Dodaj do ulubionych

Trochę historii, czyli polscy faszyści kochają Ros

05.10.21, 16:13
wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26202937,prof-andrzej-chwalba-nie-wytlumaczymy-juz-swiatu-kto.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Trochę historii, czyli polscy faszyści kochaj 05.10.21, 19:53
      Prof. Andrzej Chwalba: Nie wytłumaczymy już światu, kto zatrzymał bolszewików w 1920 r.
      WYWIADZbigniew Rokita

      Wiosną 1920 r. Piłsudski był pewien, że stoi przed dziejową szansą. Uważał, że nie trzeba maszerować na Moskwę, lecz wystarczy zdobyć Kijów. A wówczas powstanie sojusz wszystkich niezadowolonych z caratu - "więzienia narodów". Ale te marzenia okazały się utopią

      Zbigniew Rokita: Wojna polsko-bolszewicka kojarzy nam się z triumfem, ale pan swoją najnowszą książkę o niej zatytułował „Przegrane zwycięstwo". Co więcej, wymienia pan w jej kontekście wiele porażek. I pisze: „Pozycja międzynarodowa II RP przed wyprawą kijowską była silniejsza niż rok później", czyli po traktacie ryskim i domknięciu ładu wersalsko-ryskiego. Jak to możliwe, przecież pokonaliśmy Sowietów?
      Prof. Andrzej Chwalba*: Wyprawa kijowska wiosną 1920 r. to był początek polskich problemów. Józef Piłsudski zlekceważył wówczas Armię Czerwoną i podjął decyzję o ofensywie – premier Leopold Skulski dowiedział się o niej dopiero wtedy, gdy wojska już nacierały. Wyprawa na Kijów dzieliła polską opinię publiczną, również politycy – od Dmowskiego po Daszyńskiego – zgadzali się, że jest zbyt ryzykowna.

      Dlaczego ryzykowna?
      – Wszystko wskazywało na to, że nie zaakceptują jej alianci, a to oni decydowali o mapie Europy. Taką rolę chcieli odegrać nie tylko na Zachodzie, tworząc ład wersalski, ale również na jego wschodnich rubieżach. W Paryżu, Londynie czy Rzymie nie dopuszczano myśli, że nie koncert mocarstw, ale – jak mawiał Bismarck – „pigmeje Europy" wytyczą nowe granice.

      I to wówczas zaczęliśmy uchodzić na Zachodzie za państwo prowadzące nieodpowiedzialną politykę zagraniczną?
      – Od tego czasu alianci widzą w nas państwo awanturnicze i imperialne, które sięga – nie wiedzieć czemu – po ziemie niepolskie.

      Niepolskie zdaniem aliantów.

      – To nie była ich wina, ale kongresu wiedeńskiego, który powołał Królestwo Polskie. Przez stulecie od wojen napoleońskich europejskim elitom Polska jawiła się jako kraj o granicach wschodnich na Bugu. Według aliantów za nim mieszkały już inne nacje. Bug był dla aliantów optymalny.

      Twierdzi pan, że gęby awanturników, którą otrzymaliśmy w 1920 r., nie pozbyliśmy się aż do dziś.
      – Ten wizerunek wciąż się utrzymuje. Jest silnie obecny w historiografii europejskiej czy amerykańskiej. Po 1989 r. dzięki kontaktom badaczy polskich i zachodnich teza o „polskich agresorach" słabnie, ale wciąż jest żywa. Z kolei Kreml przy każdej okazji torpeduje nasz wizerunek obrońców Litwinów czy Ukraińców i przedstawia jako kraj agresywny. Zwykli Rosjanie nie wiedzą, jak było naprawdę, i kupują to, co Kreml im sprzedaje. Rok 1920 wciąż odbija nam się czkawką.

      Pisze pan, że „piłsudczycy przegrali spór w świecie o zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej", a alianci nie uwierzyli, że to Polska pokonała sowiecką Rosję. Jak to możliwe?
      – Z Bitwą Warszawską jest jak z Fryderykiem Chopinem – sukces przypisuje się Francuzom.

      Po zwycięstwie zachodni liderzy nie złożyli gratulacji Piłsudskiemu. Francuzi uznali, że ojcem triumfu był szef alianckiej Misji Wojskowej w Polsce Maxime Weygand. On sam podkreślał, że nie wygrał tej bitwy, ale puszczano to mimo uszu i uznawano, że mówi tak, bo jest zbyt skromny. Dla Brytyjczyków zwycięzcą Bitwy Warszawskiej był premier Lloyd George, który życzył nam jak najgorzej.

      Skąd się to brało?
      – Zachodnim elitom nie mieściło się w głowach, że Polska, państwo znikąd, mogła wygrać z potężną Rosją – nieważne: białą czy czerwoną, ale Rosją.

      To poważny problem, gdyż do dziś nie udało nam się przekazać światu naszej narracji i wytłumaczyć, kto zatrzymał bolszewików.
      Obawiam się, że najlepszy moment po temu już minął – gdy po 1945 r. w światowej historiografii powstawały największe dzieła, my musieliśmy milczeć.

      A to rzeczywiście my wygraliśmy?

      CDN...
      • diabollo Re: Trochę historii, czyli polscy faszyści kochaj 05.10.21, 19:54
        – Wsparcie alianckie było znaczne, zwycięstwo byłoby niemożliwe bez broni, kredytów czy ponad tysiąca oficerów francuskich, wśród których był kpt Charles de Gaulle. To jednak nasza generalicja i Piłsudski przygotowali plany i nasze wojska je realizowały.

        Polscy dowódcy sprzeciwiali się zresztą niejednokrotnie zaleceniom francuskich sztabowców. Gdyby słuchano Weyganda, losy tej wojny potoczyłyby się inaczej.
        – Na szczęście go nie słuchano, gdyż miał chybione pomysły. Domagał się tworzenia głębokich okopów, czyli powtórki z Wielkiej Wojny. Na taką walkę byliśmy nieprzygotowani, a jedyną szansą była wojna manewrowa. I to doskonale zrozumiał Piłsudski.

        Brytyjski dyplomata Edgar Vincent D’Abernon uznał Bitwę Warszawską za 18. najważniejsze starcie w dziejach świata, ale ten pogląd jest na Zachodzie nieznany. W leksykonach 100 najważniejszych bitew sporadycznie wspomina się o nim obok grunwaldzkiej i wiedeńskiej. O ile jednak w latach 1410 i 1683 zwycięstwo nie było wyłącznie nasze, o tyle w 1920 już tak.

        Wśród Polaków funkcjonuje przekonanie, że Polska uratowała Europę przed bolszewikami, których następnym łupem padłyby Niemcy czy Węgry.
        – Polska uratowała siebie i kraje bałtyckie, ale nie Zachód. Lenin i Trocki nie przewidywali ataku na Niemcy, nie ma na to potwierdzenia w dokumentach. Przeciwnie – bolszewicy chcieli przekazać ziemie zaboru pruskiego Niemcom i wspólnymi siłami zniszczyć ład wersalski. Lenin i Trocki zdawali sobie sprawę, że w starciu z armiami zachodnimi Armia Czerwona nie ma żadnych szans.

        Nie planowano więc słynnego eksportu rewolucji i rewolucji permanentnej?

        – Bolszewicy wiedzieli, jaką siłą dysponują, choć nie odrzucali zupełnie takiego wariantu: zakładali, że jeśli rewolucja wybuchnie oddolnie na Węgrzech, w Niemczech czy Rumunii, to wówczas ruszą proletariuszom na odsiecz. W 1920 r. ruchy rewolucyjne w tych krajach były już jednak słabe, a w Rumunii nigdy ich nie było.

        Jednak można sobie wyobrazić, że w razie zwycięstwa nad Polską entuzjazm i fala rewolucyjna znowu by wezbrały, a Armia Czerwona ruszyłaby na zachód – wzmocniona przez polskich rekrutów. To, na czym jednak bolszewikom zależało przede wszystkim, to na „pieriedyszce": odbudowie przemysłu i powrocie do granicy rosyjsko-niemieckiej sprzed 1914 r. Kalisz byłby ostatnim sowieckim miastem na zachodzie.

        Wymienia pan wiele elementów owego „przegranego zwycięstwa", np. że wojna z bolszewikami negatywnie wpłynęła na akcję propagandową przed plebiscytami na Górnym Śląsku czy Warmii i Mazurach. Ten drugi i tak byśmy przegrali, ale nie musiałby się zakończyć klęską. A jak wojna wpłynęła na polską pozycję na Wileńszczyźnie?
        – Głównodowodzący wojsk alianckich Ferdynand Foch przyznał Polsce Wileńszczyznę, szkicując linię demarkacyjną. W 1919 r. Polacy założyli w Wilnie Uniwersytet Stefana Batorego. Nie była to granica ostateczna, ale jak to z prowizorkami bywa – była szansa, że się utrzyma. Aż do wyprawy kijowskiej Zachód nie kwestionował przynależności Wileńszczyzny do Polski. Dopiero później podważył nasze prawo do tego regionu.

        Gdy zobaczył w nas awanturników.
        – Tak. Ruszamy wówczas na Kijów, następnie cofamy się, Tuchaczewski zajmuje latem 1920 r. Wilno niemal bez walki, przekazuje je Litwinom, alianci się z tym godzą, Litwini świętują. Dlatego jesienią, zaraz po pokonaniu bolszewików, Piłsudski organizuje „bunt Żeligowskiego", aby wrócić do stanu sprzed wyprawy kijowskiej. Sytuacja była już jednak inna: Litwinom trudno było pogodzić się ze stratą raz zdobytego miasta, a napięcia do dziś są większe, niż byłyby, gdyby nie doszło do „buntu Żeligowskiego".

        A Zaolzie? W 1918 r. wszystko wskazywało na to, że Polska otrzyma Zagłębie Karwińskie i tereny, na których dominuje ludność polska. Tymczasem granica polsko-czeska została wytyczona na niekorzyść Warszawy. Kwestia zaolziańska również ma pana zdaniem ścisły związek z wyprawą kijowską i wojną z bolszewikami?
        – Tak. O ile nie możemy z całą pewnością powiedzieć, jakie byłyby dalsze losy Wileńszczyzny, gdyby nie wojna polsko-bolszewicka, o tyle w przypadku Śląska Cieszyńskiego sprawa wydawała się oczywista: Polska wygrałaby plebiscyt i zapewne dziś w naszych granicach leżałyby Karwina, Trzyniec czy Cieszyn lewobrzeżny. Nie doszłoby też w 1938 r. do aneksji Zaolzia w nieformalnym sojuszu z III Rzeszą.

        Co do dziś wyciąga nam Kreml.
        – I nie tylko on! Zaolzie ciągle nam się wypomina. W 1920 r. nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko je oddać. Jego losy miały rozstrzygnąć się latem, czyli gdy Tuchaczewski szedł na Warszawę. Wówczas premier Władysław Grabski, mając poparcie wszystkich stronnictw, wyjeżdża do Belgii na konferencję w Spa. Tam zaczynają się rokowania aliantów. Grabski zjawia się i prosi błagalnie o pomoc, a Lloyd George odpowiada: „Panie Grabski! Na kolana! Przeproś nas pan!". Grabski przeprasza, sypie głowę popiołem, to polska Canossa.

        Przeprasza za wyprawę kijowską?
        – Tak. Kaja się i oddaje w ręce aliantów. Ci zgadzają się pomóc, ale od teraz to oni będą podejmować decyzje w sprawie granic na Wschodzie. Grabski dostaje twarde warunki: Zaolzie dla Czechosłowacji, Wileńszczyzna dla Litwy, a granica wschodnia na linii Curzona. W Spa przegraliśmy wszystko, co tylko mogliśmy przegrać.

        To ciekawe również w kontekście rokowań mińsko-ryskich – byliśmy w stanie tak wiele zaryzykować, idąc na Kijów, a później w Rydze szybko go odpuściliśmy. Dlaczego w 1921 r. stanowisko polskie było tak diametralnie inne?

        CDN...
        • diabollo Re: Trochę historii, czyli polscy faszyści kochaj 05.10.21, 19:56
          – Tak widziała to większość polskiej delegacji na rozmowy z bolszewikami – a proszę pamiętać, że nie dominowali w niej już zwolennicy Piłsudskiego. Wraz z postępami Tuchaczewskiego i Budionnego latem 1920 r. słabła jego pozycja. Dochodzi nawet do tego, że na wniosek Romana Dmowskiego głosuje się za odwołaniem Marszałka z funkcji naczelnego wodza i zastąpieniem go Józefem Hallerem lub Józefem Dowborem-Muśnickim. Projekt Dmowskiego upadł, zdrowy rozsądek podpowiedział politykom, żeby zachować Piłsudskiego, bo mimo porażek cieszy się największym zaufaniem społecznym. Dmowski przegrywa to głosowanie, w geście protestu wyjeżdża do Poznania, Piłsudski zostaje, ale osłabiony. Wówczas zgodnie z małą konstytucją władzę przejmuje Sejm, w którym większość ma już Narodowa Demokracja. Sejm ustala skład delegacji ryskiej i dlatego jest w niej niewielu piłsudczyków.

          I dlatego upada koncepcja Piłsudskiego, by odsunąć Rosję jak najdalej na wschód i uznać Ukraińską Republikę Ludową Petlury.
          – Narodowcy uważali, że nie wolno zbytnio drażnić Rosji. Dmowski zachowywał do niej sentyment sprzed Wielkiej Wojny. Gdy Petlura zorientował się, że został zostawiony sam sobie, spróbował jeszcze zaatakować Rosję i wywalczyć sobie państwo, ale poniósł klęskę.

          To największa porażka Piłsudskiego i dlatego jesienią 1920 r. mówi: „Przegrałem zwycięstwo", a internowanych Ukraińców Petlury przeprasza, podkreślając, że w Rydze nie on podejmował decyzje.
          A gdyby Piłsudski miał po Bitwie Warszawskiej tak silną pozycję jak w 1919 r., czy rokowania ryskie potoczyłyby się inaczej i Kijów byłby polski?

          – Nie mieliśmy żadnych szans ani politycznych, ani militarnych, by zdobyć Kijów, zresztą nie dla Polski, tylko Ukrainy Petlury. Nie mogliśmy dalej walczyć. Trwała epidemia hiszpanki, tyfusu, alianci domagali się zakończenia wojny, sytuacja finansowa była dramatyczna: i tak już 60 proc. budżetu szło na armię. Społeczeństwo fantastycznie zmobilizowało się podczas Bitwy Warszawskiej, ale kilka tygodni później ochotnicy zaczęli się rozchodzić, również cywile domagali się pokoju – trudno im się dziwić po sześciu latach wojny. Lenin nie chciał nawet słyszeć o tym, że Rosja mogłaby nie kontrolować ziem ukraińskich, które należały do niej przed 1914 r.

          Później wielu komentatorów powie, że Ryga była powtórką pokoju andruszowskiego z 1667 r., gdy Polska i Rosja podzieliły między siebie Ukrainę ponad głowami jej mieszkańców. Nazywa pan błędem to, że polska delegacja zgodziła się na powstanie fikcyjnych państw: Ukrainy radzieckiej i Białorusi radzieckiej, oraz nazywa to błędem. Jakie to miało znaczenie, skoro te byty i tak były parapaństwami i prędko zostały przyłączone do ZSRR?
          – Podobnie twierdzili polscy delegaci – że nie ma to znaczenia. Tymczasem z punktu widzenia Moskwy była to koncepcja niezwykle atrakcyjna dla wielu narodów. Miała świadczyć o tym, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej i szanuje prawa narodów do samostanowienia. Jak wyglądała praktyka, to już zupełnie inny temat.

          Lenin jako Wilson Europy Wschodniej.
          – Tak. Polacy mogli też domniemywać, że Rosja radziecka upomni się o zachodnie części Białorusi i Ukrainy – doszło do tego 18 lat później. Piłsudski rozumiał to i ostrzegał: „Mają Kijów – będą chcieli Lwów. Mają Mińsk – będą chcieli Grodno, a może nawet Białystok". Delegaci byli jego zdaniem krótkowzroczni. Miał rację, ale czy sam byłby w stanie nadać inny bieg rokowaniom ryskim, czy wywalczyłby proklamowanie Ukraińskiej Republiki Ludowej Petlury – trudno przesądzić.

          Piłsudski widział w Sowietach takie samo zagrożenie jak w białych generałach?
          – Również tutaj miał rację. Politycy zachodni i Dmowski uważali, że eksperyment radziecki się nie powiedzie i prędzej czy później się zakończy lub Lenin porzuci rewolucyjną retorykę i stworzy normalną republikę.

          Nawet Watykan uległ złudzeniu, że Lenin tylko udaje bezbożnika, a w końcu będzie musiał się porozumieć z Cerkwią i stworzy demokratyczny kraj.
          Te złudzenia nie znikną i podczas II wojny światowej zachodni publicyści będą prezentować Stalina jako demokratę. Piłsudski uważał jednak, że Sowieci są wielokrotnie groźniejsi niż biali.

          Chciał zająć miejsce Rosji w Europie Środkowo-Wschodniej, ale poniósł porażkę. Czy kiedykolwiek miał szansę to zrealizować?
          – Piłsudski i jego otoczenie, gdy wyprawiali się na Kijów, twierdzili, że stoją przed dziejową szansą, bo rozpoczęła się nowa smuta: uważali, że muszą postępować inaczej niż polscy panowie w XVII w. i nie maszerować na Moskwę, że wystarczy zdobyć Kijów. Według ich planu Rosja miała przypominać Wielkie Księstwo Moskiewskie z XV stulecia: z jednej strony miała kończyć się na granicy Kaukazu, Kubania, Ukrainy, Białorusi i krajach bałtyckich, a z drugiej – na Uralu. Piłsudski projektował to od niemal 30 lat: sojusz wszystkich niezadowolonych z caratu, „więzienia narodów". W 1920 r. wydawało mu się, że był blisko jego realizacji, ale rozpadł mu się w Rydze. Niezwykle to przeżył.

          Nie było szans?
          – Fundamenty imperium rosyjskiego były bardzo silne, a marzenia okazały się utopią – byliśmy za słabi, było nas za mało, nie mieliśmy potencjału gospodarczego.

          A kto wygrał w Rydze?

          CDN...
          • diabollo Re: Trochę historii, czyli polscy faszyści kochaj 05.10.21, 19:57
            – To był zgniły kompromis, który nie satysfakcjonował żadnej ze stron. Ten pokój był raczej chwilowym rozejmem i stało się jasne, że ktoś prędzej czy później musi się o swoje upomnieć, a upomniał się ten, kto po 20 latach był silniejszy. Wiemy, kto to był.

            Piłsudski zdawał sobie sprawę, jak kruchy to pokój? W logice bolszewickiej traktat ryski przypominał traktat brzeski.
            – Zdawał sobie z tego sprawę lepiej niż inni politycy. Ale obie strony nie miały już zasobów, by kontynuować walkę. Ówczesny minister spraw zagranicznych Eustachy Sapieha powiedział: „Polska pokój musi zawrzeć, nawet bez gwarancji, że będzie trwały". Byliśmy ponadto osamotnieni. Alianci, a zwłaszcza Brytyjczycy, nie chcieli nam już pomagać, zależało im, by zamknąć rozdział europejskich wojen.

            Szczególnie że już niebawem mieli nawiązać relacje handlowe z Sowietami. Jak alianci przyjęli traktat ryski?
            – Odetchnęli z ulgą, że wreszcie mają spokój na Wschodzie. W Rydze ostatecznie okazało się, że Niemcom i Rosjanom nie udało się zburzyć ładu wersalskiego. Powstaje ład wersalsko-ryski. I zaczyna się polsko-radziecka zimna wojna.

            Prof. dr hab. Andrzej Chwalba – kierownik Zakładu Antropologii Historycznej w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Napisał kilkadziesiąt książek, m.in. „Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914-1918", „Legiony Polskie 1914-1918". W tym tygodniu nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jego nowa książka „Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918-1920"

            wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26202937,prof-andrzej-chwalba-nie-wytlumaczymy-juz-swiatu-kto.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka