Dodaj do ulubionych

Albo demokracja, albo wolność myśli...

27.06.21, 09:52
Jacek Dukaj: W wirtualnych wspólnotach rysują się zaczątki nowych monarchii


Nasi XXI-wieczni cenzorzy nie mogą odpowiadać przed prawem wspólnoty, którą sami tworzą i kultywują. Cenzor rzeczywistości nie stoi ponad prawem; raczej - przed prawem - pisze Jacek Dukaj w eseju dla "Wolnej Soboty"

Jacek Dukaj - pisarz, który przesuwa granice literatury s.f., czyniąc z niej wziernik w jutro. Znakomita większość jego przewidywań już się ziściła lub właśnie się ziszcza. Wydał (nakładem Wydawnictwa Literackiego) m.in. „Inne pieśni", „Perfekcyjną niedoskonałość", „Lód", „Starość aksolotla". Laureat m.in. Nagrody Kościelskich, Europejskiej Nagrody Literackiej, nominowany do Nike.

Albo demokracja, albo wolność myśli.

To nie prowokacja. To nie próżny eksperyment myślowy. Opisuję tu naszą rzeczywistość. I jeśli wyostrzam stanowiska i trendy, to tylko dla lepszego uświadomienia nowego sensu starych pojęć.

Czym bowiem jest wolność myśli i wolność słowa? Czym jest cenzura? Czym jest demokracja? Dzisiaj, na początku trzeciej dekady XXI wieku.

Posługujemy się tymi terminami, bezwiednie przenosząc znaczenia właściwe dla nich w XX wieku. Lecz świat się zmienił i te same słowa – gdy nieprzemyślane na nowo – bardziej zakrywają, niż odsłaniają jego naturę.

Poniższy tekst jest próbą zaktualizowania narzędzi myślowych. Oduczenia odruchowych skojarzeń i oswojenia z realiami i normami, które dotąd wzbranialiśmy się nazywać wprost.

Reguły gry
Jak przesunęły się sensy „wolności myśli", „cenzury", „demokracji"?
Dla zrozumienia przyczyn i kierunku tej ewolucji kluczowe są trzy procesy:

1. Duża i szybko się zwiększająca część naszych doświadczeń (informacji, przeżyć, wrażeń) pochodzi z przestrzeni cyfrowej.

Przestrzeń cyfrowa nie odzwierciedla przestrzeni fizycznej. Nie ma koniecznego związku między położeniem w przestrzeni fizycznej i doświadczeniami czerpanymi z mediów cyfrowych.

A to bytowanie w przestrzeni fizycznej konstytuowało tradycyjną wspólnotę polityczną.

2. Wiedza o konstrukcji psychicznej poszczególnych obywateli oraz o zachowaniach grupowych dziś już pozwala na skuteczne ich modelowanie, na wpływanie na nie i manipulowanie nimi.

Ten wpływ nie jest jeszcze zupełny, lecz jest wystarczający, aby dawać mierzalne skutki. Tak w jednostkowych wyborach konsumenckich (dlatego reklama i PR się opłacają), jak w wyborach politycznych.

Siła i zakres wpływu rosną wraz ze wzrostem udziału doświadczeń zapośredniczonych (pochodzących z przestrzeni cyfrowej) oraz wraz z doskonaleniem metod rejestracji i analizy naszych zachowań. Podczas gdy nie rośnie nasza odporność na nie.

3. Nie da się obronić społeczeństwa przed zewnętrznym wpływem i taką właśnie manipulacją jego wyborami, nie nakładając filtra na doświadczenia kształtujące wiedzę i poglądy członków społeczeństwa. Na informacje, przeżycia, twory kultury, kontakty międzyludzkie – które to kontakty także są zapośredniczone, także przechodzą przez media cyfrowe.

Ten filtr to – tak czy inaczej nazywana, tak czy inaczej oficjalnie uzasadniana – kontrola myśli.

Następujący wniosek nasuwa się nieuchronnie: Jeśli państwo chce zachować samosterowność, a ostatecznie – niepodległość, musi się zabezpieczyć przez „wrogim przejęciem" umysłów podmiotów demokracji (czyli wyborców) w powyższy sposób.

Albo więc zakładamy filtr na wszystko, co wchodzi do umysłów obywateli, aby obronić się przed sterowaniem nimi z zewnątrz – albo porzucamy mechanizmy demokratyczne. Zastępując je takimi, które nie byłyby podatne na atak i przejęcie kontroli nad polityką państwa poprzez manipulację treściami przeżyć osób odpowiedzialnych za polityczne wybory. Czyli poprzez manipulację tradycyjnie rozumianym demosem.

Albo chcemy mieć wolność myśli (a może i wolność słowa), albo chcemy mieć wewnątrzsterowne państwo z demokratycznymi wyborami.

Nie można mieć obu jednocześnie.

Współczesna demokracja bez podmiotowości
Ostatnie wybory prezydenckie w USA pokazały, iż na krótką metę możliwe jest rozwiązanie pośrednie. Gdy imperia Big Techu w sojuszu ze starymi mediami zachowują wystarczającą kontrolę nad głosującymi obywatelami USA, a zarazem interesy Big Techu pozostają zbieżne z interesami USA jako globalnego gracza ekonomicznego i politycznego.

Czyni to państwo wewnątrzsterownym i w tradycyjnym sensie niepodległym. Ośrodki manipulacji, czyli kontroli demosu, leżą bowiem nadal wewnątrz, a nie na zewnątrz państwa. I właściwie tylko USA mogą jeszcze stosować takie rozwiązanie, jako że akurat tam mają siedzibę zachodnie imperia Cyfry.

Plusem tego modelu jest możliwość zachowania przez pewien czas rytuałów i etosu demokracji.

Minusem – postępujące poczucie utraty legitymizacji władzy. Przegrani w takich wyborach – które formalnie spełniają wszystkie wymogi procedury demokratycznej – mają poczucie oszukania i wyrzucenia z legalnej „gry o władzę". Nie mogą wszakże tego oszustwa dowieść ani nawet wyrazić pretensji w języku wciąż podtrzymywanego paradygmatu demokratycznego.

Przecież większość tak zagłosowała! Czyż nie ich własne ręce wrzuciły kartki do urn? Czyż to nie „wola ludu"?

Wrażenie jest bardzo podobne do wrażenia „pustki konsumpcyjnej", dobrze zdiagnozowanego po dekadach stosowania analogicznych technik warunkowania i wpływu w społeczeństwach konsumpcyjnych. Ty sam przecież nakupiłeś te wszystkie zbytki i błyskotki! Sam wydałeś swoje pieniądze na gadżety i ciuchy, które w tej krótkiej chwili dokonywania zakupu wydawały ci się niezbędne i warte każdej złotówki. Więc o co i do kogo masz pretensje?

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Albo demokracja, albo wolność myśli... 27.06.21, 09:54
      Powtórzę: filtracja obrazu rzeczywistości w głowach obywateli i, przez to, kontrola ich procesów myślowych są konieczne, jeśli władza państwowa chce się legitymizować demokratycznymi wyborami, a zarazem realizować interesy tej głosującej wspólnoty, a nie interesy zewnętrzne, zadawane obywatelom przez obce ośrodki, poprzez manipulację ich obrazami rzeczywistości.

      Już dzisiaj takie manipulacje stanowią otwarcie deklarowane elementy wojny hybrydowej, toczonej m.in. przez Rosję. W gronach ekspertów od bezpieczeństwa państwa od lat dyskutuje się o tej fundamentalnej asymetrii: Chiny i Rosja mają przewagę nad Zachodem właśnie dlatego, że nie są otwarte i demokratyczne (strukturalnie lub poprzez kontrolę medialną własnego społeczeństwa). Nawet gdyby Zachód chciał, nie ma jak wpłynąć na rezultat wyborów w Chinach, bo nie ma tam takich wyborów.

      Przez pewien czas argumentowano jeszcze, że siłą Zachodu jest sama kultura. Owo symboliczne Hollywood. Czyż w Chinach nie ogląda się „Króla Lwa" i „Avengersów"? Czyż Silicon Valley nie rządzi życiem i czuciem w globalnym internecie?

      Otóż już nie; już Chiny i kolejne państwa nakładają filtry (cenzurę) na te przepływy czysto kulturowe. Bardzo skrupulatnie i inteligentnie selekcjonując treści kultury dla swoich obywateli. A także budując odrębny, niepodległy kulturowo i infrastrukturalnie internet.

      Niedemokratyczna legitymizacja władzy
      Rezygnacja z demokracji dla zachowania wolności myśli wcale nie musi oznaczać triumfu lewicowego czy prawicowego totalitaryzmu. „Jeśli nie demokracja, to faszyzm" – to fałszywa alternatywa.

      Istnieje wiele stabilnych modeli legitymizacji władzy. A jeszcze więcej ich wyłania się dopiero wraz z pojawianiem się nowych możliwości technologicznych i nowej świadomości społecznej.

      Można legitymizować władzę efektywnością. Do tego aspirowała Unia Europejska, jako ponadpaństwowa nadbudowa technokracji. Skutecznie rozwija ten model np. Singapur. Jest on naturalny dla wszelkich struktur wojskowych i biznesowych i coraz naturalniejszy w etosie oświeceniowym. Zaskakująco wielu członków rządzących elit uważa go już za jedyne sensowne rozwiązanie wobec problemów stojących przed nami w XXI wieku: wykraczających poza kompetencje jakichkolwiek władz demokratycznych i poza czteroletnie cykle wyborów. Bo cóż naturalniejszego? Rządzenie to rodzaj technō, toteż muszą zajmować się nim obiektywnie najlepiej doń przygotowani merytokraci.

      Można legitymizować władzę wzrostem dobrobytu społeczeństwa. Tak czynią m.in. Chiny czy Arabia Saudyjska.

      Można – budowaniem inaczej pojmowanej siły narodu, jego potęgi imperialnej, dumy z „wielkości" państwa, siły wspólnoty; nawet – strachu wzbudzanego przez nią u innych. To ścieżką podąża m.in. Putin i długimi okresami naprawdę cieszy się poparciem ogromnej większości Rosjan.

      Można legitymizować władzę tożsamościowo, osobowo. W większości współczesnych hierarchii medialnych władzę daje popularność ujęta w ramy kulturowego trybalizmu. Zyskujesz władzę nad wirtualną wspólnotą, stając się awatarem jej lifestyle’u i aspiracji kulturowych. Są to zaczątki nowych monarchii.

      Można było bowiem przez wieki i tysiąclecia legitymizować władzę siłą symboliczną. W ramach wspólnoty Kościoła katolickiego nadal w ten sposób legitymizowana jest władza papieża i hierarchów.

      Klasyczny argument za wyższością demokracji dotyczył innych jej przewag. Starożytni Grecy uważali, iż jest ona lepsza tylko w tym względzie, że najskuteczniej chroni przed tyranią. Ale pod innymi względami lepsze są ustroje inne. Nowożytni teoretycy władzy ujmują rzecz tak: demokracja ma wbudowany bezpieczny mechanizm sukcesji, podczas gdy w ustrojach autorytarnych zmiana władzy wymaga wewnętrznej wojny i czystki; niszczy państwo.

      Lecz pomiędzy autorytaryzmem i demokracją rozciąga się całe spektrum możliwości.

      Samo prawo, jako główny regulator życia społecznego i egzekucji władzy, stanowi narzędzie do ograniczania demokracji. Łatwiej sobie wyobrazić stabilne niedemokratyczne rządy prawa (bo znamy je z historii) aniżeli szczęśliwe demokratyczne bezprawie.

      Można też być u d z i a ł o w c e m państwa, z prawem lub bez prawa głosu.

      Myślenie w tym kierunku pojawia się już także w środowiskach liberalno-lewicowych, np. u Andrew Yanga, technokratycznego kandydata na kandydata na prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej, a dziś – kandydata na burmistrza Nowego Jorku. Yang reklamował swój pakiet propozycji związanych z Uniwersalnym Dochodem Gwarantowanym jako formę dywidend z racji udziału obywateli w „przedsiębiorstwie Stany Zjednoczone".

      Pakiet kontrolny państwa należy wtedy do największych w nim grup interesów (zawsze do nich należał). Nie podniecasz się głosowaniem co cztery lata na CEO państwa. Twój głos, jako jeden z milionów, nigdy niczego nie przeważył. Ale otrzymujesz konkretne profity z rozwoju państwa; partycypujesz w kosztach i w zyskach i widzisz tę partycypację codziennie w liczbach i wykresach na kolorowej apce w swoim smartfonie; i n w e s t u j e s z w swoje państwo i p o s i a d a s z jego cząstkę.

      A zmiana większości wśród udziałowców nie oznacza wojny przeciwko udziałowcom mniejszościowym.

      Możliwości jest wiele. Nie ma sensu zamykać się w katalogu tych kilku aktualnych przykładów wprost dyktatorskich.

      Jeśli bowiem uznamy wolność myśli za wartość jednak wyższą od procedury wyborów demokratycznych, to m u s i m y znaleźć taką alternatywę.

      Wolność słowa a wolność myśli
      Dlaczego tak starannie odróżniam wolność słowa od wolności myśli?

      Wolność słowa – to wolność skierowana na zewnątrz.

      Wolność myśli – to wolność skierowana do wewnątrz.

      Wolność słowa – to wolność do wyrażania swoich opinii w przestrzeni publicznej i prywatnej (nie da się już jednej od drugiej oddzielić). Wolność nieograniczonej twórczości artystycznej i prezentowania tej twórczości. Wolność prowadzenia dyskusji na dowolne tematy. Wolność zadawania dowolnych pytań. To szeroko pojmowana w o l n o ś ć e k s p r e s j i.

      Wolność myśli – to wolność wyboru i dostępu do treści życia. Do tego, co wchodzi w nas przez zmysły i co stanowi pożywkę dla umysłu, ducha, stanów wewnętrznych, dla formacji osobowości. To w o l n o ś ć i m p r e s j i.

      To swobodny dostęp do treści kultury niepreselekcjonowanych, niesprofilowanych. Niezaprojektowanych tak, aby nas uzależniały, pobudzały, przyciągały kompulsywnie.

      To swoboda kształtowania lifestyle’u. Bez zewnętrznej presji do życia w określony sposób.

      To swoboda posiadania poglądów etycznych, estetycznych, naukowych, politycznych, historycznych – wcale niekoniecznie ujawnianych. Wystarczy, że w ogóle masz prawo do nich dojść, masz prawo pozyskać dane (podstawę) do ich wykształcenia. Masz prawo słuchać i oglądać ich twórców, głosicieli. Nagrania ich słów. Czytać stare książki, w których takie poglądy są zawarte.

      Nie ma co mydlić sobie oczu. Z tak pojmowanej wolności słowa na Zachodzie już zrezygnowaliśmy; a Wschód nigdy serio do niej nie aspirował.

      Nastąpiła zmiana (cultural shift), w wyniku której duża i rosnąca część mieszkańców Zachodu (zwłaszcza z młodszych pokoleń) ponad wolność słowa wyżej ceni sobie teraz inne wartości.

      Nie mamy bowiem do czynienia z absolutami – żadne wartości w realnym życiu nie są absolutne, nawet samo życie ludzkie. Kultury i cywilizacje definiują się poprzez h i e r a r c h i ę w a r t o ś c i. Poprzez to, jak postrzegają wartości w relacji do innych wartości. Jak i wobec jakich sytuacji (warunków życiowych) traktują je jako wyższe lub niższe.

      Język używany do opisu procedur ograniczania wolności słowa i intencje za nimi stojące są rozmaite. Jest to deplatforming, walka z tzw. mową nienawiści, z fake newsami, z rasizmem, ochrona tzw. uczuć religijnych, troska o bezpieczeństwo publiczne, o zdrowie psychiczne i fizyczne obywateli, ba!, troska o demokrację; ale też wprost political correctness. I ogromna większość opowiadających się za ograniczeniami wolności ekspresji ma szczere poczucie czynienia dobra w imię innych – właśnie wyższych – wartości. Albo też w ogóle
      • diabollo Re: Albo demokracja, albo wolność myśli... 27.06.21, 09:56
        Albo też w ogóle nie postrzega już wolności ekspresji jako wartości, wyłącznie jako zagrożenie. W swoim mniemaniu więc nie tylko sygnalizują, ale i praktykują cnotę, gdy walczą z „free speech". („Jesteś za wolnością słowa? A, czyli popierasz Trumpa i white supremacy!").

        Rezultat wszakże jest ten sam: w imię innych wartości zgadzamy się ograniczać sferę wolnej ekspresji.

        Kultury i cywilizacje definiują się poprzez hierarchie wartości, a hierarchie te są płynne – i cywilizacje także zmieniają się w czasie. Nie jest to jednak zmiana jednostajna. Istnieją okresy takiego spowolnienia przemian, iż wydaje się, że cywilizacja osiągnęła swą entelechię: oto oglądamy jej pełnię. Po czym następuje przyśpieszenie, aż ludziom żyjącym w owym okresie zdaje się, iż ich cywilizacja w istocie się kończy, a nadchodzi jakaś nowa, obca (i zazwyczaj – gorsza); tak szybko następują wówczas zmiany.

        Nie wszędzie na Zachodzie uznawaną, lecz stanowiącą powszechny punkt odniesienia granicą wolności słowa, która wyznaczała jej pozycję w hierarchii wartości przez cały XX wiek, była zasada pochodząca z orzeczenia Sądu Najwyższego USA z roku 1919. Znamy ją jako przypowieść o człowieku krzyczącym w zatłoczonym teatrze „Pali się!", podczas gdy nie ma żadnego pożaru. Dopiero ten rodzaj ekspresji, sprowadzający na innych jasne i bezpośrednie fizyczne niebezpieczeństwo, nie miał być chroniony w imię wolności słowa.

        Drugi taki benchmark stanowiło powiedzenie przypisywane Wolterowi, a w istocie autorstwa jego biografki Evelyn Beatrice Hall: „Nie zgadzam się z twoimi słowami, ale będę walczył aż do śmierci o twoje prawo do ich głoszenia".

        Widzimy, jak tymczasem granica się przesunęła. Powyższe zasady brzmią archaicznie; nie przystają już do większości sytuacji praktycznego konfliktu racji i praw. Wolność słowa znajduje się dziś znacznie niżej na drabinie wartości.

        Nowe mapy wartości
        Można wskazać dwa główne przekonania wyznaczające tę jej nową pozycję:

        1. Słowa to czyny.

        Nie ma już różnicy między ekspresją kulturową (tym, co podajemy komuś do ujrzenia, usłyszenia, przeczytania), a aktem fizycznym. Wygłoszenie twierdzenia, które budzi w kimś przykre uczucia, sprawia mu dyskomfort, ból uczuciowy – jest takim samym złem jak uderzenie go i sprawienie bólu fizycznego.

        Uczucia (subiektywne stany ducha) mają status obiektywnych zdarzeń z przestrzeni fizycznej.

        Wypowiedzenie przez ciebie kwestii, z którą się nie zgadzam, stanowi atak na mnie, na moje uczucia, mój stan umysłu, moją tożsamość, i mam prawo się przed nim bronić, fizycznie powstrzymując cię od wypowiedzenia czy opublikowania tych słów.

        2. Ludzie są bezbronni wobec afektu.

        Ludzie nie są podmiotami swoich czynów.

        To zewnętrzny przekaz – słowo, obraz, post na Facebooku, nacisk emocjonalny, wytwarzany nastrój, czyjeś zachowanie triggerujące silną emocję – spowodował dany czyn. Człowiek nie jest jego sprawcą; jest narzędziem sprawcy – którym był autor owych słów, obrazów, nośników emocji.

        Wszyscy staliśmy się nadwrażliwymi nastolatkami – przeczytamy sto pierwszy złośliwy tweet i pójdziemy się powiesić.

        Odpowiedzialność spada zatem na osoby dozwalające i praktykujące tę ekspresję.

        Wolna ekspresja jest zbrodnią.

        Zmieniła się sama świadomość tego, czym jest dyskusja, twórczość artystyczna, jakakolwiek aktywność publiczna. Rozumie się już, iż nie chodzi o wyświetlenie idei, o wspólne poszukiwanie prawdy czy praktycznych rozwiązań określonych problemów, o lepsze opisanie kondycji ludzkiej, o organiczne pragnienie podzielenia się swoimi przeżyciami. Wszystko to są fałszywe usprawiedliwienia. Jest to iluzja utrzymywana, aby tym skuteczniej wpływać na ludzi jej nieświadomych.

        Chodzi bowiem wyłącznie o władzę. O narzucenie innym swoich racji, wartości, punktu widzenia. O nakłonienie ich do decyzji służących moim, a nie ich interesom.

        Wszystko, co słyszą, widzą, odczuwają, wpływa na nich, zmieniając ich dalsze wybory w sposób dający korzyść mnie lub komuś innemu.

        Zawsze tak było – teraz tylko nie jesteśmy już w stanie uciec od tej świadomości, zamknąć oczu na prawdę. Gdy codziennie analizuje się publicznie skuteczność tych i owych środków manipulacji; gdy obsesyjnie dyskutuje się o przesunięciach frontu wojny kulturowej (który celebryta wykonał jaki symboliczny gest i w jakim serialu pokazuje się jaki lifestyle); gdy miliardowe imperia Cyfry rosną na technologiach coraz skuteczniejszego wpływania na ludzkość profilowaniem dostarczanych jej przeżyć.

        „Influencer" – to kategoria militarna. Influencer to najlepszy rodzaj wojownika. W myśl „Sztuki wojny" Sun Tzu: ten, kto sprawia, iż przeciwnik ponosi klęskę bez walki, gdyż z własnej woli działa dla ciebie, a przeciwko samemu sobie.

        Taki jest ów nowy krajobraz wartości. A myślenie i życie wedle tych wag moralnych ma praktyczne konsekwencje.

        Co bowiem, jeśli rzeczywistość jest bardziej skomplikowana? Jeśli, wbrew niezliczonym dziś egzegetom Foucaulta, wolna ekspresja służy i do tego, i do tego?

        Każdą interakcję międzyludzką można wszak zanalizować z wielu punktów widzenia, opisać wieloma językami. W istocie cała kultura człowieka opiera się na różnego rodzaju iluzjach. Takich, których nie jesteśmy świadomi, a także takich, w których uczestniczymy p o m i m o i c h p r z e j r z e n i a.

        Które praktykujemy, poprzez praktykę czyniąc je – w pewien sposób – prawdziwymi.

        Przykładem takiego zaangażowania jest nauka. Czy wszyscy naukowcy mają na celu tylko i wyłącznie poznanie prawdy? Czy nie kierują nimi też ambicje, uprzedzenia, zawiści? Oczywiście, że tak. Lecz czy nowożytna metodologia naukowa nadal będzie użyteczna, gdy naukowcy przestaną móc traktować naukę jako idealistyczne dążenie ku prawdzie? Gdy zgodzą się, że to też jest pole wojny kulturowej i że przyjęcie takich lub innych teorii stanowi wyłącznie gest polityczny?

        A ten proces zaszedł już w naukach humanistycznych i wkracza z impetem do nauk ścisłych.

        Może jeszcze lepszego przykładu dostarcza sztuka i kultura, w szczególności ta przeznaczona do odbioru przez miliony. (Co bynajmniej nie oznacza wyłącznie „kultury masowej", bo na rynku globalnym milion widzów to nie tak wiele).

        Nie da się obwiniać wyłącznie COVID-u za powszechnie odczuwany spadek jakości filmów i seriali w ciągu ostatnich kilku lat. Jakby wyciekła z nich energia, pasja, przekora, odwaga, duch błazeństwa i szaleństwa, rys indywidualnego artyzmu.

        Bardzo trudno dać się porwać Dionizosowi, gdy w każdej decyzji scenariuszowej, obsadowej, reżyserskiej dostrzegasz triumf jednej ideologii i pognębienie drugiej.

        Lecz słusznie można argumentować, iż z punktu widzenia przeciętnego człowieka nauki ścisłe i ich instytucje to nisza. Ograniczenia i kontrola osobistej ekspresji nie muszą być odczuwane przez większość społeczeństwa, o ile uprzednio skutecznie uwarunkowanego do szczerego zainteresowania tylko tym, co mieści się w owym wciąż dopuszczanym zakresie.

        Sądzę, iż tu klamka już zapadła. Nie ma powrotu do dawnej wolności ekspresji, przynajmniej dla tego pokolenia; obróciły się w głowach wektory wartości.

        Teraz zaś spór idzie o cenzurę tego, co w ogóle może wejść do umysłu: o filtr dla twoich myśli.

        Patria
        Z powyższym dylematem – albo demokracja, albo wolność myśli – ściśle wiąże się kwestia d e l o k a l i z a c j i p a t r i o t y z m u.

        Jak myśleć o „ojczyźnie" w świecie, gdzie tak wielką wagę ma to, jak jesteś zorientowany w przestrzeni cyfrowej, oderwanej od przestrzeni fizycznej?

        Cofnąwszy się do źródłosłowów, dostrzeżemy, jak łacińska „patria" („ziemia ojca", „terra patrius") zamienia się znaczeniem z „partią" („częścią", „udziałem", od „portiō").

        Nasza patria – to wyodrębniona konkretnymi cechami (m.in. wciąż w pewnym stopniu granicami geograficznymi) część rzeczywistości, z której pochodzą treści przeżyć kluczowe dla tożsamości jednostki na poziomie wspólnotowym.

        Patriotyzm – to preferencja dla tej konkretnej patrii, z gruntu irracjonalna i emocjonalna, w kontraście do preferencji dla wszystkich innych możliwych wycinków rzeczywistości stanowiących
        • diabollo Re: Albo demokracja, albo wolność myśli... 27.06.21, 09:58
          Patriotyzm – to preferencja dla tej konkretnej patrii, z gruntu irracjonalna i emocjonalna, w kontraście do preferencji dla wszystkich innych możliwych wycinków rzeczywistości stanowiących podstawę identyfikacji wspólnotowych.

          W czasach niezapośredniczonego doświadczenia świata z konieczności budowaliśmy swoją tożsamość wspólnotową przez uczestnictwo w tej samej rzeczywistości fizycznej. XIX-wieczna poezja romantyczna, zapis emocjonalności epoki stanowienia państw narodowych, dobrze pokazuje, jakiego rodzaju treści przeżyć nakręcały patriotyzm.

          „przenoś moją duszę utęsknioną
          Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
          Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
          Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
          Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem"

          Te same pejzaże, te same zapachy, ten sam kolor wody i nieba (zwłaszcza w patriach śródziemnomorza), ta sama melodia języka (zwłaszcza w patriach wydzielonych z imperiów wielonarodowych), ta sama ikonografia i rytuały religii, te same wysłuchiwane od dziecka opowieści o Przeszłości i o Niewidzialnym.

          (USA są pierwszym państwem patriotyzmu nie opartego na wspólnocie imaginarium przeżyć zmysłowych, lecz na wspólnocie idei. Ichnim wieszczem narodowym byłby Walt Whitman, „uzmysławiający" bycie Amerykaninem).

          Dziś, w czasach zapośredniczonego doświadczenia świata – gdy większość tego, co wchodzi nam do głów przez zmysły, pochodzi z mediów – patrię przestaje definiować fizyczne położenie źródeł przeżyć.

          Gdzie leżą na mapie globu światy, w których żyjemy, oglądając seriale Netflixa, HBO, Disneya? Gdzie leży rzeczywistość Facebooka, YouTube’a, Twittera? W którym kraju mówi się owym International English, jakiego słuchasz i jakim się posługujesz przez większość dnia?

          Ale nie można też powiedzieć, że jedna patria została zastąpiona przez inną. Nie istnieje bowiem wspólna dla wszystkich obywateli część owych przeżyć zapośredniczonych.

          Toteż nawet niezależnie od istnienia bądź nieistnienia procedur demokratycznych wyborów, nawet przy całkowicie innej metodzie legitymizacji władzy – ażeby w ogóle mogła istnieć wspólnota, konieczna jest k r e a c j a p a t r i i. Poprzez odpowiednie filtrowanie treści przeżyć obywateli.

          Dawniej robiła to rzeczywistość. Zamieszkując w tym samym kawałku świata, byliśmy w naturalny sposób formowani mentalnie do wystarczającej współtożsamości, by uczucia patriotyczne rozwijały się samoistnie.

          Teraz trzeba sztucznie stwarzać dla nich warunki. Trzeba je indukować. S e l e k c j o n o w a ć d o ś w i a d c z a n ą r z e c z y w i s t o ś ć, a b y m o g ł a z a i s t n i e ć p a t r i a.

          Błogosławiona cenzura
          Wszystko sprowadza się do kwestii, kto dokonuje tej selekcji i w czyim interesie.

          Dziś na Zachodzie robią to algorytmy Big Techu. I robią to w celu maksymalizacji jego zysku. A że im większa polaryzacja, tym większe nasze pobudzenie emocjonalne i tym więcej czasu spędzamy w produktach Big Techu – nic dziwnego, że w niemal każdym zachodnim społeczeństwie powstały dwie zdelokalizowane patrie. Zresztą tę wiedzę o zarządzaniu uwagą i emocjami szybko wykorzystały wszystkie media. A im starsze medium, tym bardziej toporne (bo nieprofilowane indywidualnie) jego metody polaryzacji tożsamościowej.

          Na Wschodzie natomiast robi to państwo.

          I prędzej czy później przed decydentami w Brukseli i w Waszyngtonie stanie konieczność rozstrzygnięcia, którą drogą tu pójść. Do kogo na Zachodzie powinna należeć władza tworzenia patrii.

          Ludziom pamiętającym PRL na hasło „cenzura" otwiera się ciąg ponurych skojarzeń z ulicą Mysią, „Ucieczką z kina Wolność" i czarnymi prostokątami na szpaltach gazet. Tamta cenzura miała na celu uniemożliwienie poznania, zaciemnienie obrazu rzeczywistości, odcięcie od informacji.

          Cenzura XXI wieku, cenzura wspólnototwórcza ma funkcję przeciwną: filtruje rzeczywistość, aby w ogóle była ona dla nas do ogarnięcia. Selekcjonuje informacje, aby umożliwić poznanie. Blokuje treści, aby obronić przed atakiem na nasze umysły.

          Jako że aby w ogóle móc myśleć i dokonywać wyborów, musimy nałożyć sobie jakąś cenzurę. Robimy to codziennie. Tym przecież są nasze profile (i feeds), tym są subskrybowane kanały na YouTubie, sieci znajomych w social mediach, tym są budowane w Big Data modele naszych upodobań i niechęci.

          Już dzisiaj cenzura rzeczywistości jest podstawową potrzebą człowieka. Pod niektórymi względami (opisywanymi tu np. jako wspólnototwórcze) jawi się dobroczynną; pod innymi (jak manipulacje polityczne) – szkodliwą. Ale tak wartościujemy różne cele cenzury, jej doskonalenie bądź perwersję. Ona sama – sam, ten czy inny, filtr – jest koniecznością.

          I fundamentalną kwestią staje się zaufanie do cenzora.

          Mamy tu bowiem do czynienia z radykalną nierównowagą, której żadna edukacja czy pomoce prawne nie zaradzą: nie da się ogarnąć całości rzeczywistości i dokonywać tej cenzury samodzielnie. I nie da się każdorazowo sprawdzać cenzora: czy jego akt wycięcia fragmentu rzeczywistości był zgodny z założeniami, na które się umówiliście. Nierównowaga wynika z ogromu danych (informacji, przeżyć, doświadczeń), jakie musielibyśmy przetrawić, żeby choć na chwilę stanąć na równej pozycji.

          Dlatego klikasz „zgadzam się" na regulamin serwisu czy sklepu internetowego, nawet nie próbując go czytać; nikt ich nie czyta; jest to niemożliwe. Zaufanie się zakłada.

          Ale – zaufanie do kogo? do czego? W co wierzymy, owymi kliknięciami podpisując co chwila wyrok na tę lub tamtą cząstkę duszy?

          Trwoga przed nicością
          Gdy władzę przejmą pokolenia urodzone i wychowane już w świecie doświadczeń zapośredniczonych, taka kontrola obrazu rzeczywistości stanie się nieunikniona we wszystkich wspólnotach państwowych.

          Najważniejszym pytaniem jest więc pytanie o etos i pozycję cenzorów naszej rzeczywistości w strukturze władzy.

          Mamy tu trzy warunki do rozważenia:

          1. Osadzenie cenzorów rzeczywistości w tradycji kulturowej, z której wywodzą się pierwsze pokolenia obywateli patrii.

          Jak fatalne są skutki zignorowania tego warunku, widzimy na co dzień, gdy naszą rzeczywistość cenzurują podwykonawcy kalifornijskich korporacji, i to jeszcze najczęściej outsource’owani po taniości do bardziej egzotycznych krajów. Albo, co gorsza, algorytmy wyhodowane na popkulturze USA.

          Nie trzeba zakładać złych intencji cenzorów, by zauważyć, iż praktyka cenzury zawsze ujawnia preferencje wynikające z doświadczenia lub interesów samego cenzora. Jest to nie do uniknięcia, dopóki cenzorem nie będzie Bóg lub boska AI. Toteż żyjąc w rzeczywistości formatowanej przez amerykańskie imperia Cyfry, uwrażliwiamy się etnicznie na problemy Afroamerykanów, a nie np. Han i Tybetańczyków, Metysów i Indian czy Słowian i Romów.

          Ten warunek jest warunkiem praktycznym, można rzec: technicznym. Z czasem traci na znaczeniu.

          2. Stosunek długofalowych interesów cenzorów rzeczywistości do interesów wspólnoty, którą oni tworzą i kultywują.

          To problem bez oczywistego rozwiązania.

          Z roku na rok władza zarządzania dostępem do rzeczywistości zapośredniczonej (władza kontroli naszych myśli) ma coraz większe znaczenie w relacji do innych władz. W pełnej demokracji medialnej de facto z niej pochodzą władze symboliczna, ustawodawcza i wykonawcza. Obecnie znajdujemy się na etapie powolnego uzyskiwania świadomości przez polityków, iż nie mogą oni oddać władzy ich wybierania w ręce cenzorów. Obojętnie, czy cenzorami będą chińskie sztuczne inteligencje, czy Zuckerberg i Dorsey.

          CDN...
          • diabollo Re: Albo demokracja, albo wolność myśli... 27.06.21, 09:59
            Nawet jednak jeśli wszystko pójdzie po myśli proponentów rozwiązań demokratyzujących cenzurę, doprowadzi nas to co najwyżej do sytuacji, gdy cenzorami są – pośrednio lub bezpośrednio – ci, którzy akurat teraz dzierżą władzę wykonawczą.

            Na końcu tej drogi znajduje się swoiste perpetuum mobile legitymizacji władzy. Tak jak kapitalista marzy o monopolu, tak polityk marzy o samolegitymizacji władzy. Kiedy władza cieszy się poparciem ludu, gdyż sama kontroluje jego percepcję rzeczywistości. Pozbawiając kwestię „demokratyczności" władzy jakiegokolwiek logicznego sensu.

            Z którejkolwiek strony podejść do problemu, wpadamy w błędne koło: nie może istnieć wspólnota bez (naturalnej lub sztucznej) cenzury rzeczywistości doświadczanej przez jej członków – cenzorzy tworzą wspólnotę i tworzą reguły gry o władzę – każda władza pochodzi od cenzorów – tylko władza niepochodząca od cenzorów może kontrolować i swobodnie ustanawiać cenzorów.

            3. Cenzura jako źródło wartości.

            W istocie nasi XXI-wieczni cenzorzy nie mogą odpowiadać przed prawem wspólnoty, którą sami tworzą i kultywują.

            Rozwiązania powyższego problemu nie znajdziemy w prawie ani w metodach jego egzekucji. Sferą, do której należy się tu odwołać, jest sfera religijna.

            Cenzor rzeczywistości nie stoi ponad prawem; raczej – przed prawem.

            Akty tworzenia rzeczywistości są aktami boskimi.

            Mowa tu o dwóch różnych porządkach: o porządku aksjologicznym oraz tym, na którym toczą się gry o władzę wedle reguł wywiedzionych z danych aksjomatów.

            „Człowiek religijny może żyć jedynie w świecie świętym, gdyż tylko taki świat ma udział w bycie, istnieje naprawdę. Ta konieczność religijna wyraża głód ontologiczny. Człowiek religijny łaknie bytu. Trwoga przed chaosem otaczającym jego zewnętrzny świat odpowiada trwodze przed nicością. Nieznana przestrzeń, rozciągająca się poza jego światem, przestrzeń nie »przeistoczona w świat«, bo niepoświęcona, zwykła, bezkształtna rozciągłość, w której nie wytyczono żadnej orientacji, w której nie wyłoniła się żadna struktura – ta świecka przestrzeń dla człowieka religijnego reprezentuje absolutny niebyt. Jeśli przypadkiem zabłąka się tam, czuje się niejako ogołocony ze swej substancji ontycznej, jak gdyby rozpuszczał się w chaosie, i ostatecznie gaśnie".

            Opisywana tu przez Mirceę Eliadego w „Sacrum a profanum" trwoga przed chaosem świata łączy wprost człowieka kultur prymitywnych (nazywanego religijnym) z człowiekiem kultury informacji (nazywanym postreligijnym).

            Aby w ogóle myśleć, aby nie popaść w obłęd lub apatyczny nihilizm, musimy ten chaos i nadmiar filtrować, porządkować i wkładać w ramy zrozumiałej opowieści. Nie jesteśmy w stanie tego robić sami. Ktoś musi dla nas stworzyć ten świat: oddzielić święte (a więc prawdziwe, „nadające prawdziwość") od niskiego i nieczystego (a więc niewartego prawdy).

            Codziennie tak stwarzają nasz świat telewizje informacyjne, serwisy internetowe, sieci społecznościowe, platformy cyfrowej rozrywki. Dostarczane przez nie treści nie mogą „odbijać" ani „zakłamywać" nam realu, gdyż on dopiero z nich powstaje. Fikcja „przeistacza się w świat", gdy nasiąka prawdą bytu.

            I nie da się osądzić prawości lub nieprawości wyboru takich czy innych wartości, wedle których cenzorzy wycięli ze zbioru wszystkich możliwych doświadczeń naszą rzeczywistość. Ta funkcja cenzora i ten jej związek ze wspólnotą wykraczają poza ramy prawa i świeckiej kultury – tak jak je rozumieliśmy w świecie, w którym cenzorem rzeczywistości była wyłącznie natura.

            Coraz trudniej uciec przed świadomością, iż skazani jesteśmy na taki czy inny akt wiary. I to ów akt wiary bezpośrednio odpowiada za kształt naszej rzeczywistości.

            wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27157017,jacek-dukaj-w-wirtualnych-wspolnotach-rysuja-sie-zaczatki.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka