąc o wyprawach na polskie ziemie niemieckich margrabiów, królów i cesarzy, trzeba pamiętać o tym, że wejście Polski do Europy dokonało się przez Niemcy. Że Mieszko I był nazywany "przyjacielem cesarza" ("amicus imperatoris"). Że ożenił się z czeską Dobrawą, a potem z niemiecką Odą. Że wspólnie z rycerstwem niemieckim wojował w latach 985 i 986 ze słowiańskimi Wieletami. W walce z poganami decydowała solidarność chrześcijańska, a nie etniczna.

      CDN...
      • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 07:24
        Z kolei książę Bolesław Chrobry, również wyprawiający się w r. 995 z Niemcami na pogan, ożenił syna, Mieszka (późniejszego Mieszka II), z Rychezą, wnuczką cesarza Ottona II, siostrzenicą Ottona III. To więc dzięki Niemcom polska rodzina książęca, potem królewska, weszła na salony Europy, w krąg elity christianitatis. Na każdym poziomie – kultury materialnej, promowanej przez Rychezę, i kultury duchowej, szerzonej przez niemieckich duchownych – Niemcy były naszym nauczycielem i przewodnikiem. Niestety, czasem wbrew nam samym.

        Spoglądając na polskie dzieje z lotu ptaka, można zobaczyć, jak co kilkaset lat pojawia się w Polsce jakiś kolejny PiS i – pod różnymi maskami i hasłami – niszczy naszą europejskość. Można współczuć ciężkiej doli poddanych Chrobrego, ponoszących koszty jego imperialistycznej polityki, jednak dokonujące się w czasach Mieszka II i Kazimierza Karola (Odnowiciela) reakcja pogańska, a potem bunt możnych – to przecież właśnie ówczesny polski sprzeciw wobec Europy: wybór własnej tradycji, własnego barbarzyństwa, manifestacja ówczesnego konserwatyzmu. Musiało to doprowadzić do chaosu, zaniku władzy centralnej i rozpadu państwa. I znów ratują nas Niemcy! Królowa Rycheza, do końca życia używająca tytułu "królowa Polski" ("Regina Poloniae"), cesarz Konrad II, przydzielający wracającemu do kraju jej synowi, Kazimierzowi Karolowi, 500 rycerzy…

        Przykład z XI stulecia nie jest wyjątkiem. W XX w. Niemcy i Austriacy wydali akt 5 listopada 1916 r., który stał się początkiem II Rzeczypospolitej (choć formalnie proklamował królestwo). Pocałunek pokoju w Krzyżowej (Kreisau) na Śląsku w r. 1989, premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla, legł u początku III Rzeczypospolitej. Zaraz po nim przyszła idea trójkąta weimarskiego, łączącego Polskę z Niemcami i Francją, a więc włączająca ją – jak w czasach Ottona III - w dziedzictwo cywilizacyjne Karola Wielkiego. Od tego momentu Niemcy wciągały Polskę do wspólnot europejskich i NATO. Miały w tym interes – po doświadczeniach wojennych nie chciały być wschodnią flanką Paktu. Rzecz w tym jednak, że interesy Polski i Niemiec nader często bywały zbieżne.

        Korzyści z germanizacji
        Polskie dzieje trzeba ująć w niemiecką - i europejską - klamrę. Od drugiej połowy XI w. język niemiecki stał się ponownie językiem pisma. Akurat wtedy nad Renem i Wezerą nastąpił przyrost demograficzny i Niemcy zachodni w poszukiwaniu nowych siedzib zasiedlali tereny Niemiec wschodnich, w tym dopiero co podbite i wyludnione, obszary słowiańskie między Łabą a Odrą. Dotychczasowa ekspansja niemiecka na tych terenach była polityczna i polegała na (z reguły krwawym) szerzeniu chrześcijaństwa, lecz teraz rozpoczął się prawdziwy Drang nach Osten. Koloniści z Saksonii, Turyngii i Bawarii przynosili z sobą w mowie i piśmie różne dialekty języka niemieckiego. Przemieszczali się szybko na wschód i już u schyłku XI w. przekroczyli Odrę.

        Panujący na Śląsku Bolesław Wysoki, a po nim jego syn, Henryk Brodaty, ściągali do swego państwa rzemieślników i kupców. Już w r. 1211, w miejsce osady niemieckich górników wydobywających złoto, powstało – na wzór prawa z Magdeburga - miasto Goldberg, dzisiejsza Złotoryja. W r. 1217 pojawił się Löwenberg in Schlesien, dzisiejszy Lwówek Śląski. Na prawie flamandzkim lokowali niemieccy przybysze Neumarkt in Schlesien, dzisiejszą Środę Śląską, ale w r. 1235 prawo to zostało tu zastąpione tzw. prawem średzkim - odmianą prawa magdeburskiego, uzyskaną w wyniku "pouczenia", otrzymanego z miasta Halle. Bolesław Wysoki i Henryk Brodaty, a więc wnuk i prawnuk Bolesława Krzywoustego, rozpoczęli więc dzieło germanizacji Śląska, tak dobrze niebawem widoczne na wrocławskim dworze Henryka Prawego, gdzie zagościł język środkowo-górno-niemiecki. Ostatni dziedzic dynastii, zmarły w 1675 r. Jerzy Wilhelm, książę Brzegu, Legnicy i Wołowa, podpisywał się jako Georg Wilhelm von Brieg, Liegnitz und Wohlau... Może warto zachować ostrożność, zanim zaczniemy sławić Polskę Piastów?

        Po najeździe mongolskim z r. 1241, który pozostawił zgliszcza, a syna Henryka Brodatego, Henryka Pobożnego, pozbawił pod Legnicą życia, niemiecka kolonizacja stała się dla Śląska jedynym ratunkiem. Już w r. 1242 lokowano na prawie magdeburskim Wrocław – Wrotizlę. Widownią tego postępu cywilizacyjnego stała się również Małopolska.
        Na wezwanie księcia krakowsko-sandomierskiego, Bolesława Wstydliwego, trzech Ślązaków - Gedko zwany Stilvoyt, Jakub z Nysy i Dytmar zwany Wolk - wytyczyło w r. 1257 na obrzeżach wawelskiego podgrodzia rynek i biegnące od niego prostopadle ulice. W jakim języku mówili – tego nie wiemy, wiadomo jednak, że po przyjęciu prawa magdeburskiego Kraków w krótkim czasie zaczął mówić i pisać po niemiecku. Germanizacja? Tak jak na Śląsku? Ano niewątpliwie. Bez niej jednak nie byłoby Krakowa - imponującego rynku, po tylu wiekach pozostającego centrum miasta. Nie byłoby krakowskiej kultury, bo dzięki temu, że średniowieczny Kraków był de facto miastem niemieckim, mógł czerpać z cywilizacji niemieckiej, a za jej pośrednictwem - z europejskiej.

        Skąd się wziął Łańcut?
        Nie przypadkowo w XV w. rada miejska zamówiła ołtarz do kościoła Mariackiego u rzeźbiarza z Norymbergi, nazwiskiem Veit Stoss (Wit Stwosz). Nie przypadkowo zjechali wtedy do Krakowa Kasper Straube, Kasper Hochfeder, Johann Haller, Florian Ungler, czy Hieronim Wietor, zaszczepiający tu znajomość niemieckiego wynalazku – druku. Gdy zaś wcześniej, w XIV w., król Kazimierz Wielki toczył wojnę o Ruś, wraz z jego wojskami napływali na Wschód niemieccy koloniści. Polska, forpoczta cywilizacji łacińskiej i niemieckiej, szczepiła ją teraz w kręgu kultury o korzeniu bizantyńskim. W r. 1356, na prawie magdeburskim, lokowano Lwów.

        CDN...
        • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 07:25
          Dziedziczymy to wszystko – choć o tym nie wiemy. Nie mamy pojęcia, że taka choćby nazwa Grybów nie pochodzi od grzyba, lecz od Grünberg (Zielona Góra!) – miasta założonego na prawie magdeburskim przez osadników niemieckich ze Śląska. Że Nowy Sącz – Neu Sandez – lokował w r. 1292 król Czech Wacław II natychmiast po zajęciu Małopolski, rękami mieszczan niemieckich. Pierwszym sołtysem Nowego Targu (pierwotnie Neu Markt) był niejaki Günter. Łańcut na Rusi (pierwotnie Landshut) założyli w r. 1349 przybysze z miasta o tej nazwie w Bawarii. Wokół tego miasta powstały niemieckie wsie - Helwigau (Helwigeshow, obecnie Albigowa), czy Markhof (obecnie Markowa). W Albigowej język niemiecki zachował się do pierwszej połowy XVIII w., a w Markowej pozostały niemieckie nazwiska typu Bytnar, Szpunar, Szpytma, Ulma (pamiętamy rodzinę Ulmów, która w czasie niemieckiej okupacji oddała życie za ukrywanie Żydów), czy Teichmann (pamiętamy PRL-owskiego ministra kultury, Józefa Tejchmę).

          Polski język nasycił się słowami niemieckimi, zwłaszcza odnoszącymi się do miasta, jak burmistrz, gmina, sołtys, wójt, ratusz, rynek, plac, jarmark. Ale też takimi, jak taniec, czy szlachta. I takimi jak pojęcia ogólne: szacunek, odwaga, los. Obok łaciny żaden język nie odcisnął się na polszczyźnie tak głęboko. Czy mamy świadomość, że oba te języki przynieśli do Polski Niemcy?

          Korzystna polonizacja
          Średniowiecze nie znało pojęcia etniczności, ale my je znamy – chwilami aż za dobrze. Jako Polak czuję się nieswojo widząc, że setki Niemców obecnych w kulturze staropolskiej milcząco spolonizowaliśmy. Pamiętamy: uczta u Wierzynka. Ale jej gospodarz wcale się tak nie nazywał – tylko Nikolaus Wirsing. Pamiętamy: Mateusz z Krakowa, organizator w r. 1400 Akademii Krakowskiej. Ale ten słynny w Europie łaciński teolog był profesorem uniwersytetów w Pradze i Heidelbergu, biskupem Wormacji i niedoszłym kardynałem, a jego językiem był niemiecki. Bo jeżeli ktoś był wtedy "z Krakowa" – to był Niemcem, człowiekiem języka niemieckiego. Tak się działo co najmniej do początku XVI w. - dopiero w r. 1537 przestano w kościele Mariackim głosić niemieckie kazania.

          Nie jest jasne, dlaczego Johanna Baseina, który w r. 1454 poddał Prusy Kazimierzowi Jagiellończykowi, przechrzczono na Jana Bażyńskiego. Albo czemu o ludziach z XV-XVI w., takich jak Jan z Głogowa, Wawrzyniec Korwin, czy Andreas Schoneus, mówimy "Ślązacy", nie dodając, że byli Ślązakami języka niemieckiego, a ich nazwiska rodowe brzmiały: Schelling, Rabe i Schön. XVI-wieczny poeta Paweł z Krosna nazywał się Procler i na dzisiejsze kryteria był przedstawicielem mniejszości niemieckiej na Podkarpaciu. Ci ludzie, piszący po łacinie, funkcjonują w polskiej historii i literaturze jako Polacy – słusznie, bo byli poddanymi króla Polski, ale zarazem niesłusznie, skoro bierzemy w nawias ich niemieckość.

          W Koronie Królestwa Polskiego niemieckość była czymś, co można by nazwać „barwą polskości". Gdy po wojnie trzynastoletniej część ziem Zakonu Krzyżackiego weszła w skład Polski, niemiecka kultura i język nie mogły zaniknąć. Tutejsze miasta od XIII w. także były lokowane na prawie niemieckim: zrazu na magdeburskim, od r. 1233 na chełmińskim (z Chełmna), a częściowo na lubeckim (z Lubeki). Johann von Höfen, łaciński poeta i polski dyplomata, był równocześnie Polakiem i Niemcem (lepiej byłoby rzec: Polakiem i Prusakiem), a jako że pochodził z Gdańska podpisywał się Dantiscus - Dantyszek. Polakiem i Prusakiem w jednej osobie był też Mikołaj Kopernik - miał korzenie śląskie i krakowskie, czyli w obu przypadkach niemieckie. Zawsze był jednak lojalnym poddanym polskiego króla – tak jak na przełomie lat 1520 i 1521, gdy przygotowywał warmiński Olsztyn (Allenstein) do obrony przed Krzyżakami. Również on pisał wyłącznie po łacinie.

          Ale żyli też w Polsce Niemcy tworzący po niemiecku, np. wybitny poeta niemieckiego baroku, Martin Opitz. Urodzony na Śląsku, w Bunzlau nad Bobrem (czyli w Bolesławcu), u schyłku życia został sekretarzem i historiografem Władysława IV i tworzył niemieckie panegiryki na cześć polskiego monarchy. Ukazywana w książkach prof. Edmunda Kotarskiego poezja okolicznościowa XVII-wiecznego Gdańska też powstawała w języku niemieckim, czasem po łacinie, a wyjątkowo po polsku; ona również obfitowała w panegiryki ku czci władców Polski, zwłaszcza Jana III Sobieskiego. Wiersze nie tylko niemieckie, lecz też łacińskie i polskie, tworzono także w XVII-wiecznym Królewcu: pisał je m. in. Christoph Kaldenbach.

          Mieszczanin gdański, Abraham Höwelcke (Hewelke), uznał, że jego syn, Johann, powinien poznać język polski, dlatego wysłał go na nauki do Grudziądza. W XVII w. Johann, piszący po łacinie, znany więc pod zlatynizowanym mianem Jan Heweliusz, stanie się jednym z najsławniejszych astronomów europejskich: badaczem Księżyca, odkrywcą dziewięciu komet i siedmiu gwiazdozbiorów (jeden nich nazwał Scutum Sobiescii – Tarcza Sobieskiego). U schyłku tego stulecia inny gdańszczanin, kupiec Wincenty Lengnich, również wysłał syna Gottfrieda, by nauczył się polskiego, tym razem do Gniewa. Już w XVIII w. Gottfried Lengnich opublikuje łacińską pracę "Historia Polona" oraz niemiecką syntezę "Geschichte der preussischen Lande". Po polsku nie będzie pisał, natomiast w latach 1718-19 będzie wydawać w Gdańsku niemieckie czasopismo "Polnische Bibliothek".

          To Polska właśnie

          CDN...
          • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 07:27
            Ku czemu Polska szła? – by przywołać tytuł książki Artura Górskiego sprzed stu lat. Ten kraj przed wiekami przyciągnął tysiące Niemców, i to wyznania nie katolickiego. Księstwo Pruskie, od r. 1525 pierwsze w państwo luterańskie, stało się nim z woli polskiego katolickiego króla. A wcielony wcześniej do Korony Gdańsk stał się jej najwierniejszym miastem. Gdy w czasie "potopu" niemal cała Polska poddała się Szwedom, broniły się skutecznie dwa ośrodki: na południu katolicka Jasna Góra, na północy protestancki i niemiecki Gdańsk. Jeszcze po podpisaniu w r. 1793 drugiego rozbioru Gdańsk przez cztery tygodnie nie wpuszczał w swe mury Prusaków. Dla tutejszej rodziny Schopenhauerów przyszłość pod rządami pruskimi była na tyle zniechęcająca, że wyprowadziła się do Hamburga. Arthur Schopenhauer miał wtedy pięć lat.

            Niemcy łacińskojęzyczni i niemieckojęzyczni... Ale byli też polskojęzyczni: spolonizowani, lub wręcz Polacy pochodzenia niemieckiego. Zwłaszcza w Wielkopolsce i Małopolsce (bo o dzisiejszym Śląsku, z nową ludnością, trudno tu mówić) w każdym bodaj Polaku płynie choćby kropla niemieckiej krwi. Tak jak w gen. Józefie Bemie, bohaterze Polski i Węgier, potomku siodlarza ze śląskiej Świdnicy (Schweidnitz). Jak w Józefie Dietlu, pierwszym prezydencie autonomicznego Krakowa, synu austriackiego urzędnika, ale gorącym polskim patriocie. Jak może w Janie Bytnarze "Rudym", bohaterze walki okupacyjnej Warszawy z Niemcami, wywodzącym się zapewne z kolonistów niemieckich, osiadłych kiedyś na pograniczu polsko-ruskim.

            W Toruniu, w luterańskiej rodzinie niemieckich mieszczan, urodził się w r. 1771 Samuel Gottlieb Linde; w r. 1803 osiadł w Warszawie, drugie imię zmienił na Bogumił i podjął pracę nad "Słownikiem języka polskiego" – dziele nieprześcignionym, aż do drugiej połowy XX w. U Oskara Kolberga i Karola Estreichera niemiecka pracowitość połączona z miłością do Polski dała znać w ich dziełach monumentalnych, uzupełnianych i opracowywanych do dziś: w "Ludzie" Kolberga i "Bibliografii polskiej" Estreichera. Synem spolonizowanego Niemca z Warmii, Franza Pohla, był polski poeta romantyczny, Wincenty Pol – piewca kontuszowej szlachetczyzny. A ze skrawka dawnego państwa Kawalerów Mieczowych, z tzw. Inflant Polskich, co najmniej dwa nazwiska funkcjonują jako symbol patriotyzmu: Plater i Rejtan. Spolonizowani Niemcy stawali się często bardziej polscy niż Polacy. Świadectwem Władysław Ludwik Anczyc, twórca dramatu "Kościuszko pod Racławicami", wywodzący się z osiadłej w Polsce na początku XVIII w. szlacheckiej rodziny saskiej von Anschütz, czy też Artur Oppman (Or-Ot), autor wiersza "Za kroplę mojej niemieckiej krwi", pochodzący z rodziny mieszczańskiej, przybyłej z Turyngii. W naszych czasach świadectwem podobnej postawy może być Jarosław Marek Rymkiewicz, urodzony jeszcze jako Szulc.

            Przed 20 laty, w serii "A to Polska właśnie" Wydawnictwa Dolnośląskiego, ukazała się książeczka prof. Marka Zybury "Niemcy w Polsce". Trudno o bardziej lapidarne powiązanie polskości z niemieckością. Zjawisko "Polska" bez stałej komponenty niemieckiej jest w istocie nie do wyobrażenia.

            Fatalizm bliskości
            Stosunkom polsko-niemieckim poświęcił Stanisław Stomma pracę "Fatalizm wrogości". Sparafrazuję ten termin na "fatalizm bliskości". Żyliśmy spokojnie obok siebie – ludzie języka polskiego i niemieckiego – ale tylko do czasu kontrreformacji.

            W okresie "potopu", w r.1656, Stefan Czarniecki wezwał do zabijania "Żydów i lutrów" (czyli Żydów i Niemców). I antyszwedzki partyzant Krzysztof Żegocki dokonał wiosną tego roku rzezi "lutrów" w Wieluniu (gdzie 1 września 1939, Niemcy rozpoczną wojnę z Polską).
            Potem doszło do kolejnych przypadków gwałtów i aktów nietolerancji, stopniowo odpychających od Polski wszystkich nie-katolików: luterańskich Niemców, prawosławnych Rusinów, polskich arian… W 1724 r. po antykatolickim tumulcie ścięto w Toruniu dziesięciu rajców, w tym burmistrza, 66-letniego Johanna Gottfrieda Rösnera. Egzekucje te wstrząsnęły Europą. Od tego momentu sprawę "dysydentów i dyzunitów" zaczęły rozgrywać Prusy i Rosja. Przekształcanie wieloreligijnej Rzeczypospolitej w państwo jednolite wyznaniowo musiało zakończyć się jej rozpadem – i nie był to pierwszy, ani ostatni raz, gdy polski katolicyzm znalazł się w kolizji z polską racją stanu.

            Na szczęście, "porządna niedbałość nasza", zauważana już przez Mikołaja Reja (to też nazwisko niemieckie!), urodzonego z Herburtówny (to też rodzina dawniej niemiecka!)… broniła nas przed krańcowością fanatyzmu. Bo także po sprawie toruńskiej napływali do Polski "lutrowie", zwłaszcza z Saksonii, z którą już od r. 1697 Rzeczpospolita była w unii personalnej. Jeden z takich przybyszów (rodem jednak z Wirtembergii), Lorenz Mitzler de Koloff, osiadł w r. 1749 w Warszawie i wydawał tu czasopisma po niemiecku ("Warschauer Bibliothek"), łacinie ("Acta Litteraria") i po polsku ("Nowe Wiadomości Ekonomiczne i Uczone"). A unia polsko-saska zostawiła po sobie na tyle dobrą pamięć, że Konstytucja 3 Maja oddawała polski tron Fryderykowi Augustowi III, wnukowi króla Augusta III. A po rozbiorach ten władca, już jako król saski Fryderyk August I, stał się w r. 1807 głową Księstwa Warszawskiego.

            Pogrobowcem polsko-saskiej wspólnoty stał się zaś niemiecki pisarz o polskim nazwisku (z ojca Polaka), Aleksander Bronikowski. Jego dorobek, powstający w Dreźnie w latach 20. i 30. XIX w., zawiera powieści historyczne, traktujące w znacznej mierze o Polsce: "Der Mäusethurm am Goplo-See" ("Mysia wieża na jeziorze Gopło"), "Kazimierz der Grosse" ("Kazimierz Wielki"), "Polen im XVII Jh. oder Johannes der Dritte Sobieski und sein Hof" ("Polska w XVII wieku, czyli Jan III Sobieski i dwór jego")…

            CDN...
            • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 07:28
              Bibliografia literatury polskiej "Nowy Korbut" wymienia Bronikowskiego jako pisarza polskiego. Już wcześniej był takim "polskim" pisarzem Simon Dach, witający przybyłego w r. 1635 do Królewca władcę Polski, Władysława IV, niemiecką sztuką "Cleomedes". To był też w jakimś sensie przypadek innego luteranina, Johanna Sebastiana Bacha, kantora lipskiego oraz kapelmistrza króla Polski, Augusta III, komponującego dla niego największe może swe dzieło – katolicką "Mszę h-moll". Z kolei w Dreźnie po upadku powstania listopadowego schronił się Adam Mickiewicz - stworzył tu swój "arcydramat": "Dziadów część trzecią" (tzw. Dziady drezdeńskie). A w obliczu powstania styczniowego osiadł w tym mieście na długie lata Józef Ignacy Kraszewski, przeżywający tam rozkwit twórczości.

              W latach 30. XIX w., w różnych krajach niemieckich, w tym w Austrii i Szwajcarii, pojawiły się wiersze na cześć Polski, tzw. Polenlieder. Żaden inny naród nie wyraził wtedy równie gorącej solidarności z Polakami. Jeden z twórców tej poezji, Julius Mosses, Saksończyk pochodzenia żydowskiego (później zmienił nazwisko na Mosen), napisał utwór "Die letzten Zehn vom Vierten Regiment", jedną z najsłynniejszych polskich pieśni patriotycznych: "Tysiąc walecznych". Młody Richard Wagner tak zaś wspominał powstanie listopadowe: "Zwycięstwa, jakie Polacy odnieśli w krótkim czasie w maju, doprowadziły mnie do stanu podziwu i ekstazy: zdawało mi się, że przez jakiś cud świat został na nowo stworzony. Natomiast wrażenie wywołane wiadomością o walce pod Ostrołęką było takie, jakby świat przepadł ponownie." W latach 1832-36 Wagner - piewca tradycji germańskich - skomponował uwerturę "Polonia", opartą na motywach "Mazurka 3 Maja" i "Mazurka Dąbrowskiego".

              Nasze winy

              Gdy na dzieje polsko-niemieckie spoglądamy z perspektywy tysiąclecia, konflikty zbrojne, zabory i germanizacja, nawet ludobójcza III Rzesza, schodzą na plan dalszy, stają się okrutnymi epizodami. W dawnej Rzeczypospolitej jedyną spokojną granicą była granica zachodnia, w czasach zaborów na niemieckich uniwersytetach kształciły się setki młodych Polaków, a Mekką polskich malarzy było Monachium. A cóż mówić o przemyśle Łodzi, tworzonym od r. 1823, z poparciem władz Królestwa Polskiego, niemieckimi zwłaszcza rękami.

              Lecz nawet, gdy wspominamy germanizację, nie pamiętamy na ogół o polskich winach. Rzadko zdajemy sobie sprawę z położenia mniejszości niemieckiej w II Rzeczypospolitej. Nie bez powodu w latach 1919-26 opuściło Polskę około miliona Niemców – połowa stanu osobowego tej społeczności na tym terenie. Warto przywołać incydent szkolny z 1925 r. w Janowie na Górnym Śląsku. Podczas uroczystości ku czci Bolesława Chrobrego kierownik szkoły dostrzegł 11-letniego ucznia, Niemca nazwiskiem Maletzki, który podczas śpiewania „Roty" nie zachowywał należytej powagi.

              Wywołał go na środek, popchnął i kopnął, po czym kazał uklęknąć i słuchać pieśni z prawą ręką wzniesioną do przysięgi. Niemieckie dziecko słuchało, jak jego koledzy ryczą: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił!".
              Sprawa uzyskała rozgłos międzynarodowy, a gdy po trzech latach zakończyło się dochodzenie i werdykt okazał się przychylny dla mniejszości niemieckiej, w całej Polsce zorganizowano kilkadziesiąt wieców protestacyjnych. Wtedy też – po raz kolejny - wstaliśmy z kolan.

              Nie trzeba jednak dużej wyobraźni, by ucznia Maletzkiego ujrzeć w roku 1939. Miałby wtedy 25 lat.

              Koniec historii
              W drugiej połowie stycznia 1945 r. Marion Gräffin Dönhoff opuściła na zawsze rodzinny pałac w Friedrichstein k. Königsbergu. Niebawem linia frontu odcięła ją od domowej ojczyzny. Hrabianka, zaangażowana w zamach na Hitlera, od dawna nie miała złudzeń: rezultatem wojny będzie likwidacja Prus Wschodnich. Dobiegały ją wieści o poczynaniach Armii Czerwonej: ludzie ukrzyżowani na drzwiach domów, zgwałcone dziewczynki… Oto – myślała – jesteśmy wzięci w dwa skrzydła: od północy w Ostpreussen, od południa w Siebenbürgen - Siedmiogrodzie. Koniec 700-letniej niemieckiej historii na Wschodzie. Koniec Drang nach Osten.

              W tym samym czasie niemieckie władze zarządziły ewakuację Festung Breslau (twierdza Wrocław). Miasto upadnie dopiero 6 maja, cztery dni po kapitulacji Berlina - ostatnia twierdza III Rzeszy. „Z dawnych mieszkańców pozostała jedynie resztka uchodźców, jeńców i inwalidów – napisze prof. Norman Davies – Choć dokładne dane nigdy nie będą znane, jest prawdopodobne, że ofiary wśród niemieckich żołnierzy przekroczyły 60 proc. stanu i wyniosły 6 tys. zabitych oraz 23 tys. rannych. Szacuje się, że w mieście zginęło od 10 do 80 tys. cywilów, w tym 3 tys. na skutek samobójstw." Wtedy już było wiadomo: wszystkie te tereny – Ost Preussen, Pommern, Ober Schlesien i Nieder Schlesien – ma przejąć Polska.

              Ale Polska tego nie chciała. Uznawała, że po wojnie należy jej się rekompensata, jednak miała być ona ograniczona do Gdańska, Prus Wschodnich i Śląska Opolskiego, nie powinna sięgać zbyt daleko. Powtarzała się sytuacja z rokowań z Rosją Sowiecką w 1921 r., gdy bolszewicy chcieli dać Polakom białoruski Mińsk, ci uznawali, że będąc na tych terenach mniejszością, nie mogą sobie na to pozwolić.

              Premier rządu RP na uchodźstwie, Tomasz Arciszewski, zadeklarował 17 grudnia 1944: "Nie chcemy jednak rozszerzenia naszej granicy na zachód tak, by wchłonęła 8 do 10 mln Niemców. […] Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina".
              Tę deklarację wypominano mu do końca życia. Jednak Arciszewski, stary socjalista, naprawdę nie mógł sobie wyobrazić, by 8-10 mln Niemców można było po prostu usunąć.

              Ale wyobrażał to sobie jego poprzednik Stanisław Mikołajczyk. Jego rząd przyjął był 27 września 1944 "Tezy w sprawie wysiedlenia Niemców z Polski". Czytamy w nich: "Doświadczenia z «piątą kolumną» i metody okupacyjne stosowane przez Niemców w tej wojnie, czynią współżycie ludności polskiej i niemieckiej na obszarze jednego państwa niemożliwym. […] Niemcy, którzy po wojnie sami nie opuszczą terenów Polski, powinni być z nich usunięci. Dotyczy to w równej mierze obszarów państwa polskiego z 1939 r., jak i ziem, których wcielenia do Polski domagamy się w wyniku obecnej wojny."

              Prześniona zbrodnia

              CDN...
              • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 12:57
                Ostatecznie zadecydowała konferencja w Jałcie; uznano wtedy, że "konieczne będzie przesiedlenie do Niemiec – w całości lub w części – ludności niemieckiej pozostającej w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech". Ale dodawano: "Wszystkie przesiedlenia należy przeprowadzić w sposób zorganizowany i humanitarny." Lecz mimo tych okoliczności od polskiej odpowiedzialności nie sposób się uchylić. Po pierwsze dlatego, że wypędzenie Niemców było pomysłem polskim, choć nie wyłącznie polskim. Była to jedyna płaszczyzna, na której spotykała się "Polska londyńska" z "Polską lubelską". Po drugie i najważniejsze: wypędzenie zostało dokonane polskimi rękami.

                A ręce te nie chciały wysiedleń "w części": chodziło o usunięcie Niemców "w całości". A więc (zgodnie z deklaracją rządu "londyńskiego") także tych z Polski centralnej. I nawet tych, którzy w czasie okupacji zachowali wobec Polski lojalność - Mikołajczyk jako wicepremier rządu "lubelskiego" podkreślał to bardzo gorliwie. Nawet przedwojenny minister, Eugeniusz Kwiatkowski, wołał w październiku 1945: "Nie ma miejsca w Polsce ani dla jednego Niemca!" Ani dla jednego. Ustalenia jałtańskie Polacy twórczo udoskonalili.

                Z punktu widzenia polskiej racji stanu wypędzenie Niemców było koniecznością. Amputowanie połowy przedwojennej Polski przez Związek Radziecki skazywało Polaków na wegetację w miniaturowym państewku. Mówiąc cynicznie: Niemcy mogli poradzić sobie bez tych 20 proc. swego terytorium, Polska bez poniemieckiego łupu – około 100 tys. km kw., prawie 40 proc. obszaru państwa – nie miała racji bytu. Z kolei życie z rzeszą niemieckich wrogów w kraju byłoby niemożliwe, groziłoby rozpadem państwa – tu deklaracja rządu "londyńskiego" była trafna.

                Zawsze pozostaje jednak problem moralny: wszak program wypędzenia został skopiowany z ideologii hitlerowskiej – tym razem to Polska potrzebowała Lebensraumu…
                No i wypędzaniu towarzyszyła kradzież: czego Niemcy nie wywieźli, a potem nie zrabowała Armia Czerwona, stało się łupem polskiego szabru. Oraz dokonało się przy udziale kłamstwa. Wszak przez sześć stuleci Polska pretensji do ziem teraz "odzyskanych" nie zgłaszała.

                Zemsta ofiar

                I zapomniano o sprawie najważniejszej: o Polsce jako ojczyźnie Niemców. Lub może pamiętano – i właśnie dlatego postanowiono zemścić się za zdradę? Za "piątą kolumnę", za Volkslistę i Reichslistę? Ale – poza ewidentnymi zbrodniarzami – nie zważano tu na wymiar sprawiedliwości. Trwały samosądy. W Nieszawie zamordowano i utopiono w Wiśle 38 Niemców (mężczyzn, kobiet i dzieci), w Aleksandrowie Kujawskim zabito około stu. Dla Niemców powstały obozy koncentracyjne. W Świętochłowicach (Schwientochlowitz) utworzono w styczniu 1945 r. obóz Zgoda: do jego zamknięcia w listopadzie tego roku zginęło tu 2500 Niemców. W Łambinowicach (Lamsdorf) w powiecie nyskim spośród 5 tys. uwięzionych Niemców zginęło około 1500. W Potulicach (gmina Nakło) działał w latach 1945-1950 Centralny Obóz Pracy; zmarło w nim 3100 Niemców. Czy zatem słusznie oburzamy się słysząc termin "polskie obozy"? Czy rozumiemy, co on także może oznaczać? Helga Hirsch napisze po latach: "zemsta ofiar".

                Nigdy z wypędzeniem Niemców się nie zmierzyliśmy. W czasach Michaiła Murawjowa–"Wieszatiela" stracono za udział w powstaniu styczniowym – w wyniku wyroku sądowego – 128 Polaków, a 972 skazano na katorgę. W polskich obozach i miejscach odosobnienia zginęło po ostatniej wojnie – bez wyroku sądowego - kilkanaście tysięcy Niemców.

                Rosjanie (i duchowni prawosławni) po powstaniu styczniowym zmieniali kościoły katolickie na cerkwie, a po wojnie Polacy (i duchowni katoliccy) przerabiali świątynie luterańskie na katolickie.

                Przejściowy zakaz używania na popowstaniowej Litwie języka polskiego zyskał odpowiednik w znacznie dłużej obowiązującym zakazie używania na powojennym Górnym Śląsku niemieckiego.
                Natomiast dekret Krajowej Rady Narodowej z 13 września 1946 "o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego osób narodowości niemieckiej" nie ma analogii z czasami Murawjowa – jedynie z najokrutniejszym okresem terroru Stalina (choć w trakcie jego opracowywania szczególnie bezwzględny okazał się Mikołajczyk). Na mocy tego postanowienia osoby wykazujące w czasie wojny "niemiecką odrębność narodową", zostały pozbawione polskiego obywatelstwa i straciły prawo do ubezpieczenia oraz podlegały przymusowemu wysiedleniu wraz z przepadkiem mienia.

                Ostatecznie usunięto z Polski 3,5 mln Niemców (Murawjow usunął z Litwy 7 tys. Polaków). Pozostała garstka – głownie autochtoni, o niejasnej narodowej tożsamości. Ale i oni, w wyniku nacjonalistycznych poczynań polskich władz, coraz częściej wybierali niemieckość. Lub powracali do niemieckości. W 1972 r. znajoma relacjonowała swój przyjazd do Bolesławca. "Tam są Niemcy! – mówiła ze zgrozą – a miało ich nie być!"

                Dziedzictwo
                Tak, miało ich nie być, choć przecież tyle pozostawili na tych terenach. Na przykład dwa słynne uniwersytety: w Królewcu (wcielonym do Rosji i już w r. 1946 przemianowanym na Kaliningrad) założoną w 1544 r. luterańską Albertinę - w r. 1560 zrównaną w prawach z Akademią Krakowską przez króla Zygmunta Augusta, a w XVIII w. rozsławioną przez geniusz Immanuela Kanta; a we Wrocławiu założoną w r. 1702 jezuicką Akademię Leopoldinę, w r. 1816 przemianowaną na Königliche Universität zu Breslau.

                W Prusach Wschodnich pozostawili Mohrungen (Morąg), miasto XVIII-wiecznego filozofa Johanna Gottfrieda Herdera i XX-wiecznego pisarza, Ernsta Wiecherta, a także Rastenburg (Kętrzyn), miasto dramaturga Arno Holza. Natomiast na Pomorzu - Wartzin (Warcino), kiedyś ulubioną posiadłość Ottona von Bismarcka (jego synowa, Sybille, tuż przed nadejściem Armii Czerwonej popełniła tu samobójstwo). Na Śląsku pozostawili Breslau, będące (przypomina Norman Davies) kolebką nowożytnego niemieckiego patriotyzmu.

                To przecież tutaj, w r. 1813, w trakcie wojny z Napoleonem, narodziły się narodowe barwy niemieckie, czarno-czerwono-złote (pierwotnie jako kolor Freikorps Ludwiga von Lützow); tutaj też król Fryderyk Wilhelm III ustanowił najsłynniejsze pruskie odznaczenie wojskowe – Żelazny Krzyż.
                Profesor Königliche Universität zu Breslau, August Heinrich Hoffman von Fauersleben, napisze w r. 1841 pieśń „Deutschland, Deutschland, über alles" - późniejszy niemiecki hymn narodowy.

                CDN...
                • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 14.06.21, 12:59
                  Śląsk - kraj tysiąca poetów. Nie tylko wspomnianego już Martina Opitza, lecz także Angelusa Silesiusa z Wrocławia (o korzeniach krakowskich) i Jakuba Boehme z Görlitz, Andreasa Gryphiusa z Głogowa oraz Friedrich von Logau spod Niemczy (Nimptsch), radcy książąt piastowskich w Brzegu i Legnicy. A również Johanna Christiana Günthera ze Świdnicy, Strzegomia (Striegau) i Kamiennej Góry (Landeshut), czy wreszcie słynnego romantyka, Josepha von Eichendorffa, urodzonego w Lubowitz (Lubowice) k. Raciborza (Ratibor).

                  W 1945 r. żył jeszcze na Śląsku noblista Gerhart Hauptmann, mieszkający latami w Schreiberhau (Szklarska Poręba), a od r. 1901 w Agnetendorf k. Jeleniej Góry. Większość jego twórczości jest związana z tym właśnie zakątkiem, u stóp Gór Olbrzymich (Riesengebirge), którym w r. 1946 nadano spolonizowaną nazwę czeską: Karkonosze. Te strony były scenerią dramatów Hauptmanna, napisanych częściowo w niemieckim dialekcie śląskim. Hauptmann zmarł w Agnetendorf, przemianowanym już wtedy na Agnieszków, w przededniu przymusowej ewakuacji. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Czy jestem jeszcze w swoim domu?" Wkrótce potem przemianowano Agnieszków na Jagniątków.

                  Polski brak empatii. Polskie powierzchowne chrześcijaństwo – jakże często potęgowane przez nacjonalistycznych duchownych… Chrześcijaństwo wykazali po wojnie jako pierwsi Niemcy. Nieustannie pomagając swym braciom z NRD, zaczęli pomagać również tym, którzy panowali w Ost Preussen, Pommern i Schlesien. Był w tym zapewne, przynajmniej z początku, zamysł polityczny: próba oswojenia wroga. Bez wątpienia wychodził też on na przeciw oczekiwaniom niemieckich ziomkostw. Tak czy inaczej był to zamysł błogosławiony - któryż to raz wciągający Polskę do Europy.

                  Niemcy bardziej niż ktokolwiek lansowali w tym czasie w świecie polską literaturę: Lema, Leca, Różewicza, Herberta… Hermann Buddensieg wydawał w Heidelbergu przez 20 lat (1956-76) periodyk "Mickiewicz Blätter". Karl Dedecius, Niemiec z Łodzi, prowadził w Darmstadt przez 19 lat (1980-1999) Deutsches Polen–Institut. Po naszej stronie mamy "Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich" z r. 1965; w Niemczech zostało ono przyjęte chłodno, w Polsce z oburzeniem.

                  Wspólnota
                  Byłem beneficjentem niemieckiej otwartości. W stanie wojennym i później, w czasie najgłębszego kryzysu gospodarczego lat 80., odbierałem od Niemców paczki żywnościowe. Docierały one wtedy do Polski z różnych krajów Zachodu, ale z Republiki Federalnej Niemiec zawsze najwięcej. Była ta akcja po niemiecku pedantycznie zorganizowana. Jakby tymi paczkami, na przekór tragicznej historii, pisali znów Niemcy nowe "Polenlieder".

                  Może dopiero wtedy pojawiła się w Polsce refleksja o podobnych losach. Bo przecież wszyscy opuściliśmy swój wschód. I my i oni musieliśmy się pogodzić z końcem swej pracy cywilizacyjnej: my – sześćsetlecia, oni - siedemsetlecia. "U nas na wschodzie" – mówili Niemcy z Ost Preussen, tak jak my mówiliśmy o Kresach Wschodnich. Z tychże Prus wspomina Hans Helmut Kirst (rodem z Ostródy) wpływ kuchni polskiej i polskiego biesiadowania, a także stałe bombardowanie języka niemieckiego polszczyzną z Mazur i zza pobliskiej polskiej granicy. Bohaterowie gliwickiej tetralogii niemieckiego Ślązaka, Horsta Bienka, mają Śląsk polski tuż za granicą, na wyciągnięcie ręki, i czasem nawet mówią po polsku, wplatając tekst polski w tekst niemiecki i skarżąc się słowami "muj Bosche" (mój Boże). Czytając te utwory, olśniło nas w latach 90. poczucie bliskości z Niemcami. Tłumaczono więc kolejne dzieła niemieckich "kresowców": Hauptmanna i Grassa, Kirsta i Bienka, Siegfrieda Lenza z Ełku. Tworzono też polskie utwory - w rodzaju niezapomnianego "Hanemanna" Stefana Chwina. Propagowano związki kulturowe polsko-niemieckie – celowała w tym, założona w r. 1990 w Olsztynie, Wspólnota Kulturowa "Borussia, która wydawała kwartalnik pod tym tytułem, redagowany przez Kazimierza Brakonieckiego, potem przez Roberta Trabę. Powstało szereg prac naukowych traktujących zarówno o wiekowych polsko-niemieckich związkach kulturowych, jak i o wypędzeniu i o polskich obozach dla Niemców.

                  A jednak ludzie, którzy w Polsce działali w tym kierunku, znaleźli się na marginesie. Ani literatura piękna, ani prace naukowe nie przebiły się do świadomości powszechnej. W 2015 r. Polska raz jeszcze wstała z kolan. Po 26 latach kwartalnik "Borussia" przestał wychodzić. I dziś znowu większość nas uważa, że wszelkie winy leżą tylko po niemieckiej stronie. I nie dziwi się, że zawsze, na każdym szczeblu i na każdym forum, słyszy niemieckie "przepraszam". I chce to "przepraszam" słyszeć zawsze, bo zawsze jej tego mało. Bo takie "przepraszam" uspokaja jej – nasze - katolickie sumienie.

                  Czytam w Wikipedii, że w Nieszawie wzniesiono pomnik ku pamięci pomordowanych tam Niemców. Napis na nim głosi: "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Czy ktoś się zastanowił nad sensem – w tym miejscu! - tych słów?

                  Wypędzając z Polski Niemców, wypędziliśmy z niej również samych siebie. A zacierając niegdyś niemieckie ślady, próbując zrobić Polaka z Wita Stwosza, a o Koperniku deklamując, że "polskie wydało go plemię", dokonywaliśmy w istocie wykorzeniania z własnej tradycji. Gdy w latach 80. Bienek pierwszy raz po wojnie odwiedził Gliwice, przekonał się, że młode pokolenie nie ma pojęcia, że 40 lat wcześniej "tu wszystko było niemieckie". Krakowianie też sobie nie uświadamiają, że setki lat temu dzisiejsza ulica św. Anny nosiła nazwę Judengasse… Może więc już tylko na krakowskich cmentarzach możemy oglądać groby ze stosunkowo niedawnego czasu galicyjskiego, a na nich niezrozumiałe napisy. Bo znamy już tylko język angielski.

                  Siedemnaście lat po wojnie Marion Gräffin Dönhoff napisała: "Gdy myślę o lasach i jeziorach Prus Wschodnich, o rozległych łąkach i szerokich traktach, to jestem pewna, że są tak samo niepowtarzalnie piękne, jak kiedyś, kiedy były moją Ojczyzną. Być może jest to najwyższy stopień miłości – kochać, ale nie posiadać." Polak, samotny w swej ojczyźnie, ma może prawo i to wyznanie sparafrazować. Bo podobnym, najwyższym stopniem miłości, może być też "wyzbycie się wyłączności posiadania". Pokora wobec tych, którzy żyli tu przed nami. I z nami.

                  Prof. dr. hab. Andrzej Romanowski – polonista, literaturoznawca. Pracuje na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. W 2019 r. ukazała się jego książka "Antykomunizm czyli upadek Polski", Kraków 2019; niebawem nakładem wydawnictwa Universitas ukaże się kolejna: "Pamięć gromadzi prochy. Szkice historyczne i osobiste".

                  wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27178163,polska-ojczyzna-niemcow-nauczyli-nas-pisac-i-czytac.html#S.W-K.C-B.1-L.1.duzy
    • diabollo Re: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli pisać i cz 16.06.21, 08:12
      Kilka dni temu Andrzej Romanowski (profesor językoznawstwa związany z UJ) napisał dla Gazety Wyborczej artykuł o bardzo "clickbajtowym" tytule - Polska, ojczyzna Niemców. W internecie zawrzało, na głowę profesora posypały się gromy i wyklinania od czci i wiary. Ale chyba mało kto przeczytał i przeanalizował ten tekst.
      Zawiera on trochę bzdur, trochę prawdy i całą masę truizmów. Bo oczywistością jest, że dwa kraje sąsiadujące ze sobą będą na siebie wzajemnie oddziaływały. Będzie dochodziło do migracji ludności, będzie dochodziło do konfliktów (zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych), będą wpływać na swoje języki i kulturę. Polska i Niemcy nie są tu żadnym wyjątkiem. Równie wiele przejęliśmy od Czechów (sporo terminologii liturgicznej przyszło do nas z łaciny właśnie za czeskim pośrednictwem) czy od wschodu.
      Zupełnie niezrozumiałe jest natomiast oburzenie autora na to że Polacy po przejęciu jakiegoś terenu polonizowali lub zupełnie zmieniali nazwy miast i osad. Przecież to też jest w historii działanie absolutnie zwyczajne.
      Trochę dziwi że profesor, człowiek bez wątpienia oczytany, czasem zdaje się gubić z oczu fakt, że świadomość narodowa taka jaką znamy współcześnie jest tworem stosunkowo nowym. Przez stulecia język jakim mówiono w domu był sprawą drugorzędną. Kopernik prawdopodobnie polskiego wcale nie znał, ale czy to oznacza że nie można go nazwać Polakiem? Nie. Bo był wiernym poddanym króla polskiego. I nie raz tę wierność udowodnił.
      Gdzieniegdzie pan profesor niestety "odleciał". Tak jak we fragmencie - Spoglądając na polskie dzieje z lotu ptaka, można zobaczyć, jak co kilkaset lat pojawia się w Polsce jakiś kolejny PiS i – pod różnymi maskami i hasłami – niszczy naszą europejskość. Można współczuć ciężkiej doli poddanych Chrobrego, ponoszących koszty jego imperialistycznej polityki, jednak dokonujące się w czasach Mieszka II i Kazimierza Karola (Odnowiciela) reakcja pogańska, a potem bunt możnych – to przecież właśnie ówczesny polski sprzeciw wobec Europy: wybór własnej tradycji, własnego barbarzyństwa, manifestacja ówczesnego konserwatyzmu. Musiało to doprowadzić do chaosu, zaniku władzy centralnej i rozpadu państwa. - Bardzo nie lubię mieszania do historii współczesnej polityki. W zasadzie nigdy nie prowadzi to do żadnych rozsądnych wniosków a zawsze zakrawa o bzdurę. Czy faktycznie reakcja pogańska była jakowymś buntem konserwatystów przeciwko postępowi? Nie. Bo reakcja pogańska była pogańską w zasadzie tylko z nazwy. W rzeczywistości były to zwyczajne rozruchy spowodowane fatalną polityką fiskalną Mieszka. Odziedziczył on po ojcu ogromny kraj i złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami. Utrzymanie tych zdobyczy kosztowało niemało. A ponieważ Mieszko nie prowadził polityki nastawionej na ekspansję to nie mógł łatać nadwątlonego budżetu wpływami z łupów. Jak więc utrzymać wojsko? To wymagało nakładania na poddanych coraz to nowych obciążeń podatkowych. Oczywiście, budziło to sprzeciw. Najpierw cichy, ale z czasem czara goryczy została przelana i poddani chwycili za broń. I co równie oczywiste - za cel obrali przedstawicieli elit. Także duchowieństwo, bo to oni byli wówczas podporą administracji jako ludzie którzy potrafili czytać i pisać. Ot, cała filozofia.
      Generalnie cały artykuł jest głęboki jak sadzawka po sierpniowych upałach. I raczej nie ma szans zapisać się w annałach polskiego dziennikarstwa. Raczej dość szybko zostanie zapomniany i tylko od czasu do czasu będzie się pojawiał jako kuriozum.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka