Dodaj do ulubionych

Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść

26.07.21, 18:49
Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść - zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Sprawa aborcji przelała czarę goryczy
WYWIADDorota Wodecka


- Nasz naród ma inną historię niż ta, którą mu się opowiada w podręcznikach - mówi politolog i historyk Rafał Matyja. Właśnie ukazała się jego książka "Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowocześnością".

Dorota Wodecka: Używa pan terminu „historia obezwładniająca". Jaka to jest historia?
Rafał Matyja: Taka, na której kartach znajdujemy krzepiące postawy niedające się zastosować w codziennym życiu i nakłaniająca nas do pogardzania tym normalnym życiem, jakie prowadzimy. Wymuszająca, by za przejaw prawdziwego życia uznawać tylko bohaterskie czyny i wyzwania, zaś to, co jest naprawdę ważne – czyli codzienność będącą naszym udziałem – traktować jako wydarzenie drugiej lub trzeciej kategorii.

Kiedy za komuny uczyłam się historii w liceum, czułam się w nią wpisana. 30 lat później moje dzieci czują się z tej historii wykluczone. Bo nie ma w naszej rodzinie żadnego powstańca albo „żołnierza wyklętego".
Miałem pecha, bo poszedłem do liceum w roku, w którym generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, więc opowieści o polskiej walce wyzwoleńczej posklejały mi się z tamtymi czasami. Ale jeszcze przed maturą zdążyłem się z dyktatu tej powszechnej narracji wyzwolić, wiedziałem już, że jest Brzozowski, myśl polityczna krytyczna wobec tradycji powstaniowej.

Nie wiedziałem wtedy tylko, że ta historia powstańczo-patriotyczna jest dla wielu Polaków sposobem nabywania szlachectwa, wpisywania się w historię „dobrze urodzonych". Łatwo mówimy, że w XIX w. zrobilibyśmy to, a w XVIII tamto. Najczęściej odpowiadam, że owszem, zrobilibyśmy, pod warunkiem że byśmy byli Radziwiłłami albo Potockimi. Albo przynajmniej w miarę zamożnymi szlachcicami. No i zapada kłopotliwe milczenie, po którym pada pytanie: no ale chyba byśmy byli, co? Otóż większość z nas – nie.

Dlatego chciałem opowiedzieć o historii, która pozwala określić istotne sensy własnego życia, jakie dostaliśmy w spadku nie po Radziwiłłach i Potockich, tylko po chłopach, po miejskim proletariacie, po niezamożnej inteligencji.

To historia modernizacji państwa i jego dążenia ku nowoczesności z zastrzeżeniem, że tego państwa przez kilkaset lat nie było.
Ta historia Polski, jaką znamy, nie jest tym, za co się podaje – nie jest historią terytorium, na którym mieszkamy. Nie jest nawet historią narodu. Jest kolażem tego, co było potrzebne elitom walczącym o niepodległość w XIX w. i rządzącym w okresie międzywojennym, tego, co było konieczne w czasie II wojny światowej, i tego, o czym trzeba było pamiętać w czasach Polski Ludowej. Historią wzmacniającą odporność, krzepiącą, ale niedającą siły do normalnego funkcjonowania po zdobyciu państwa.

Dlaczego?
Bo kwestionuje całą pracę konkretną, podważa kompromisy, a z szacunkiem traktuje tylko rzeczy wielkie, symboliczne i podkreślające taki czy inny pryncypializm. I, co gorsza, myślimy o sobie jako o narodzie żyjącym według imponderabiliów. Jeżeli sięgniemy natomiast do zgubionego wątku historii politycznej – jeżeli przez politykę rozumiemy sprawczość, która nie jest wyłącznie biznesem, twórczością artystyczną czy działalnością religijną – to się okaże, że żyliśmy jak większość narodów.

Przyjąłem czytelne kryterium tej sprawczości. A było nim wprowadzanie widocznej – niekoniecznie gołym okiem – zmiany. Zmiany w przestrzeni, sposobach zachowania, możliwościach jednostek.

I sięga pan do historii regionalnych kilku miast, w których przyszło panu żyć. Badając ich historię, próbował je pan oswoić dla siebie?
Rzeczywiście, ilekroć wiązałem się z nowym miejscem, najczęściej z powodów zawodowych, to przyglądałem się mu zachłannie. I np. w Bielsku-Białej zobaczyłem miasto, które swój rozwój zawdzięczało także niemieckiemu mieszczaństwu, austriackiej monarchii i komunistycznej industrializacji.

Ta lokalna historia nowoczesności jest w Polsce niedoceniana. I jeśli rozmawiać o niej w Nowym Sączu, Bielsku czy Kaliszu, to wszędzie można usłyszeć podobnie: „My tutaj mieliśmy inaczej".

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść 26.07.21, 18:50
      W gruncie rzeczy jesteśmy narodem, który ma inną historię niż ta, którą mu się opowiada w podręczniku. Polska była taka jak Bielsko, Kalisz i Toruń. To nie są historie wyjątków. Tylko równanie, z którego musimy wyprowadzić jakąś na nowo rozumianą Polskę.

      Nie obchodzimy dnia upadku pańszczyzny, a to jest dla większości z nas ważny punkt zwrotny w historii. To wskutek tej zmiany rozwijają się małe miasta, w Rzeszowie pojawiają się chłopskie dzieci w szkole, bo chłop ma pieniądze i może zapłacić za ich edukację. I może coś kupić w lokalnym sklepie. Wyobrażam sobie, jaką frajdę musiał mieć ten chłop, gdy pierwszy raz jechał pociągiem. A to są emocje, które mamy nieopowiedziane. Moim zdaniem uczniowie, którzy by się o tym uczyli w szkole, inaczej by podchodzili do deklaracji polityków, bo bardziej by się interesowali tym, co oni rzeczywiście są w stanie w ich życiu zmienić.

      Tymczasem nasza edukacja daje nam poczucie, że żyjemy w literaturze, a przecież jako społeczeństwo żyjemy w bardzo konkretnych ramach przestrzennych, które zostały przez kogoś stworzone.

      Tropiąc nowoczesność, używa pan pojęcia „gruntu pod nogami". Czym on jest?
      To – stanowiąca osnowę państwa – współczesna sieć miejska, która jest także punktem odniesienia dla mieszkańców wsi. Tworzą ją nie tylko mury budynków czy drogi i szlaki kolejowe. To jest także tkanka instytucji, usług publicznych, sieć posterunków policji i ośrodków zdrowia. Grunt pod nogami to nie tylko kwestia komfortu, ale także poczucia bezpieczeństwa, sensu, sprawiedliwości.

      Próbuję pokazać, że ten grunt pod nogami przyrasta, kiedy w mieście powstaje szpital, bo jego mieszkaniec wie, że w razie choroby będzie pod opieką. Równie ważny jest moment, w którym pojawia się pogotowie ratunkowe. A nawet pojawienie się na jezdni pasów ulicznych. To wszystko kiedyś było innowacją, która daje poczucie lepszego życia.

      Wielka historia modernizacji wydaje nam się czymś, co było poza czyjąkolwiek wolą. A przecież grunt pod nogami został ukształtowany nie przez naturę czy opatrzność, ale przez mniej lub bardziej świadome konsekwencje działań naszych przodków.

      Uważam, że historia Polski jest znacznie ciekawsza niż jej obraz zamknięty w kategoriach bohaterstwa lub zacofania, niezłomności czy peryferyjności. Tak samo jak ciekawszy jest opis gry z nowoczesnością, która wciąż się toczy i która ma nadal swoich bohaterów.

      Na pomnikach kształtujących wyobraźnię symboliczną ich nie uświadczymy.
      Nie jestem fanem pomników, ale rzeczywiście nazwanie ulic imieniem bohaterów naszych lokalnych historii mogłoby być pouczające i leczyć nasze historyczne fiksacje. W Bielsku mieliśmy spór o nazwanie ronda imieniem Ryszarda Dziopaka, twórcy FSM – największej fabryki w mieście, miejsca produkcji „malucha". Urząd wojewódzki kwestionował ten pomysł, bo podnosił, że Dziopak był nomenklaturowym dyrektorem. I w ten sposób robimy z historii patriotyczny transparent, zamiast przyznać, że w różnych niekomfortowych sytuacjach, w jakich się człowiek znajduje, może zrobić coś pożytecznego, porządnego i z rozmachem, co będzie służyło innym.

      A gdybyśmy w szkole czytali obowiązkowo „Ziemię obiecaną" zamiast „Trylogii"? Nie chodzi o to, by czynić z tej pierwszej jedyną mądrość świata, ale przyjąć, że ona uczy nowoczesnego relatywizmu i nowoczesnego myślenia o konsekwencjach działań, o uwikłaniach i nadziejach, czego „Trylogia" nie uczy w ogóle.

      Ulice, budynki użyteczności publicznej, połączenia kolejowe i drogowe zawdzięczamy zaborcom i komunistom. Czy nie dlatego je pomijamy, opowiadając o naszych losach?
      Ten zabieg nie tylko utrudnia identyfikowanie się z nowoczesnością jako naszym własnym osiągnięciem, ale też czyni z nas niewiniątka, które w nic dwuznacznego się nigdy nie zamieszały, i utrzymuje w nas poczucie, że niewinność jest najlepszym sposobem na życie.

      CDN...
      • diabollo Re: Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść 26.07.21, 18:51
        Pierwszy okres dorosłego życia spędziłem blisko polityki i wiem, że pewne elementy reformy administracyjnej, którą się zajmowałem, są źle zrobione i to jednak błąd, że nie słuchaliśmy krytyków i załatwialiśmy ich argumenty łatką antyreformatorów. Ale myślę, że nie ma niewinności w tym świecie, rządząc, popełnia się błędy. I potem się żałuje, a nawet wstydzi.

        Jeśli ktoś żyje 50 lat i powiada, że jest niewiniątkiem, to oznacza, że jest głupcem albo cynikiem. Gra z nowoczesnością to pogodzenie się z tym, że popełniamy błędy, że robimy rzeczy, których potem się wstydzimy. Wierzę, że człowiek w miarę normalny nabiera dystansu i krytycznie ocenia własną działalność i przeszłość, a nie próbuje opowiedzieć swoją historię tak, jakby to on był jedynym sprawiedliwym.

        Próbuję swoją książką pokazać, że rzeczywistość nigdy nie jest satysfakcjonująca, zawsze ma w sobie coś, co każe wywracać do góry nogami porządek. Dzięki temu nowoczesność jest bardzo ciekawa do gry. Niefajnie jest uciekać w bajki. Bo opowieść o supersilnej Polsce, która rządzi na jakimś Międzymorzu, to jest ucieczka, podobnie jak bajki potomków „żołnierzy wyklętych" realizujących swoją misję chrześcijańskiej odnowy Europy. Zostawmy to. Zagrajmy w nowoczesność i spróbujmy sobie powiedzieć, o co warto się kłócić.

        Przywołuje pan procesy modernizacyjne zachodzące u naszych sąsiadów, z których wynika, że historia zmagań z nowoczesnością pozwala nam przestać myśleć o wyjątkowości naszych losów.
        Czesi, Słowacy i Węgrzy mają podobne do nas doświadczenia. Wspólni zaborcy, wspólne doświadczenie komunizmu i transformacji, wejścia do struktur Zachodu. Chciałem przy tym pokazać, że nieprawdziwe jest opisywanie historii krajów tej części Europy przez pryzmat zacofania. Przykład Budapesztu i budowy bulwaru z biegnącym pod nim pierwszym na kontynencie metrem dowodzi, że procesy modernizacyjne i innowacje były możliwe bez opóźnienia. Dodam, że nie jestem zwolennikiem teorii, że Węgrzy są bardziej nowocześni niż my. Po prostu wykorzystali szansę i zrobili to na wskroś nowocześnie.

        Oczywiście, że pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie zrobić bardzo szybko – np. dorównać poziomowi amerykańskich uniwersytetów. Ale możemy być narodem, który tworzy innowacje w kilku dziedzinach, wypracowuje sobie specjalizacje, w czymś jest znakomity. To nie jest wytwór chorej wyobraźni.

        Na pewno był ktoś, kto uważał, że Budapesztu nie było stać na to metro, a za pieniądze na nie wydane można było zrobić coś innego. Ale go na szczęście nie posłuchano – i pod chodnikiem Andrassy ut jedzie kolej, a ktoś zbudował przy bulwarze szykowną restaurację, dzięki czemu Węgier spacerujący po nim ma poczucie, że żyje w eleganckim świecie, co wpływa na jego nastrój psychiczny. Bardzo mi zależy, by polska elita miała ten przepis na to metro w głowie. Byle nie wzięła go dosłownie…

        Czemu więc służy przywoływanie kategorii naszego zacofania?
        Zacofanie jest kategorią istotną dla nauki, ale niekiedy zostaje zassane przez kulturę – i to w stopniu, który bym nazwał złowrogim. Kiedy ukazała się książka Richarda Floridy „Narodziny klasy kreatywnej", część polskiej elity, nie do końca zadowolona ze statusu inteligenta, nagle uzyskała możliwość innego nazwania siebie. „Zassała" naukową teorię w celach terapeutycznych. Czasami nie chcąc się zresztą zgodzić, by za Floridą włączać do tej klasy kreatywnej nauczycieli. Ten przykład dowodzi, że pewnych rzeczy zasysanych z ambiwalentnych kulturowo opisów naukowych używamy na własne potrzeby, do gry z innymi. I moim zdaniem zacofanie, które jest ciekawe poznawczo, jest bardzo negatywnie rozgrywane w polskiej kulturze, bo wchodzi w dziwne miejsce między własnymi kompleksami i chęcią udowadniania innym, że to przez nich się coś nie udało. Dlatego lepiej z niego zrezygnować.

        Ale w swojej książce podnosi pan, że w porównaniu z niektórymi narodami Europy Zachodniej jesteśmy jednak krajem zacofanym.
        Niezupełnie – spójrzmy na to inaczej. Przez pryzmat czegoś, co dzieli nas z Anglikami, Francuzami i Holendrami, a łączy do pewnego stopnia z Niemcami. Historyk niemiecki Golo Mann twierdził, że odkrycia geograficzne i kolonializm to proces, który w istotny sposób określił rozmach i rozszerzył horyzonty działania i poznania Anglików, Holendrów, Hiszpanów i Francuzów. I pozostawił Włochów, Niemców, Polaków czy Węgrów gdzieś na uboczu wielkich procesów ekonomicznych i intelektualnych Zachodu. To jest rewers dyskusji o zacofaniu. Warto mieć tę różnicę w pamięci, żeby nie sprowadzać diagnozy naszych słabości tylko do dwóch czynników – folwarku pańszczyźnianego i sowieckiej strefy wpływów po 1945 roku.

        Wreszcie – by nieco inaczej spojrzeć na próby tworzenia zrębów kapitalizmu realnego – a zatem od początku budowanego przy walnym udziale państwa – podejmowane w czasach, gdy państwa na mapie nie było.

        Zastanawiał się pan, jak będzie wyglądała polska droga ku nowoczesności?
        Myślę o tym od jesiennych wystąpień Strajku Kobiet – ten wybuch to nie tylko spór o aborcję, ale też nie mniej fundamentalny konflikt między paternalizmem a wizją społeczeństwa partnerskiego.

        CDN...
        • diabollo Re: Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść 26.07.21, 18:52
          To jest dla mnie zmiana kluczowa – i pożądana, i nieuchronna. Jestem pewny, że bicie się w tej sprawie daje dużą szansę na zwycięstwo. Oczywiście w takich konfliktach kulturowych nigdy nie ma zwycięstw stuprocentowych, ale myślę, że ten przełom jest na wyciągnięcie ręki. Czyli w 10-20 lat. Sprawa aborcji przelała czarę goryczy, ale też zmobilizowała bardzo silny odruch akceptacji na poziomie kulturowo-obyczajowym, znacznie ważniejszy niż tylko nawet sprawa aborcji, która jest sama w sobie duża. Ale odruch ów jest znacznie większy i nie sprowadza się do walki „pisu" z „antypisem".

          Mamy w Polsce bardzo dużo paternalizmu, którego sprawcami są nie tylko Jarosław Kaczyński i biskupi. W debatach po manifestacjach padło sporo gorzkich słów na temat wypowiedzi reprezentantów świata liberalnego, którzy w istocie bywają obrońcami świata patriarchalnego.

          Wielu moich znajomych, nawet niesympatyzujących z PiS, miało problem z używaniem w przestrzeni publicznej wulgarnych słów. Ale ten krzyk na ulicach był częścią symbolicznej rewolucji wymierzonej w paternalizm, w przewagi mężczyzn i szerzej – świata ludzi starszych, silniejszych, mających pozycję. Reakcją jest nie tylko zmiana prawa aborcyjnego, ale też zbudowanie – na tyle, na ile nam się uda – społeczeństwa i państwa partnerskiego. Na każdym poziomie. I to nie stanie się odgórnie, ale musi zostać wywalczone. Niekoniecznie na ulicy. Jest bardzo wiele sfer, gdzie ta rewolucja partnerska będzie wymagała dużych zmian instytucjonalnych. Moje środowisko akademickie też nie jest na tę zmianę przygotowane.

          No tak, kobiet na czele uczelni jest jak na lekarstwo.
          To raz. Ale to widać nie tylko w kwestiach proporcji płci, bo przecież można sobie wyobrazić wariant, w którym nawet zmiana proporcji nie będzie oznaczała większej partnerskości. Mówię np. o relacjach między doktorami a profesorami, o sposobie organizowania uczelni. Bo ten paternalistyczny styl nie tylko ma wyraziste cechy deprecjonowania, ale też czasami wyraża się w miłych słowach o wspaniałych relacjach mistrz – uczeń, których istotą jest jednak właśnie niedopuszczanie do partnerskości.

          Rzeczywistość jest bowiem taka, że moi młodsi koledzy są często bardziej oczytani od swoich mistrzów i mają inne perspektywy intelektualne oraz badawcze. Powinniśmy się od siebie wzajemnie uczyć, zamiast poklepywać po plecach i dopiero habilitację traktować jako wejściówkę do tajemnego kręgu z zastrzeżeniem, że jednak dopiero profesura belwederska uczyni nas pełnoprawnymi naukowcami.

          Uważam, że już uzyskanie tytułu doktora wpuszcza nas w świat akademików, w którym wszyscy są równi. I że nie ma w nim miejsca na formalne rytuały. Bo paternalizm jest w bardzo ostrym starciu ze światem, w którym żyjemy. Jest anachroniczny i toksyczny. I wraz z pokoleniową zmianą warty powinien zniknąć z życia społecznego.

          Poza tym, wraz z atakiem PiS na dzisiejsze elity, zmęczone w latach 90. ciągłym staraniem się o wejście do klasy średniej, a potem rozleniwione pod rządami Tuska, nabrały one świadomości politycznej i zrozumiały, że Polska ciepłej wody w kranie to nie stan, który będzie trwał wiecznie. Ta faza pewnego rodzaju lenistwa mentalnego elit dobiegła końca, a jej skutek, jakim jest zmiana pokoleniowa, pozwala sądzić, że po zmianie władzy możemy mieć znacznie ciekawsze życie publiczne.

          W Polsce zlaicyzowanej?
          Pewnie tak. Po pierwsze, z powodu, który wynika z kondycji psychicznej współczesnych ludzi. Bardzo dużo zachowań i obyczajów jest sprzecznych z oczekiwaniami konserwatywnej części duchowieństwa, która wpada w antymodernizacyjną panikę i je ostro krytykuje, wygadując rozmaite głupoty, zamiast uczyć się od swoich kolegów z krajów zachodnich, jak będzie przebiegał i jakie będzie miał skutki proces zmian światopoglądowych. Drugim napędem laicyzacji będą przywileje Kościoła. Jeszcze w 1990 r. Kościół miał ogromny kredyt zaufania i wyjątkową pozycję, ale zamienił je, mówiąc językiem biblijnym, na mamonę, więc niech zostanie z tą mamoną, którą posiada.

          Ale przebieg laicyzacji będzie też zależał od tego, kto uzyska wpływ na polski Kościół. Czy modernizujące się, a czasami lewicujące elity katolickie, jak środowiska „Więzi" i „Kontaktu", czy zarozumiali biskupi. Dodam, że gdyby wystąpienia abp. Jędraszewskiego pokazać polskiemu Episkopatowi z 1993 roku, to biskupi pospadaliby ze swoich krzeseł.

          Zauważa pan, że wyzwaniem i znakiem nowoczesności będzie policentryczność.
          Tak, ale mówiąc prościej – cała sieć miast. Do których każdy, bez względu na miejsce zameldowania, ma równe prawa. Bo mieszka w pobliżu, chodził do liceum, leczył się w szpitalu. To jego miasto, nawet jak mieszka w sąsiedniej gminie.

          Czy to odejście od myślenia o metropoliach łączy pan z kresem paternalizmu i towarzyszącej mu pogardy dużych miast wobec tzw. prowincji?
          Tak, Polska powinna być Polską partnerską, a nie osadzoną w opowieści o cywilizacyjnej wyższości ośrodków metropolitalnych. To Polska, w której nie tylko Warszawa, ale także Kraków czy Wrocław zrozumieją, że są wielkie dzięki swojemu zapleczu, a nie wpatrywaniu się we własne przewagi. To jest ciekawe, że jeśli dziś myśli się o miejscu metropolii w sieci miejskiej, to widzi się połączenie Wrocław – Berlin, ale już Wrocław – Świdnica niekoniecznie. A to właśnie to drugie przesądzi o tym, kim będziemy.

          Nasza sieć osadnicza powinna być policentryczna – chodzi nie o to, żeby trzymać Warszawę za uzdę i nie pozwolić jej się rozwijać, tylko o to, by Wrocław był bliżej Warszawy, a Legnica bliżej Wrocławia. Tymczasem na Dolnym Śląsku samorządowcy z mniejszych miast mówili mi zgodnie, że Wrocław jest zarozumiały i wsobny. Z drugiej strony wielu samorządowców wrocławskich mówiło okropne rzeczy o tej prowincji – że sobie nie daje rady, nie nadąża, a potem ma pretensje. Trzeba coś z tym zrobić.

          CDN...
          • diabollo Re: Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść 26.07.21, 18:53
            Dlaczego?
            Jeśli Wrocław zaczyna opowiadać, że jest elementem „archipelagu nowoczesności", to zapytajmy, co jest morzem? Ten metropolitalny ekskluzywizm jest bardzo dużą słabością polskiej umysłowości. Ilu prezydentów polskich metropolii ma zwyczaj spotykania się z prezydentami mniejszych miast albo z burmistrzami sąsiednich miasteczek powiatowych, utrzymywania kontaktu i poczucia, że to są ich partnerzy? W opowiadaniu o metropoliach aspiracje są fajne, ale dystynkcje nie.

            Nie napisałem manifestu lokalnego patriotyzmu. Raczej postuluję, byśmy się wszyscy nauczyli rozumieć przygodę Rzeszowa i Szczecina, Legnicy i Kalisza. Historie lokalne już są. Chodzi o to, by ułożyć z nich większy obraz.

            Zauważa pan, że to elity parły ku nowoczesności, a były uznawane niekiedy za zdradzieckie albo koniunkturalne. Czy za dwie dekady elity wykształcone w szkołach ministra Czarnka będą miały dość szeroki horyzont intelektualny, by o tę nowoczesność zawalczyć?
            Nie obawiam się zmian w programach. Po pierwsze, szkoła w swojej ociężałości i niezmienności jest dość mocno impregnowana i nie takich ministrów przetrwała. Po drugie, terapia, którą głosi minister Czarnek, sprawi, że młodzież będzie antyprawicowa. Jego kadencja daje długie i dobre życie jego przeciwnikom. Znacznie większy wpływ na postawy młodzieży i ich kształcenie będzie miała pandemia – i to z powodu wyzwań, jakie obnażyła, będziemy musieli ułożyć oświatę na nowo, a nie dlatego, że PiS coś zepsuł.

            Lekcje zdalnego nauczania unaoczniły nam, że transfer wiedzy jako główne zadanie szkoły jest mocno przereklamowany. Model edukacji, który zakłada, że mam w głowie wiedzę i łopatką przekładam ją studentom do głów, jest nieprawdziwy. To polega na czymś innym.

            Ale może wreszcie zrozumiemy, że zmiany wymaga również szersza koncepcja szkoły i tego, co uważa się za wiedzę. Edukacja, która wywodziła się z Oświecenia, dużą wagę przywiązywała do uporządkowania wiedzy, która wcześniej była chaotyczna niczym „Nowe Ateny". Jednak wszystkie te biologiczne klasyfikacje, którymi zachwycano się w XIX w., bo były wtedy novum, albo uczenie historii sprowadzające się do wykucia wielu faktów, ale bez zrozumienia, że dawne czasy się różniły pod kątem obyczaju, dnia codziennego, rozumienia świata i tak dalej – są już niepotrzebne. Uczymy wciąż rzeczy, które były pasją XIX-wiecznej nauki, mimo że rozumiemy, że one nawet w nauce nie są dziś czymś ważnym.

            Tymczasem dzieci nie potrafią rozpoznawać ptaków, które mają wokół siebie, nastolatki nie rozumieją, na czym polega zdrowe odżywianie i dlaczego to, co jedzą, jest tak istotne.

            Poza wszystkim szkoła powinna uczyć czytania i pisania po to, żeby uniwersytety nie musiały tego robić. Chciałbym, by maturzysta przychodził na uczelnię z umiejętnością streszczenia przeczytanej książki, napisania polemiki z czyimś artykułem.

            Nie wiem, czy są nauczyciele, którzy rozmawiają z uczniami o tym, jak należy napisać poprawnie e-mail lub SMS-a. Sądzę, że nie, a to są gatunki pisarskie, które ludzie uprawiają na ogromną skalę. Sam czasem mówię studentom, że dobrą szkołą pisania jest Twitter. Nigdy nie nauczą się tak dobrze lakoniczności i precyzji wypowiedzi, jak czując na plecach oddech tuzina trolli.

            Sądzi pan, że smartfon, który nie ma związku z terytorium, jest elementem naszego „gruntu pod nogami"?
            Pojęcie terytorium zmieniło nam się jeszcze przed smartfonem. Wiele osób, które wyemigrowały z Polski, pisze po polsku w mediach społecznościowych i ich związek z krajem jest znacznie silniejszy niż tytułowego latarnika, że odwołam się do literatury. Latarnik ze smartfonem nie łkałby z tęsknoty za gryką i świerzopem, tylko co najwyżej wdałby się w jakąś dziką awanturę.

            Poza tym smartfon pozwala przekraczać granice, które dotąd były nieprzekraczalne, granice rozumienia innych ludzi. Kariera K-popu nie byłaby możliwa bez smartfona i mediów społecznościowych. Czy to jest coś złego? Nie. Terytorialnego? Tak. Smartfon to jest specyficznie rozumiane terytorium, które jednak nie jest oderwane od naszego życia w realu.

            Stawia pan pytanie, czy świat, którego życie rozpoczyna się codziennie na nowo w naszych smartfonach i laptopach, unieważni „tamtą nowoczesność" zrodzoną mniej więcej 250 lat temu.
            Nic na to nie wskazuje. Nowy świat nie przekształca dogłębnie wszystkiego, co stare, ale nadbudowuje nowe. Zgodnie z logiką każdej kolejnej fazy nowoczesnych porządków szuka ona komfortu i racjonalności, ale także jakichś nowych manifestacji estetycznych i moralnych. Weryfikuje przekonania i gusty poprzednich pokoleń. Smartfon w kieszeni nie sprawi, że stracimy zainteresowanie dla murów, w których mieszkamy i w których pracujemy, w których toczy się nasze wspólne życie. Być może odnajdziemy w nim inne sensy zbiorowe niż te, które wtłoczyła nam do głów „narodowa wersja historii", głucha – przynajmniej w jej dotychczasowej nadwiślańskiej wersji – na gwizd wjeżdżającego na dworzec parowozu, fabryczne syreny, klaksony samochodów i dźwięki muzyki płynącej z radia. Ślepa na to, kto i kiedy wznosił miejskie urzędy, kamienice i wille, kto budował osiedla i prowadzące do nich drogi, niedostrzegająca złożoności i moralnej wieloznaczności nowoczesnego rozwoju.

            Odzyskanie wzroku i słuchu może być szansą dla wspólnoty zamkniętej w swoich fatalistycznych rozważaniach o narodowym charakterze, sensie powstań czy zasługach i winach bohaterów i zdrajców. To szansa na bycie sobą w nieco inny sposób niż dotychczas. W każdym pokoleniu ery nowoczesności byli ludzie, którzy próbowali postępować w ten sposób.

            "Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowocześnością", Rafał Matyja, Karakter, Kraków

            wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,27254269,niefajna-ucieczka-w-bajki.html#S.DT-K.C-B.1-L.1.duzy
            • walmart.ca Re: Prof. Matyja: Paternalizm musi odejść 27.07.21, 21:01
              W gruncie rzeczy jesteśmy narodem, który ma inną historię niż ta, którą mu się opowiada w podręczniku.

              Oczywiście! I nie tylko my. Większość 'narodów' jedzie na nacjonalistycznej mitologii. Jak to był ujął (przywołany tu niegdyś przez Ur-namu) Ernest Gellner: 'To nacjonalizm rodzi narody, a nie odwrotnie."

              Czytalem niedawno 'The Invention of the Jewish People' - en.wikipedia.org/wiki/The_Invention_of_the_Jewish_People - ktorej autor odwoalowuje i analizuje nacjonalistyczne ideologie, ich pobudki, cele i ludzi za nimi stojących (glownie elity, 'górne' półki wyższych klas) i pewnie prof. Matyja widzi to b. podobnie, kiedy pisze: ...tak, jeśli byłeś z Potockich

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka