Dodaj do ulubionych

Europa prowincją.

15.10.21, 16:09

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27079369,przez-ostatnie-trzy-stulecia-europa-byla-centrum-swiata-dzis.html#S.W-K.C-B.5-L.1.maly
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Europa prowincją. 16.10.21, 07:50
      Przez ostatnie trzy stulecia Europa była centrum świata. Dziś jesteśmy prowincją. Najbogatszą, ale jednak prowincją
      WYWIAD Katarzyna Wężyk

      Światem rządzą te kraje, które z optymizmem patrzą w przyszłość. To działa jak samospełniająca się przepowiednia. Rozmowa z Ivanem Krastevem

      KATARZYNA WĘŻYK: Możliwy jest powrót do przedcovidowej normalności?
      IVAN KRASTEV: Nie wydaje mi się. COVID-19 bywa porównywany do wojny, pamiętajmy jednak, że wojna nie kończy się w dniu kapitulacji wroga. Wielu ludzi ginie, gdy już umilkną armaty, w powojennym chaosie i destabilizacji. No i co to oznacza, że „pandemia się skończy”? Na poziomie rządowym to otwarcie kraju i gospodarki. I tak, otworzymy się, ale nadal będziemy się bać, że w każdej chwili wróci lockdown. Jesień może być przełomowa dla kolektywnej psychiki, ponieważ niektóre kraje będą musiały znów się zamknąć, a to wywoła kolejny kryzys, tym razem polityczny. Poza tym OK, jesteś zaszczepiona, myślisz, uff, to koniec – ale to nieprawda.

      Nie?
      – Po pierwsze, pojawiają się nowe warianty wirusa i już zaczynamy rozmawiać o tym, w jakim stopniu szczepionki są wobec nich skuteczne. Po drugie, jest spora grupa ludzi, którzy nie chcą się zaszczepić. W jednych krajach mniej, w innych więcej, ale ich opór, a z drugiej strony strach, że przez nich nigdy nie osiągniemy odporności populacyjnej, będzie silny.

      Niektórzy będą używać argumentów libertariańskich: to mój wybór i moje ryzyko. Inni odpowiedzą: nie, narażasz także mnie. Czy jeśli moi współpracownicy nie będą zaszczepieni, będę musiał w pracy chodzić w masce? Zmusić ich do noszenia masek? Rządy będą musiały to uregulować. Po trzecie, nawet jeśli Europa faktycznie osiągnie odporność populacyjną, to wcale nie oznacza, że wszystko wróci do stanu przedcovidowego. Bo czy ktoś, nawet zaszczepiony, będzie chciał w 2022 r. polecieć do Indii, widząc to, co się tam dziś dzieje?

      Jedna ważna rzecz się zmieniła: przez najbliższe trzy do pięciu lat, wybierając cel podróży, za każdym razem będziemy się zastanawiać, co się stanie, jeśli na miejscu się rozchorujemy. Niekoniecznie na COVID. Pytanie, czy chcemy wylądować w miejscowym szpitalu, stanie się kluczowe. Dlatego efektem będzie spadek dochodów z turystyki, bardzo ważnego biznesu – w niektórych krajach odpowiada za 10-12 proc. PKB. Będziemy podróżować, ale bliżej, nie do egzotycznych miejsc, którymi chwaliliśmy się wcześniej. Można to porównać do zapaści w branży lotniczej po 11 września – ludzie tak bali się latać, że powrót do stanu przed atakiem na WTC zajął dekadę. Dlatego ta nowa normalność będzie inna. COVID stanie się chorobą przewlekłą: nieuleczalną, ale nauczymy się z nią żyć. Podobnie z kryzysem pandemicznym – też stanie się chroniczny. Będziemy świadomi jego istnienia, ale z czasem będziemy coraz mniej o nim myśleć. Paradoksalnie, Chorwacja, Włochy, Grecja czy Albania na pandemii zyskają, bo zamożni europejscy turyści będą chcieli odpoczywać bliżej domu, w miejscach, których się nie boją.

      Jest jeszcze wymiar geopolityczny. Chiny nie wpuszczają zaszczepionych Pfizerem, a UE nie będzie wpuszczać zaszczepionych chińskimi preparatami. Zwłaszcza że Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, sprzedają szczepionki do Afryki i Ameryki Południowej, ale o europejskie atesty nawet nie aplikowały.

      Czyli co, podzielimy się jak za czasów zimnej wojny? Tylko tym razem linie podziałów wyznaczy marka szczepionki?
      – Tak, globalizację zastąpi regionalizacja. Widać to już na poziomie ekonomicznym. Pandemia sprawiła, że nie chcemy już być zależni od masek czy szczepionek wyprodukowanych na drugim końcu świata, zwłaszcza w krajach, którym nie ufamy. Ale nie oznacza to, że koniecznie muszą być produkowane w twoim kraju, to byłoby za drogie. Obserwujemy więc restrukturyzację globalnych łańcuchów dostaw: część z nich się skróci, ale nie aż do poziomu państw narodowych, bo – przynajmniej w Europie – narodowych gospodarek już nie ma. Będziemy za to mieli dużo bardziej ekonomicznie skonsolidowane regiony.

      O chwianiu się ustanowionego po 1989 roku porządku rozmawiamy od lat. Zagrażał mu najpierw kryzys 2008 roku, potem kryzys euro, kryzys uchodźczy, prawicowy populizm, pesymizm, wreszcie katastrofa klimatyczna. Jeśli jednak należysz do klasy średniej w zamożnym społeczeństwie, przez ostatnią dekadę twoje życie się dramatycznie nie zmieniło. Dlaczego z COVID-em miałoby być inaczej?


      – Życie Europejczyka z klasy średniej może i nie, ale firmy, zwłaszcza te operujące na rynku globalnym i w sektorze technologicznym, odczuwają tę zmianę. Rosja właśnie zapowiedziała, że nie wpuści zachodniego audytu do niektórych gałęzi przemysłu. Firmy technologiczne muszą się profilować albo na segment rynku zdominowany przez USA, albo przez Chiny. Czują presję, by zająć stanowisko w sprawach, co do których jeszcze dziesięć lat temu nie musiały się deklarować. A kryzysy się nawarstwiają. Każdy z nich przyczynił się do tego, że zjawiska, które niedawno tylko majaczyły na horyzoncie, dziś odczuwamy coraz silniej. Na przykład przesunięcie globalnego centrum do Azji. To tam dziś odbywa się najważniejsza gospodarcza, polityczna, ale także ideologiczna konfrontacja. Jeszcze podczas zimnej wojny Europa nie była co prawda głównym graczem, ale to tam ścierały się dwa supermocarstwa. Dziś jej miejsce zajęła Azja. Skąd przyjechał pierwszy zagraniczny przywódca, który odwiedził Joego Bidena w Białym Domu? Wcześniej zawsze był to Europejczyk: premier Wielkiej Brytanii albo kanclerz Niemiec. Teraz – premier Japonii. A potem prezydent Korei Południowej. To dziś są najważniejsi sojusznicy Ameryki, bo niemal wszystko w polityce zagranicznej USA kręci się wokół Chin.

      CDN...
      • diabollo Re: Europa prowincją. 16.10.21, 08:00
        A Europa?
        – Traci znaczenie. Wiedzieliśmy, że to nieuniknione, bo już dziś widać, że jesteśmy nadreprezentowani. W latach 60. w Europie mieszkało ponad 20 proc. globalnej populacji, dziś – niecałe 10 proc. Oczywiście każdy kraj i każdy kontynent siebie umieszcza w centrum, tyle że Europejczycy akurat zawsze mieli dobre powody, przynajmniej przez ostatnie trzy stulecia. Dziś jesteśmy prowincją. Najbogatszą, ale jednak prowincją. Jeśli patrzysz z USA, Chin, Indii, a nawet Rosji, Europa nie jest już ani tak ważna, ani tak wpływowa. Dużą rolę odgrywa też samopoczucie mieszkańców danego regionu. To element miękkiej siły: rządzą światem te kraje, które z optymizmem patrzą w przyszłość. To jak z ludźmi – osoby inteligentne, które jednak są ponurakami, raczej nie bywają zarzucane zaproszeniami na kolację. Dziś widzimy ogromny wzrost optymizmu w Azji, zwłaszcza w Chinach. Gdy państwo czuje, że jego siła rośnie, a świat staje się dla niego gościnnym miejscem, działa to jak samospełniająca się przepowiednia. Na przykład po raz ostatni ZSRR był realną konkurencją dla USA w latach 60., bo sowieckie społeczeństwo dzięki podbojowi kosmosu i poststalinowskiemu otwarciu patrzyło z nadzieją w przyszłość. Gdy ta nadzieja się skończyła, wewnętrzny pesymizm doprowadził do utraty międzynarodowego statusu. Dziś pytanie brzmi, czy Europie uda się odzyskać optymizm. Bo tu nie chodzi tylko o władzę.

        To o co?
        – UE ma ten sam problem, co CEO wielkiej korporacji, który przeszedł na emeryturę. Taka osoba może znaleźć nowy sens życia w przyjaźni, hobby, opiece nad wnukami. Gorzej, jeśli utrata statusu sprawi, że były prezes zgorzknieje i będzie żył tylko wspomnieniami czasów, gdy on stał u steru.

        Ale Europa przestała być pępkiem świata już kilka dekad temu. Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do tego, że jesteśmy luksusową rezydencją na jesień życia, która chętnie przyjmie pielęgniarzy, byle nie za dużo, bo nam standard spadnie?
        – Ale jeszcze do niedawna to UE miała być przyszłością. W latach 90. Europa zaczęła redefiniować ideę władzy, tak żeby w jej centrum umieścić europejski projekt. Powiedzieliśmy: OK, nie mamy amerykańskiej potęgi militarnej ani demografii Chin czy Indii, ale to my jesteśmy laboratorium przyszłości. Eksperymentujemy z postmodernistycznym społeczeństwem i postsuwerennymi państwami. Nie jesteśmy może najpotężniejsi, ale za to najbardziej interesujący.

        W latach 90. byliśmy, owszem, starym kontynentem, ale jednocześnie najbardziej nowatorskim miejscem. I aż do połowy pierwszej dekady tego wieku ten pomysł działał. UE przyciągała nowych członków – życie w laboratorium jest ciekawe, zwłaszcza jeśli eksperymenty nie są bolesne. A potem straciliśmy napędzające nas przekonanie, że nasz eksperyment jest dla innych interesujący.

        Europejski uniwersalizm zmienił się w europejską wyjątkowość, a my przeszliśmy, także intelektualnie, na pozycje obronne. W 2019 r. większość Europejczyków uważała, że lepiej już było. Nie wiemy, kiedy dokładnie, w różnych czasach dla różnych ludzi – ale nostalgia jest powszechna. I nie wiem, czy dziś będzie nam łatwo odzyskać pewność siebie.

        I znów patrzeć w przyszłość?
        – Łatwo nam wracać do europejskiej przeszłości – była bogata i interesująca. Ale ważna jest przyszłość: ludzie muszą chcieć tu żyć dlatego, że to najciekawsze miejsce na ziemi. Nie wiem, czy to się uda. Dziś Europa próbuje pokazać, że nawet jeśli jesteśmy na emeryturze, to wciąż mamy przydatne na rynku pracy umiejętności. Stąd np. przechodzenie na gospodarkę bezemisyjną. Ale emerytura i transformacja to nie jest łatwe połączenie.

        Ale czy COVID nie nauczył nas cenić bezpiecznej nudy? Indie są dziś bardzo „ciekawym” miejscem, ale nikt nie chciałby tego doświadczyć na własnej skórze.
        – A to zależy od wieku i pozycji społecznej. Nuda dobrze pasuje do dostatniego wieku średniego i starszego, nie młodości. I masz rację, COVID wszystkim dodał lat i szoków mamy ostatnio dość. Ale jest druga strona tego medalu. Uosabia je słowo „odporność”, dziś odmieniane przez wszystkie przypadki. Tylko co odróżnia odporność (resilience) od rozkładu (decay)?

        A to nie odporność ma nas przed rozkładem obronić?
        – Ale może go też przyspieszyć. Weźmy to, jak różne kraje odpowiadają na covidowy kryzys. Amerykanie wypalili z grubej rury. Włożyli trzy razy więcej pieniędzy niż my w pakiet stymulacyjny, także dlatego, że mają większe problemy, ze służbą zdrowia czy infrastrukturą. Ale w USA odpowiedzią na każdy kryzys jest: „wymyślamy się na nowo”. Może im się udać, może nie, piłka jest w grze.

        Z kolei w Europie odporność to koncept defensywny. Oznacza próbę utrzymania tego, co już mamy, za wszelką cenę. Odporność jest ważna na krótką metę, ale na dłuższą zwyczajnie nie da się obronić przed zmianą. W latach 70. państwa socjalistyczne były bardzo odporne.

        Ale ich odporność była tak naprawdę stagnacją?
        – Tak. Dlatego też mam problem z tym, jak radzimy sobie z covidowym ryzykiem – w Europie mamy nań bardzo mały apetyt. Najlepszym przykładem jest AstraZeneca. Nie ma szczepionki, która nie wywołuje skutków ubocznych dla małej grupy ludzi, ale nie potrafimy tego zaakceptować. A przecież nawet jak przechodzisz przez ulicę na zielonym, istnieje ryzyko, że jakiś szaleniec cię przejedzie. Tymczasem dziś w Europie rządy próbują wmówić ludziom, że mamy pozbawione ryzyka rozwiązania wszystkich problemów. Efektem oczywiście jest rozczarowanie, gdy obietnica okazuje się niemożliwa do spełnienia. I kolejny spadek zaufania do polityków. W przypadku AstraZeneki przez ostatnie trzy miesiące usłyszeliśmy, że nie działa, że działa, że działa dla tych powyżej 65. roku życia albo tych poniżej 60. I to wszystko prawda, nowe badania generują nowe dane. Ale jak można pogodzić bycie tak dokładnym, jak to tylko możliwe, z ideą, że ludzie powinni ufać swojemu rządowi? Negatywnym skutkiem pandemii jest to, że pogłębia w społeczeństwie nieufność.

        W tym nieufność do nauki?
        – Na początku byłem większym optymistą, bo wtedy jeszcze chodziło o zdrowie, nie gospodarkę, a swojemu lekarzowi ufamy bardziej niż ekonomistom. Ale postępom pandemii towarzyszą teorie spiskowe, które rozprzestrzeniają się w tempie wirusa. I nie kupuję tezy, że to zorganizowana akcja obcych rządów. Przyczyny są dużo głębsze. Myślenie spiskowe to paradoksalne zwycięstwo oświecenia nad średniowieczem, bo oferuje racjonalne – przyczynowo-skutkowe – wyjaśnienie, dlaczego coś się dzieje. I wskazuje, kto „naprawdę” ma władzę w czasach, gdy jest ona coraz bardziej rozproszona. Dużo prościej uwierzyć, że to Bill Gates chce zaczipować globalną populację, niż że za pandemię odpowiada przypadek. To bardzo silna narracja, zadająca kłam teorii, że wielkie narracje umarły. Teorie spiskowe zastąpiły dziś ideologie. To one tworzą tożsamości.

        A czy zastąpiły religie? Bo wydawałoby się, że jak trwoga, to do Boga, a jakoś nie widać, żeby religijność wzrosła.
        – Debata o świeckich religiach zaczęła się na początku XX w. wraz z rewolucją bolszewicką. I faktycznie, w miarę jak wiara staje się prywatna i przegrywa z ideologiami, silne przekonania przenoszą się z religii na politykę. Wciąż zadajemy egzystencjalne pytania, a nawet rozmawiamy ze swoim Bogiem, ale to nie oznacza, że chodzimy do świątyń albo przestrzegamy nauki Kościoła. W Europie widać to wyraźnie. I COVID pogłębił ten trend. W pandemii wzrosła liczba zmarłych i zmniejszyła się liczba tradycyjnych pogrzebów. Dla osób religijnych to straszne: opuszczać ten świat w samotności, najpierw w szpitalu, potem na cmentarzu.

        CDN...
        • diabollo Re: Europa prowincją. 16.10.21, 08:02
          Kościół zapewniał wspólnotę, a teraz nie może tego zrobić. I jak radzimy sobie bez niej?
          – Rośnie rola tożsamości politycznych. Patrzyłem niedawno na europejskie sondaże i jestem przekonany, że tak spolaryzowane politycznie kraje, jak Polska i Węgry, w których dziś jesteś tylko albo za rządem, albo przeciw, za pięć do dziesięciu lat będą państwami bardzo liberalnymi.

          Polskie społeczeństwo zawsze było dość konserwatywne, prawa osób LGBT nigdy nie były u was szczególnie popularne, nawet poza PiS. Mieliście pewien konserwatywny konsensus – aż w 2015 r. jedna z partii postanowiła zrobić z niego broń. Dziś polskie społeczeństwo nieszczególnie zmieniło poglądy na temat praw mniejszości, ale zmieniło się to, że krytykowanie tychże praw oznacza automatycznie wspieranie partii rządzącej. A jeśli twoja polityczna tożsamość to anty-PiS, nagle jesteś zmuszona może nie tyle zmienić poglądy na temat małżeństw jednopłciowych czy aborcji, ale na pewno inaczej o nich mówić. To stało się w latach 80. w USA właśnie w kwestii aborcji. Wcześniej nie była to sprawa ważna dla białych mężczyzn z klasy średniej, a podejście Republikanów i Demokratów niespecjalnie się różniło. A potem aborcja stała się kwestią polityczną.

          Prawicowi aktywiści uznali, że będzie świetnym narzędziem mobilizacji.
          – I w ciągu kilku lat polityczna tożsamość zaczęła dyktować poglądy na aborcję. Tyle wystarczyło, żeby kwestia, która wcześniej nieszczególnie ludzi interesowała, zaczęła budzić ogromne emocje po obu stronach. Tam, gdzie polaryzacja polityczna jest słabsza i nie ma wojen kulturowych, można zmienić rząd, nie zmieniając kulturowego konsensusu. Ale jestem przekonany, że za kilkanaście lat historycy stwierdzą, że jednym z głównych przyczyn szybkiej liberalizacji polskiego społeczeństwa był rząd PiS.

          Rząd próbuje ten trend odwrócić, fundując najmłodszemu pokoleniu powrót do przeszłości: Jan Paweł II na listach lektur i wychowanie do życia w patriarchalnej rodzinie jako przedmiot priorytetowy.
          – Efektem będzie ukształtowanie pokolenia, dla którego Jan Paweł II to obowiązek, więc nigdy się nim autentycznie nie zainteresują. To samo komuniści zrobili z marksizmem. A to niedobrze, bo Wojtyła był ważną postacią i jego dorobek może być interesujący – można się z nim zgadzać lub nie, ale wpisuje się w ważną etyczną debatę. Tyle że nie dochodzi do niej, kiedy lektura zostaje ludziom narzucona. Nie da się zatrzymać zmiany, nikomu to się nigdy nie udało, ale można ją kształtować. To nie grawitacja, nie jest tak, że nic się z tym nie da zrobić.

          Ale wymaga to elastyczności i pewnej jednak wiary w postęp, której tradycjonalistycznym reżimom brakuje?
          – Jest jeszcze kwestia cykli politycznych. 10, 12, nawet 8 lat to w polityce długo. Orbánowi na przykład będzie trudno wygrać następne wybory. Ludzie są po prostu zmęczeni. W społeczeństwie demokratycznym od czasu do czasu po prostu chcesz zmiany, cokolwiek by ta zmiana miała oznaczać. Do tego polityczna polaryzacja konsoliduje pewne grupy w społeczeństwie, ale za cenę alienowania pozostałych. Prorządowa grupa staje się tak ideologicznie zwarta, że nie jest w stanie rozmawiać z grupami, które nie podzielają jej przekonań. A jest wśród nich nie tylko podobnie zmobilizowana opozycja, ale też ludzie, którzy nie mają silnych poglądów, ale już nie kupują retoryki partii rządzącej. Wreszcie, problem konfliktu pokoleń.

          Konfliktu pokoleń?
          – Na kilku płaszczyznach. Musimy się cofnąć do 1968 roku, który był starciem pokoleń zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Tyle że na Zachodzie wygrali go młodzi, a na Wschodzie starzy. Nie tylko politycznie, utrzymując władzę, ale też kulturowo: to ich język i postrzeganie świata przez następne dwie dekady dominowały. I choć od 30 lat, na dobre i na złe, światem rządzą baby boomerzy, wschodni przedstawiciele tej generacji są sfrustrowani. Powitali rok 1989 jako powtórne przyjście roku 1968, tyle że było to zwycięstwo młodości, która zdążyła już się zestarzeć. Rewolucja przyszła o 20 lat za późno, a oni wciąż uważali się za młodych. Dlatego też w latach 90. nie było miejsca dla pokolenia X – bo jeśli 50-latkowie są młodzi, to kim są 20-latkowie?

          Osobami mającymi cierpliwie czekać na swoją kolej...
          – Dziś konflikt pokoleń przeniósł się na pandemię. Na początku to młodzi byli w lepszej pozycji, bo ryzyko śmierci na COVID jest dużo niższe, gdy masz 20 lat, niż gdy masz lat 60. Ale pojawiły się szczepionki i kolejność się odwróciła, to starsi są szczepieni wcześniej. No i to życie młodych zmieni się dużo bardziej niż życie starych. Studiowanie wygląda zupełnie inaczej, rynek pracy też musiał się dostosować. Jestem ciekaw, jaka będzie polityka konfliktu pokoleń w postpandemicznym świecie. Na pewno zderzą się różne wrażliwości, kształtowane przez zupełnie inne doświadczenia. Nawet jeśli w lockdownie byliśmy razem, często w jednym domu, młodzi przeżywali go inaczej niż starzy. Ale jeszcze za wcześnie, żeby oceniać, co z tego wyniknie.

          Zwłaszcza że dynamika pandemii jest podobna do dynamiki zakażenia: nie jest linearna, nie jest tak, że masz kryzys, a potem zdrowiejesz. W poważniejszych przypadkach COVID-u ósmego dnia pacjent zaczyna się czuć lepiej i wtedy przychodzi gwałtowne pogorszenie. Jeśli je przeżyje, to potem miesiącami zmaga się z różnymi przypadłościami. To samo dzieje się na poziomie politycznym. Państwa, które pół roku temu chwaliliśmy za świetne radzenie sobie z pandemią, jak Niemcy, z trzecią falą poradziły sobie dużo gorzej. Z kolei Amerykanie i Brytyjczycy, którzy wcześniej byli na czele stawki w zachorowaniach i zgonach, dziś szczepią najszybciej i już się otwierają. W pandemii nie wiesz, co zadziała, zwycięzcy i przegrani zamieniają się miejscami, a to generuje niepewność. Dziś świat jest zainfekowany niepewnością, nie strachem.

          Dla mnie najtrudniejsze było poczucie braku kontroli. Brak wpływu na to, jak przejdziesz chorobę ani kiedy cię zaszczepią. I niby w normalnych warunkach też za dużo tej kontroli nie ma, ale mieliśmy przynajmniej jej iluzję. Uprzywilejowany Zachód poczuł się nagle jak reszta świata – czy to doświadczenie nas zmieni?
          – Nie wiem, bo pamięć o pandemii zazwyczaj blednie szybciej niż pamięć o wojnie. Ale problem niepewności jest ciekawy. Wyobraź sobie, że urodziłaś się 200 lat temu w małej wiosce i żyjesz z ziemi. Byłabyś przyzwyczajona do niepewności. Nie miałabyś żadnej kontroli nad tym, czy wiosną będzie padać, a latem świecić słońce, a od tego zależy, czy będziesz miała co jeść. Paradoksalnie, im bardziej skomplikowany stawał się świat, tym bardziej jego złożoność kompensowało poczucie większej pewności. A przez COVID zrozumieliśmy, że żyjemy w świecie równie niepewnym, jak świat chłopa 200 lat temu. To, że ktoś w Wuhanie zakaził się nowym wirusem, jest przecież zupełnie poza moją kontrolą. Sprawne instytucje i kondycja ochrony zdrowia mają znaczenie, ale też nie dają pełnej ochrony. I racja, nie wydaje mi się, żeby ludzie byli dziś w stanie ten poziom niepewności tolerować.

          To jak sobie z nim poradzą?
          – Zapominając o tym, jak się czuli w pandemii. Bardzo bym się zdziwił, gdyby ta trauma miała poważniejsze skutki. To jak z atakiem serca: po wyjściu ze szpitala obiecujesz sobie, że rzucisz niezdrowe nawyki, i przez pierwsze pół roku zmieniasz swoje życie – ale ilu jest w stanie w tym wytrwać?

          Ciekawie też, że pandemiczny brak kontroli wpływa na rządy i społeczne zaufanie. To nie przypadek, że Niemcy przeżywają koronawirusa mocniej niż Bułgarzy. My zawsze uważaliśmy, że nasz rząd jest niekompetentny, więc szoku nie ma, ale oni byli przekonani, że wszystko mają pod kontrolą – a okazało się, że wcale nie. Ale musimy wrócić do tej rozmowy za trzy lata, bo teraz to tylko domysły.

          CDN...
          • diabollo Re: Europa prowincją. 16.10.21, 08:03
            Z jednej strony mamy impuls, żeby jak najszybciej wrócić do tzw. normy, z drugiej strony wiemy, że nasza przedcovidowa norma jest, z powodu katastrofy klimatycznej, nie do utrzymania. Tę świadomość widać w planie ratunkowym administracji Bidena.
            – Pandemie, podobnie jak wojny i rewolucje, bywają motorem postępu. Miejskie wodociągi i oczyszczalnie ścieków to efekt dziewiętnastowiecznych epidemii cholery. Więc tak, wiele się zmieni, ale nie będzie to radykalna zmiana w kierunku utopii – nie zdecydujemy, że teraz oto będziemy mieć bardziej sprawiedliwe społeczeństwo, więc odbierzemy uprzywilejowanym i damy tym przywilejów pozbawionych; opór będzie za silny.

            Ale nawet wierząc, że tylko odbudowujemy „normalne życie”, stworzymy coś nowego. Bo nie da się wrócić do tego, co było. Weźmy kwestię długu. Wcześniej największym problemem ekonomistów była inflacja i dług publiczny. Jak tylko inflacja szła w górę, trzeba było podnosić stopy procentowe i nie dopuścić, żeby urósł dług publiczny, bo to nieodpowiedzialne. To był konsensus, a ludzie, którzy go nie podzielali, byli uznawani za wariatów. A dziś w Stanach nie masz nikogo, nawet wśród Republikanów, kto ci powie, że najważniejsza jest kontrola długu publicznego. A to ogromna i nagła zmiana. Doszło do niej, bo pojawił się kryzys, a poprzednie metody rozwiązywania kryzysów okazały się nieskuteczne. Tyle że nie jest to rodzaj rewolucji, w którą wierzy lewica. Nie będzie żadnego „potrzebujemy zupełnie innego społeczeństwa i teraz je zbudujemy”. Zmiany, niektóre nawet na lepsze, pojawią się raczej jako niezamierzone konsekwencje rozwiązywania problemów.

            Mimo pandemii wciąż łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż kapitalizmu?
            – Tak. Ale przynajmniej wiemy, że niektóre rzeczy się kończą.

            Ivan Krastev jest szefem Centrum Strategii Liberalnych w Sofii, wykładowcą Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu, członkiem rady think tanku ECFR, stałym autorem m.in. „The New York Timesa”

            wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27079369,przez-ostatnie-trzy-stulecia-europa-byla-centrum-swiata-dzis.html#S.W-K.C-B.5-L.1.maly

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka