Dodaj do ulubionych

Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapisali s

24.09.21, 07:44
Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapisali się na religię

katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,27606541,okienka-miedzy-lekcjami-wymuszanie-oswiadczen-od-rodzicow.html?_ga=2.239241088.2069961487.1632036227-66682764.1584340826#S.main_topic_2-K.C-B.2-L.1.maly
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapis 24.09.21, 07:47
      Szkoły organizują zajęcia z religii na życzenie rodziców lub pełnoletnich uczniów. Już na tym etapie większość placówek łamie przepisy, rozdając rodzicom na pierwszej wywiadówce karteczki, na których mają zaznaczyć, czy dziecko będzie uczęszczało na religię.

      Dorota Wójcik, prezeska Fundacji Wolność od Religii, która walczy z dyskryminacją osób niewierzących w przestrzeni publicznej zwraca uwagę, że to łamanie przepisu konstytucji, który wskazuje, że „nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania".

      Presja, bo złowić jak najwięcej "duszyczek"
      Choć dyrektorzy tłumaczą, że podsuwają rodzicom karteczki, aby zawczasu dowiedzieć się, ilu będzie chętnych na religię, niewierzący rodzice zauważają, że to próba wywarcia presji, by jak najwięcej "duszyczek" złowić. - Gdyby takich ankiet nie było, spora część rodziców nie pomyślałaby o złożeniu oświadczenia z własnej inicjatywy. W efekcie byłoby mniej godzin dla katechetów, a dyrektor naraziłby się proboszczowi - zauważa mama z Katowic.

      W niektórych szkołach bywa jeszcze gorzej – wszyscy uczniowie z automatu zapisywani są na religię, a dyrektorzy wymagają od niewierzących rodziców, by złożyli deklarację o rezygnacji z zajęć, na które dziecka nigdy nie zapisywali. Co kuriozalne, w niektórych szkołach rezygnacji można dokonać dopiero dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego - wcześniej uczniowie przymuszani są do obecności na zajęciach.

      Z takimi i wieloma innymi problemami niewierzący rodzice zwracają się do Fundacji Wolność od Religii. - Wrzesień to dla zespołu fundacji czas bardzo intensywnej pracy. Każdego dnia otrzymujemy dziesiątki wiadomości, telefonów i próśb o interwencję w szkołach - mówi Wójcik.

      Powstała mapa (nie)równości w szkole
      Ze względu na powszechność łamania prawa przy organizacji lekcji religii, kierowana przez nią fundacja stworzyła interaktywną "Mapę (nie)równości w szkole", na której uczniowie i rodzice mogą zaznaczać placówki dopuszczające się nadużyć. Poza województwem mazowieckim (144 zgłoszenia), najwięcej takich przypadków ma miejsce w województwie śląskim, gdzie zgłoszono już 109 szkół.

      Najczęściej zgłaszaną nieprawidłowością są "okienka" międzylekcyjne dla uczniów, którzy nie chodzą na religię. Przepisy nie mówią wprawdzie, że religii nie można umieszczać pomiędzy innymi przedmiotami, ale obciążanie okienkami zawsze tej samej grupy uczniów - czyli niekatolików - jest już przejawem dyskryminacji. Dlatego rodzice wnioskują do szkół o umieszczanie religii na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej.

      - W Szkole Podstawowej nr 14 w Rudzie Śląskiej jest obecnie 19 oddziałów klasowych, w każdej klasie zgodnie z ramowym planem nauczania są dwie godziny lekcyjne religii, co daje 38 godzin. Ze względu na tak dużą liczbę godzin nie jest możliwe, aby religia odbywała się na początku albo na końcu zajęć lekcyjnych - mówi Katarzyna Romejko, dyrektor SP 14, która znalazła się na mapie.

      Pani dyrektor mija się z prawdą, bo w takiej sytuacji szkoła ma możliwość wystąpić do biskupa o zmniejszenie godzin zajęć z religii do jednej tygodniowo. Może również rozłożyć okienka pomiędzy wszystkich uczniów w szkole, czyli np. umieścić jedną lekcję religii na siódmej godzinie lekcyjnej w dniu, w którym klasa ma pięć lekcji. To otwiera niektórym dyrektorom oczy. Inni tłumaczą się koniecznością dostosowania się niewierzącej mniejszości do wierzącej większości. Z tym, że coraz częściej to uczniowie uczęszczający na religię są mniejszością, a i tak korzystają z przywilejów.

      Wystawianie uczniów na korytarz lub do szatni
      22 września Fundacja Wolność od Religii interweniowała w V LO w Częstochowie, gdzie prawie 30-osobowa grupa uczniów musiała spędzać godzinę w bibliotece szkolnej, bo sześć osób z klasy zapisało się na katechezę, umieszczoną między lekcjami. - Gdyby dyrektorzy najpierw układali plan lekcji obowiązkowych, a religię dodawali później, łatwiej byłoby ją umieścić poza blokiem obowiązkowych zajęć. Przecież nikt nie ubolewa nad tym, że kółko teatralne czy szachowe jest o godzinie 17. Dlaczego religia, która też jest dla chętnych, nie może być o tej porze? - zastanawia ojciec z Sosnowca.

      Zgodnie z przepisami, jeśli szkoła umieści religię w środku zajęć, ma obowiązek zapewnić nieuczęszczającym na religię uczniom opiekę. Bywa z tym różnie. Nagminne są przypadki wystawiania uczniów na korytarz albo do szatni. W niektórych szkołach uczniowie nieuczęszczający na religię są zmuszani do pozostania w sali i biernego uczestnictwa. Dwa lata temu w X Liceum Ogólnokształcącym w Katowicach uczniowie niezapisani na religię mieli siedzieć z tyłu sali i słuchać muzyki przez słuchawki, żeby zagłuszyć to, co mówi katecheta. W sprawie interweniował Urząd Miejski.

      Szkoły często wymuszają na niezapisanych na religię uczniach obecność w placówce nawet, gdy religia jest na pierwszej lub na ostatniej godzinie
      lekcyjnej. Jeśli rodzice chcą, by dziecko pospało dłużej lub wróciło po swoich lekcjach do domu, dyrektorzy żądają pisemnych oświadczeń, że biorą w tym czasie odpowiedzialność za syna czy córkę. - To tak, jakbym musiała napisać, że biorę za córkę odpowiedzialność w weekendy. Chodzi tylko o to, by stworzyć wrażenie, że religia jest obowiązkowa, a nasze dzieci są z niej zwolnione. Tymczasem jest odwrotnie. To religijne dzieci są zapisane na przedmiot nadobowiązkowy - mówi mama z Katowic.

      Rodzice zasypywani wiadomościami o modlitwach
      Podobne wrażenie szkoły próbują wywrzeć nie tworząc w elektronicznych dziennikach klas wirtualnych dla uczniów zapisanych na religię. W efekcie na listę uczęszczających dzieci trafia cała klasa, a dzieciom niezapisanym katecheta wstawia nieobecność usprawiedliwioną. Ich rodzice natomiast zasypywani są wiadomościami o modlitwach czy pieśniach do nauczenia. Fundacja Wolność od Religii interweniowała w tej sprawie 8 września u dyrekcji SP nr 13 w Bielsku-Białej.

      - Program obejmujący dziennik elektroniczny umożliwia utworzenie dla lekcji religii tzw. „klasy wirtualnej", która pozwoli kierować informacje tylko do oznaczonego grona adresatów. Nie ma żadnego uzasadnienia dla prowadzenia dziennika elektronicznego w taki sposób, by rodzice, którzy nie życzą sobie, aby ich dzieci uczestniczyły w lekcjach religii, otrzymywali powiadomienia lub informacje o takich zajęciach czy też, co gorsza, by w dzienniku elektronicznym odnotowywano zwolnienie czy nieobecność ucznia z lekcji religii. Przetwarzanie danych osobowych przez katechetę w tym zakresie nie ma podstawy prawnej - mówi Wójcik.

      CDN...
      • diabollo Re: Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapis 24.09.21, 07:48
        Wśród innych nieprawidłowości są również te dotyczące zastępstw, np. katecheta bierze zastępstwo za chorego matematyka i zamiast zajęć opiekuńczych organizuje religię; albo polonista na zastępstwie za katechetę realizuje nowy temat ze swojego przedmiotu, chociaż nieuczęszczające na religię dzieci mają prawo wówczas być w domu.

        Inne nieprawidłowości to wyjścia na szkolne msze czy rekolekcje w czasie lekcji (w SP nr 28 w Rudzie Śląskiej zdarzyło się to w dniach 21-23 września), apele z okazji dni papieskich, organizowanie jasełek czy konkursów religijnych. W zeszłym roku SP nr 6 w Rudzie Śląskiej zorganizowała konkurs dla uczniów klas 1-3 pod tytułem "Najpiękniejszy krzyż", a prace były eksponowane w szkolnym holu.

        Przemoc symboliczna, czyli krzyże w salach czy pieśni religijne jako hymn szkoły to kolejne wśród zgłaszanych fundacji problemów.
            • walmart.ca Re: Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapis 26.09.21, 17:20
              Czas najwyższy powiedzieć, że jednakowe pensum dla katechety i polonisty to zbrodnia. Minister Czarnek usilnie pracuje nad tym, aby w szkole nie chciał pracować nikt – z wyjątkiem katechetów.
              Uczniowie powiedzieli, że chcieliby, abym uczył ich aż do matury. Niech pan nas nie zostawia. Zdziwiony odpowiedziałem, że nie muszą się martwić, przecież nigdzie się nie wybieram: ani na emeryturę, ani do innej pracy. Co też wam przyszło do głowy?

              Okazało się, że młodzież jest świadoma, iż nie można być pewnym żadnego nauczyciela. Każdy się zarzeka, że będzie tu pracował, a potem nagle okazuje się, iż już go nie ma. Zwolnił się, a na jego miejsce dyrekcja szuka nowego. Może znacie kogoś – pyta nawet uczniów – kto chciałby się u nas zatrudnić? Tata? Mama? Niektórzy opowiadają, że w szkole, do której chodzi siostra czy brat, do tej pory nie znaleziono nauczyciela jakiegoś przedmiotu. Najczęściej chodzi o matematyka.

              Uratować nas mogą tylko japońskie roboty
              Do grona pedagogicznego dołączyły dwie osoby: jedna świeżo po studiach, z wyglądu bardziej przypomina ucznia niż nauczyciela, oraz emeryt. Ludzie teraz dłużej żyją, ale żeby aż tak długo, to trudno uwierzyć. Uczniowie będą musieli się przyzwyczaić, że uczy ich ktoś w wieku pradziadka. Przepraszam nowego kolegę za te słowa, o mnie zaczynają mówić „dziadek”.

              Rozmawiam z uczniami o idealnym nauczycielu. Japończycy testują właśnie humanoidalnego robota, który zastąpiłby człowieka w pracy z dziećmi. Ma mieć wygląd 30–35-letniej kobiety lub mężczyzny, gdyż ten właśnie wiek jest najlepszy w wykonywaniu zawodu pedagogicznego. Niestety w polskiej szkole tak młodych nauczycieli prawie nie ma. Przeważnie są dwa razy starsi. Jak chcemy mieć 30-latków, powinniśmy zapisać się na japońskie roboty.

              Gdy dyrekcja szuka nauczyciela, najczęściej zgłaszają się osoby w nieodpowiednim wieku. Jednak szef nie grymasi. Lepszy omszały senior niż nikt. Regularnie dzwoni do mnie koleżanka, która uczyła u nas matematyki 20 lat temu. Mówi, że ma 80 lat. „Wyobraź sobie – opowiada – że wciąż dostaję propozycje, aby wrócić do szkoły. Ale po co mi to? Przecież ja mam chore serce i ledwo słyszę. Naprawdę nie ma młodych?”.

              Zgłosiła się młoda osoba, ale na twarzy miała wypisane, iż miejsca w szkole nie zagrzeje. Chce sprawdzić, jak to jest być nauczycielem. Może wytrzyma do Bożego Narodzenia. Gdyby dyrekcja mogła wybierać, wolałaby zatrudnić 70-latka niż człowieka dopiero po studiach. Senior, gdy nie będzie dawał rady, pójdzie na zwolnienie. Jeden tydzień będzie prowadził lekcje, a potem tydzień leżał w domu. I tak na zmianę dotrwa do wakacji. Natomiast młoda osoba w podobnej sytuacji po prostu się zwolni. Co się ma męczyć w pracy za 2 tys. zł? Nie wyszło, więc do widzenia. Znacie kogoś na jej miejsce? Bo ja nie znam.

              Szkoła szkole wypożycza matematyka
              Dyrektorzy są świadomi, że nagle mogą stracić pracowników. Już nie jednego, ale wielu. Niektórym śnią się po nocach koszmary, że wszyscy matematycy dogadali się i tego samego dnia złożyli wypowiedzenia. To byłby koniec szkoły. Jednego matematyka może udałoby się znaleźć, ale pięciu? To przecież niemożliwe.

              Na razie dyrektorzy ratują się wypożyczaniem nauczyciela z innej szkoły. Dzwoni dyrektor do dyrektora niczym do stajni ogierów i prosi o konia, którego mu brakuje. Niech szef namówi swojego pracownika do wzięcia paru godzin gdzie indziej. W normalnych czasach żaden dyrektor nie chciałby, aby jego pracownik dorabiał w innym miejscu. Bo to oznacza większe zmęczenie i mniejszą wydajność. Szczególnie niewskazane jest to w przypadku nauczycieli przedmiotów maturalnych. Nie da się dobrze uczyć, gdy biega się z jednej szkoły do drugiej. Nauczyciel ważnego przedmiotu, np. matematyk, powinien pracować w jednej placówce.

              Jednak dyrektorzy nie odmawiają takim prośbom. Wiedzą, że w każdej chwili mogą znaleźć się w podobnej sytuacji. Zwolni się nagle nauczyciel kluczowego przedmiotu, rodzice zaczną się burzyć, że lekcje przepadają, nie zgłosi się nawet bardzo wiekowy emeryt, zostanie więc tylko pomoc koleżeńska. Trzeba będzie wypożyczyć nauczyciela z innej stajni i pod jego potrzeby po raz kolejny zmienić plan lekcji.

              20 lat nie byli na chorobowym
              Dyrektorowi raczej się nie odmawia, gdy prosi, aby wziąć kilka godzin w innej szkole. W ostateczności – mówi przełożony – będzie pan brał od czasu do czasu zwolnienie lekarskie. To się rozumie samo przez się, że jak człowiek pracuje ponad siły w dwóch szkołach, to musi od czasu do czasu chorować. Dawniej nauczyciel, gdy brała go choroba albo czuł się wyczerpany, wytrzymywał do świąt, potem do ferii, następnie do drugich świąt, a wreszcie do wakacji. Niektórzy przez 20 lat nie byli na chorobowym.

              Teraz przy pierwszych oznakach słabości idzie się na zwolnienie. Praca w dwóch miejscach to zupełnie inne obciążenie. Na szczęście nie trzeba nosić papierowych zwolnień ani do jednej, ani do drugiej szkoły. System automatycznie powiadamia wszystkie miejsca, gdzie nauczyciel pracuje. Gdy dzwonię do księgowych po wyjściu od lekarza, one już wiedzą, że mnie nie będzie przez najbliższy tydzień. „Wypocznij – mówi szef – i wracaj”. Jestem pracownikiem na wagę złota, gdyż choruję dwa–trzy razy w roku. Nowi potrafią przepracować 30 dni, a potem chorować przez sześć miesięcy.

              Co Czarnek wie o pracy nauczyciela?
              Minister Czarnek nie ma pojęcia, jak bardzo brakuje nauczycieli, dlatego rzuca dyrektorom kamień młyński, mówiąc, że to koło ratunkowe. Proponuje zwiększyć tygodniową liczbę lekcji, które prowadzi nauczyciel w ramach etatu, z 18 godzin do 22 (cztery lekcje więcej, czyli wzrost o 22 proc.). O tyle samo zwiększyłoby się średnie wynagrodzenie, tj. ok. 22 proc. Minister ogłasza, że zmiana oznacza wielką podwyżkę wynagrodzeń, a związki zawodowe alarmują, iż to przede wszystkim znaczne zwiększenie czasu pracy i zwolnienia. Nauczyciele, którzy nie słuchają ani ministra, ani związkowców, mówią, że nie widzą różnicy. O co więc chodzi PiS, że tak mocno prze do zmian?

              Minister chce do zwiększonego pensum dodać obowiązkowe osiem godzin w tygodniu innych czynności na rzecz szkoły niż lekcje, np. posiedzenia rady pedagogicznej, spotkania z rodzicami, konsultacje dla uczniów, udział w wycieczkach itd. Nauczyciele się śmieją, bo przecież obecnie każdy na te czynności poświęca znacznie więcej czasu niż osiem godzin w tygodniu. Najwidoczniej Czarnek ma takie pojęcie o pracy nauczyciela, jak wół o lotach na Marsa. Mówi o zmniejszeniu biurokracji, a zapowiada konieczność dokumentowania tych ośmiu godzin. Jedno przeczy drugiemu. Wielka szkoda, że warunkiem powołania do MEiN nie jest doświadczenie pracy w szkole. Wiedziałby przynajmniej urzędnik, co czyni.

              Nie chodzi jednak o liczbę godzin, które minister dorzuci do pensum i za ten wzrost pracy odpowiednio zapłaci. Problemem jest to, że znowu wszystkich nauczycieli wrzuca się do jednego wora. Jak wielkim trzeba być ignorantem, żeby nie widzieć, iż nauczyciel nauczycielowi nierówny. Gdy katecheta prowadzi lekcje religii z kilkoma albo wręcz tylko jedną osobą (mamy taki przypadek) i nie odpowiada za wyniki swojego nauczania, to nie jest to równe pracy polonisty czy matematyka, którzy uczą 32-osobowe klasy i mają świadomość, że każdy uczeń będzie zdawał egzamin. Mimo to minister Czarnek chce podnieść pensum o tyle samo, każdemu o cztery godziny, podobnie wynagrodzenie, zarówno katechecie, jak i poloniście. Czas najwyższy powiedzieć, że jednakowe pensum dla katechety i polonisty to zbrodnia. Jednakowe zarobki za niejednakową pracę to niesprawiedliwość.

              • walmart.ca Re: Szkoły dyskryminują uczniów, którzy nie zapis 26.09.21, 17:22
                Kto nie zna tej roboty, ten nie zrozumie
                Nie trzeba być jasnowidzem, aby wiedzieć, jakie skutki wywoła zmiana pensum i wynagrodzenia równo dla wszystkich. Nauczycieli, których już dziś trudno znaleźć, będzie jeszcze mniej. Matematyków, informatyków czy fizyków trzeba będzie dowozić z domów spokojnej starości, bo młodsi nie przyjmą warunków, które wymyślił dla nich Czarnek. To nie przejdzie. Warunki te są odpowiednie tylko dla nauczycieli przedmiotów nieegzaminacyjnych i tylko tacy mogą je przyjąć. Jako nauczyciel etyki (na lekcjach mam grupy średnio 10-osobowe) przyjmę zwiększone pensum, uznam je nawet za odpowiednie dla tego przedmiotu. Nauczyciele etyki czy religii już dawno temu powinni mieć zwiększone pensum, choćby do 24–26 lekcji w tygodniu.

                Jednak jako polonista zdecydowanie odmówię. Podobnie zrobią matematycy, a informatycy każą się ministrowi wypchać. Nie mam siły tłumaczyć, dlaczego. Kto zna pracę nauczyciela przedmiotu kluczowego i rozumie odpowiedzialność, jaka się z tym wiąże, temu nie trzeba tłumaczyć, dlaczego 18 lekcji w tygodniu to jest kupa roboty, znacznie więcej niż osiem godzin dziennie. Kto nie zna tej roboty, ten nie zrozumie, jak 18 lekcji może oznaczać 40 godzin pracy. Przeżyj to sam, inaczej nie pojmiesz, co mówią nauczyciele.

                Minister edukacji i nauki nie wie, co się dzieje w szkołach, ale dyrektorzy wiedzą. Nie mogą zatrzymać nauczycieli, bo nie mają na to żadnych środków finansowych. Zatrzymują więc tym, co mają. Jeszcze nigdy plany lekcji nie były tak przyjazne dla nauczycieli dorabiających. W niejednej szkole dyrektor zapowiada, że nie będzie przychodził na lekcje w celu przeprowadzenia hospitacji. Żaden nauczyciel nie będzie miał tego typu kontroli. Zamiast tego szef zachęca, aby pracownicy zapraszali jedni drugich na swoje lekcje – i to wystarczy. Tworzymy drużynę. Dyrektor nie kontroluje swoich nauczycieli, on ich wspiera. Niech każdy wspiera każdego w tym wyczerpującym zawodzie.

                Szkoły tylko dla katechetów
                W poprzednich latach mój szef musiał usłyszeć od lekarza, że ma się do pracowników uśmiechać, inaczej dostanie zawału. Obecny uśmiecha się bez lekarskiego upomnienia. I to jak pięknie się uśmiecha. Mam wrażenie, że dyrektor staje na głowie, byle przekonać nauczycieli, żeby nie odchodzili ze szkoły, bo tu jest fajnie. Mało się zarabia, ale jest fajnie. I naprawdę pod względem atmosfery nie jest źle.

                Dyrektor chucha i dmucha na każdego pracownika, uczniowie proszą, aby ich uczyć do samego końca, rodzice też zrobili się sympatyczniejsi. Już nie narzekają na matematyka. W drugiej szkole podobnie. Doprawdy jest fajnie – choć zarobki bardzo skromne. Niedługo jednak i ten ostatni powód, który nauczycieli trzyma w pracy, czyli sympatyczna atmosfera, przepadnie. Gdy pisowskie zmiany zostaną wprowadzone – gdy pensum wzrośnie wszystkim po równo, a podwyżki wynagrodzeń okażą się znacznie niższe, niż zapowiada minister – nauczycieli ogarnie wściekłość i rozlegnie się wrzask. Czarnek usilnie pracuje nad tym, aby w szkole nie chciał pracować nikt – z wyjątkiem katechetów.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka