Dodaj do ulubionych

Jak przeor Zięba wyhodował zboczeńca

15.09.21, 15:58
wyborcza.pl/7,75517,27544744,pod-skrzydlami-macieja-zieby-wsrod-dominikanow-wyrosl-potwor.html#S.main_topic_3-K.C-B.1-L.2.maly
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Jak przeor Zięba wyhodował zboczeńca 15.09.21, 18:03
      Pod skrzydłami Macieja Zięby wśród dominikanów wyrósł potwór. Manipulował i gwałcił
      Stanisław Obirek, Artur Nowak

      Spowiedź mogła trwać dwie-trzy godziny. Na początku delikatnie mnie głaskał przez ubranie. Wyjaśniał, że jeżeli on odczuwa pożądanie względem mnie, to znaczy, że jestem nieoczyszczona i że jeszcze będzie się modlił. Sprawiał wrażenie, że dużo go to kosztuje i że bardzo się dla mnie poświęca.

      – Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? – pyta jednego z nas duchowny znający dobrze sprawę ojca Pawła M. – To, że on je dokrzywdzał. Właśnie tak to trzeba nazwać, dokrzywdzał je. Wybierał sobie takie właśnie dziewczyny: wrażliwe, zranione, które można było urobić. Manipulował, osaczał, tak że każda myślała, że jest tą jedyną, a potem po prostu gwałcił.

      Inny dodaje: – To był pupil Macieja Zięby. Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy, jak działał ten człowiek – mówi o zmarłym niedawno słynnym dominikaninie, prowincjale tego zakonu w latach 1998-2006. – Inwigilował nas, testował naszą lojalność, w każdym klasztorze miał szpiegów. Karał wykluczeniem, nagle wypadałeś z orbity sojuszników i stawałeś się wrogiem. To była niezwykle wpływowa postać.

      Miał za sobą wszystkie media. Czołowym dziennikarzom udzielał ślubów i chrzcił ich dzieci. Wielu jego synów duchowych to dzisiejsza elita.

      W tej historii złych bohaterów jest kilku. Ale ci najważniejsi to Paweł M., który w chwili, gdy piszemy tę książkę, przebywa w jednym ze śląskich aresztów w związku z zarzutami o gwałt na siostrze zakonnej, oraz Maciej Zięba. Ten zmarły w ostatnim dniu 2020 roku dominikanin jeszcze do niedawna jawił się jako jedna z czołowych twarzy „Kościoła otwartego w Polsce". Żeby była jasność, „Kościół otwarty" w Polsce i na zachód od Odry to dwa różne światy.

      Byliśmy zaskoczeni rozmownością czynnych dominikanów. Łagodnie mówiąc, w porównaniu z byłymi dominikanami byli bardziej ekspansywni, kreśląc portret byłego prowincjała. Zależało im na szczegółach.

      Chcemy jednak od razu zastrzec, że stawianie w jednym szeregu Pawła M. i Zięby byłoby krzywdzące. M. to przestępca, Zięba – człowiek pogubiony. Nigdy nie powinien przewodzić żadnej wspólnocie – tego jesteśmy pewni.

      Miał przystęp do papieża
      Miał słabości. Lubił cygara, im większe, tym lepiej. Jak wspomina jeden z byłych dominikanów, młodzi akolici chcący upodobnić się do Zięby próbowali popalać. Wyglądali przy tym dość śmiesznie.

      Nasi rozmówcy podkreślają, że kamieniem milowym w karierze Zięby była jego relacja z Janem Pawłem II. Jak głęboka? Tego nie wiemy. Faktem jest, że miał przystęp do papieża przy okazji audiencji i prywatnych mszy. Na młodych księżach, których Zięba woził do Watykanu, musiało to robić wrażenie.

      Nie można mu odmówić charyzmy i potencjału intelektualnego. Poza tym był pracoholikiem i pracoholizmu oczekiwał od innych. Jego wizja wielkiego zakonu dominikańskiego w Polsce z prężnym ruchem duszpasterskim i kadrą na uczelniach pociągała młodych, których w zakonie nazywano ziębitami. Kusił ich obietnicami, że już niedługo polska prowincja podniesie się z „parafiańszczyzny". Tłumaczył, że siłą jest kolektyw, że nie można się rozdrabniać, grać na siebie.

      Dziś nawet ci zapatrzeni niegdyś w Ziębę są zgodni co do tego, że szedł po trupach do celu. A celem była władza.

      Mistrz gry pozorów
      To w czasie rządów Zięby w zakonie urósł Paweł M. Pasował Ziębie do wizji wielkiego zakonu kaznodziejskiego. Msze, które odprawiał we wrocławskim klasztorze, przyciągały tysiące wiernych. Wcześniej, w Poznaniu, dopiero się rozkręcał.

      M. to barwna postać. Pochodzi z wielkopolskiej rodziny inteligenckiej, ale miał trudne dzieciństwo. Jak wspomina Sebastian Duda, który dał się urzec M. i z którym miał kontakt w poznańskim klasztorze, ojciec Paweł opowiadał mu m.in. o przemocy fizycznej i psychicznej, jakiej doznał od własnego ojca, oraz o zmarłym we wczesnym dzieciństwie bracie.

      W zakonie M. zbudował wokół siebie aurę wielkiej duchowej charyzmy. Do tego stopnia, że zakonnicy z Krakowa utrzymują, że potrafił lewitować. Potwierdza to nam jedna z dziewczyn z Wrocławia, według której w trakcie modlitw M. nie tylko unosił się nad ziemią, lecz także sprawiał, że latały wokół niego przedmioty. Dziś przypisuje to okultyzmowi.

      W jego otoczeniu wszystko był cudowne. Znał nowinki związane z charyzmatami, cudami, modlitwami o uwolnienie z opętania. Czytał kaznodziejskie podręczniki. Był zafascynowany wizją Jezusa, który uzdrawia tu i teraz. Ale każdy, kto go znał, zwraca uwagę, że był mistrzem gry pozorów.

      – Niewiniątko, delikatny, wrażliwy, tak bym go opisał – wspomina go jeden z ojców. – Dbał o starszych ojców. Kipiał miłością. To było urocze.

      – No a ta druga twarz?

      – Gwałciciel i przemocowiec. Diabeł wcielony. Postać rodem z Dostojewskiego.

      Inny ojciec opowiada taką historię: – M. jechał samochodem z pewną rodziną. Za kierownicą wychodził z niego wariat. Noga na gaz i wyprzedzanie na trzeciego. Taki typ, jakoś go to spełniało. Może szukał jakichś ekstremalnych przygód? No i zatrzymała go policja. Dostał mandat i ostrą reprymendę, a jak policja sobie pojechała, zaczął wrzeszczeć na dzieci, że pewnie w czymś były nieposłuszne Bogu i właśnie dlatego złapała ich policja.

      >> Dlaczego Chrystus nie patrzy nam w oczy? Reporterka na tropach historii własnej rodziny

      To akurat zdało mi się już dość idiotyczne - opowieść dominikanina
      Inny dominikanin, rówieśnik M., refleksję o nim zaczyna, nawiązując do książki Anny Salter "Drapieżcy: pedofile gwałciciele i inni przestępcy seksualni: kim są, jak działają i jak możemy chronić siebie i nasze dzieci": – Jeśli przyjrzysz się cechom socjopatów, zobaczysz M. Ludzie wciąż powszechnie sądzą, że przestępca to potwór, że ma na twarzy napisane „zboczeniec". Strasznie są naiwni. Dla mnie M. od razu był podejrzany. Nigdy mnie jakoś nie uwiódł. Owszem, miły był, kiedy przynosił na salkę rekreacyjną w klasztorze te swoje herbatki w termosach na jakieś schorzenia. Wszyscy byli zachwyceni, miał gadane. Mnie jednak odrzucał jego antyintelektualizm. Rozum zastępował swoimi fascynacjami.

      CDN...
      • diabollo Re: Jak przeor Zięba wyhodował zboczeńca 15.09.21, 18:05
        To szkodliwe. Takich, niestety, wychowaliśmy sobie katolików. Mówią: „Jezu – ty się tym zajmij", no i to ma rozwiązać ich problemy.

        Już w Poznaniu, gdzie do 1996 roku zajmował się duszpasterstwem młodzieży, budził kontrowersje. Zakon się cieszył, że ściągał na msze młodzież i robił show, ale byli i tacy, którzy przyglądali się temu z niepokojem. Sebastian Duda na łamach "Więzi" wspomina ten okres tak: – Usłyszałem od Pawła (jego twarz stężała w nieprzyjaznym grymasie, wzrok przestał być łagodny, zakonnik wpatrywał się we mnie z pełnym pretensji zniecierpliwieniem), że czuje on, iż jestem skrajnie wewnętrznie zakłamany, podobny do Ananiasza i Safiry – małżonków znanych z Dziejów Apostolskich, którzy próbowali oszukać św. Piotra, za co przez apostoła zostali ukarani śmiercią.

        Co mógł czuć uznający się za wierzącego chrześcijanina dziewiętnastolatek, który usłyszał o sobie takie słowa? Naprawdę długo nosiłem w sobie nieznośne poczucie winy. Sądziłem, że Paweł – człowiek wyglądający na kogoś charakteryzującego się niezwykle głęboką duchowością – ma pewną wiedzę o tym, że Bóg chce mnie ukarać.

        Dominikanin sugerował, że z jego pomocą tej kary w jakiś sposób będę mógł uniknąć. Moje wewnętrzne blokady otworzą się, moje zranienia zostaną uleczone. Było to niezwykłe. (…) Paweł dopuszczał do modlitewnych spotkań ze mną także inne osoby. Grupa modliła się nade mną „językami", ale od pewnego momentu uczestniczką tych modlitewnych seansów była również pewna około czterdziestoletnia „pani po przejściach" (przypominam sobie mgliście, że chyba wtedy pozostawała skłócona z mężem i samotnie wychowywała dziecko). Uznawano ją w grupie za „prorokinię", miała na imię Donata. W czasie modlitwy przychodziły jej do głowy różne obrazy (od abstrakcyjnych „wihajsterków" do nieco bardziej „narracyjnych" przedstawień). Paweł uważał, że ma dar tłumaczenia tych „proroctw". Na ich podstawie zlecał wykonywanie różnych czynności. To akurat zdało mi się już dość idiotyczne. Powiedziałem mu o swych wątpliwościach. W odpowiedzi nakazał mi odmawianie wszystkich części różańca aż do następnej spowiedzi, ponieważ uznał, po raz kolejny, że w głębi serca nie mam żadnej woli wejścia na drogę zbawienia.

        Wśród obecnych wyczuwał nieczystość
        W 1996 roku duszpasterstwo szkół średnich w Poznaniu, którym opiekował się M., przejął obecny prowincjał dominikanów Paweł Kozacki. Zaczął opiekować się ludźmi, którym M. wmawiał, jak ma wyglądać ich droga życiowa – twierdził, że jego sugestie pochodzą od Ducha Świętego. Po latach, już jako prowincjał, Kozacki zajrzał do teczki M. i natknął się na swoją korespondencję z Maciejem Ziębą, ówczesnym prowincjałem dominikanów, w której alarmował, że arbitralne przypisywanie sobie przekazu Ducha Świętego może być szkodliwe. Zięba zupełnie to zignorował.
        Tymczasem M. czuł się coraz bardziej pewny siebie. Kiedyś zaprosił go na spotkanie opiekun studentów z Krakowa. Uczestnik tego spotkania wspomina, że M. zachowywał się jak gwiazda. Twierdził, że wśród biorących udział w spotkaniu wyczuwa nieczystość. Słuchacze byli podzieleni. Część była nim zauroczona, ale kilku studentów zjechało opiekuna za zaproszenie M. Natchnienie nie zastąpi wykształcenia – mówili.

        M. odszedł z Poznania do Wrocławia w 1996 roku – jak twierdzą pytani przez nas ojcowie – za karę. Ale w teczce M. nie ma o tym mowy. Przejął duszpasterstwo akademickie. Tam dopiero poszedł na całość. Bezkarny, szanowany za tysiące młodych na mszach, które odprawiał, nie miał już żadnych hamulców.

        W klasztorze we Wrocławiu miał nad sobą przeora Andrzeja Konopkę. Tyle że ten nie sprawował nad M. żadnej realnej kontroli. Podobnie jak prowincjał Maciej Zięba, również Konopka miał problem z alkoholem. Z relacji ojców oraz ofiar M. wiemy, że zdarzało się nieraz, że M. z grupą studentek wyciągał z knajpy pijanego w sztok Konopkę.

        – Potwierdzam – opowiada jedna z uczestniczek takiej ekspedycji ratunkowej. – Dźwigałam go na własnych plecach.

        Czasem bywał w klasztorze prowincjał Zięba. Według relacji pokrzywdzonych pierwszym po przyjeździe rozmówcą prowincjała był… Paweł M.

        Na początku delikatnie mnie głaskał przez ubranie
        Podczas spowiedzi M. wyciągał od dziewczyn historie ich doświadczeń lub intymnych zranień. Miało to służyć oczyszczeniu ze złych emocji. Potem kazał im się rozbierać. Sam też stawał przed nimi nago. Modlili się, potem dotykał ich miejsc intymnych. Lubił słuchać i przysłuchiwać się pikantnym szczegółom. Jego ofiary musiały też opowiadać o tym, na co by się nigdy nie zgodziły, czego się brzydzą. Potem sugerował, że w ramach swojego oczyszczenia mogą to z nim przerobić.

        Trudno było tego słuchać. Zdziwienie, złość, współczucie…

        Jedna z pokrzywdzonych wspomina to tak: – Spowiedź mogła trwać dwie-trzy godziny. M. odwoływał się do Boga. Mówił, że mogę oddać ten swój ciężar Panu Bogu. Twierdził, że Bóg oczyścił jego ręce i ciało, więc teraz on oczyści mnie swoim dotykiem. Na początku delikatnie mnie głaskał przez ubranie. Twierdził, że jest w stanie stwierdzić, czy już jestem oczyszczona, że ma taki dar od Boga. Wyjaśniał, że jeżeli on odczuwa pożądanie względem mnie, to znaczy, że jestem nieoczyszczona i że jeszcze będzie się modlił.

        Sprawiał wrażenie, że dużo go to kosztuje i że bardzo się dla mnie poświęca, jest w stanie oddać swoje życie za mnie…
        Inna ofiara dodaje: – Seksualne „modlitwy" utrzymywane były w ścisłej tajemnicy. Paweł utrzymywał nas w ciągłej nieufności wobec siebie nawzajem, nakłaniał nas do tego, abyśmy wzajemnie raniły się słowami, abyśmy się źle traktowały. To było w dobrym tonie: wyszydzać słabości, być bezwzględnym, poniżać. Bo wtedy miał działać oczyszczający ogień Ducha Świętego.

        CDN...
        • diabollo Re: Jak przeor Zięba wyhodował zboczeńca 15.09.21, 18:06
          Barany to ci, którzy wątpili i byli krytyczni
          Ale to nie wszystko. M. stosował, a w zasadzie organizował seanse przemocy wewnątrz wspólnoty. Jak tłumaczy ojciec Marcin Mogielski, który zebrał relacje ofiar Pawła M., „w trakcie wielogodzinnych modlitw ktoś rzucał hasło, że któraś z osób jest zamknięta na wolę Bożą, no i się zaczynało… Bogu ducha winna dziewczyna była kładziona na stole, ściągano z niej ubrania. M. zdejmował pas od habitu i ją bił, czasami przez godzinę, rozkazując robić to także innym. Dziewczyna nie miała nawet posiniaczonego ciała – to była jedna wielka rana. Tych pobić było więcej. Te osoby miały się otworzyć, przeżyć czyściec, żeby ocalić innych".

          Ta strategia była starannie przemyślana. Świadkowie wspominają, że M. dzielił osoby należące do duszpasterstwa na owieczki i barany. Barany to ci, którzy wątpili i byli krytyczni. Odsuwał ich od grupy, zasiewając wokół nich wrogość. Był mistrzem rozbijania związków. Do tego wmawiał młodym chłopcom powołanie do dominikanów. Obudowywał to wszystko jakąś dziwaczną ideologią.

          U jednej z dziewczyn rozpoznał taki oto charyzmat: jeśli zakochują się w niej jacyś chłopcy, to znaczy, że tak naprawdę nie zakochują się w niej, tylko w Panu Bogu.
          Odwoływał się do historii Izaaka. Mówił, że co prawda mamy zakochaną w sobie parę młodych ludzi, ale Pan Bóg przemówił przez wspólnotę, że Jego wolą jest, by poświęcić tę miłość – tak jak Abraham syna. Wszystko po to, żeby nowy zakonnik zasilił szeregi dominikanów.

          Paweł był oczkiem w głowie ojca Zięby
          Prowincjał Zięba nie dostrzegał w zachowaniach Pawła M. problemu. Kiedy Marcin Mogielski mówił mu, że trzeba coś w jego sprawie zrobić, usłyszał, że jest zazdrosny, zawistny i chodzi głównie o to, że nie dorasta M. do pięt. Inny z ojców wspomina, że kiedy opowiedział Ziębie o swoim dzieciństwie i o tym, że był ofiarą nadużycia na tle seksualnym, którego dopuścił się na nim duchowny, usłyszał od niego takie pocieszenie: – Naprawdę? Przecież ty taki brzydki jesteś.

          Dziś pokrzywdzone przez M. kobiety oceniają zmarłego niedawno Macieja Ziębę bardzo krytycznie. Informowały go o tym, co wyprawia jego podopieczny, więc ojciec miał pełną wiedzę o gwałtach, przemocy, psychomanipulacji. Każda z nich przedstawiła mu historię nadużyć na piśmie.

          Tak, Zięba zrobił bardzo dużo, ale wyłącznie po to, żeby zatroszczyć się o swojego zakonnika. Nie zrobił nic, by zatroszczyć się o ofiary – twierdzą dorosłe już dziś ofiary Pawła M.
          Paweł był oczkiem w głowie ojca Zięby. Prowincjał dominikanów pozwolił mu w ramach kary w 2000 roku wypocząć u kamedułów, w spokojnym miejscu na krakowskich Bielanach. Kara polegała na tym, że M. otrzymał roczny zakaz sprawowania sakramentów, miał też przez rok pracować w hospicjum dziecięcym w Lublinie pod opiekę ojca Filipa Buczkowskiego.

          Jedna z pokrzywdzonych spotkała się z Ziębą w sprawie M. w 2000 roku we Wrocławiu. Prowincjał chciał porozmawiać na temat zeznań, które złożyła.

          – Byłam w takim stanie, że przepraszałam, że żyję. Zięba siedział w kapie (to taka peleryna) na głowie z nogą założoną na nogę. Powiedział, że jest obstawiony prawnikami i z zakonem nie wygram.

          Potem grupa pokrzywdzonych pojechała z Wrocławia do Warszawy, żeby porozmawiać z Ziębą.

          – Ojciec Zięba nas spławił w trzy minuty. Nie wyszliśmy poza małe pomieszczenie przy klasztornej furcie – opowiada jeden z uczestników. – Zięba powiedział tylko, że jeżeli planujemy jakąś akcję prasową bądź sądową, to on jest na to przygotowany. Z takim przekazem odbiliśmy się od progów prowincjała.

          Blisko dwadzieścia lat po tych zdarzeniach, w oświadczeniu z 7 marca 2021 roku wrocławscy dominikanie przeprosili za nadużycia. Przyznali, że ówczesny duszpasterz „wyrządził wielką krzywdę, stosując przemoc fizyczną, psychiczną, duchową, a nawet seksualną". W dniu 2 marca, pięć dni wcześniej, do prokuratury w Katowicach trafiła sprawa siostry zakonnej, którą M. wykorzystał seksualnie w 2011 i 2018 roku.

          Fragment książki "Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele" Artura Nowaka, Stanisława Obirka, wyd. Agora 2021

          wyborcza.pl/7,75517,27544744,pod-skrzydlami-macieja-zieby-wsrod-dominikanow-wyrosl-potwor.html#S.main_topic_3-K.C-B.1-L.2.maly
    • grzespelc Re: Jak przeor Zięba wyhodował zboczeńca 16.09.21, 21:48
      We wczesnych latach 90, kiedy sukienkowi zorientowali się, że wolność religijna służy też ich konkurencji, zaczęli z nią walkę poprzez wylansowanie problemu sekt i oskarżanie różnych ruchów o bycie sektą. Z dzisiejszego punktu widzenia zabawne, że ośrodek kierujący tą propagandą, którego nazwa mówiła o walce z sektami, założyli właśnie dominikanie.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka