Dodaj do ulubionych

Od dziaderstwa do dziadostwa

23.10.21, 10:07
Od dziaderstwa do dziadostwa - historia końca Polskiej Akademii Nauk
Kamil Kulesza

Pensja zasadnicza, pensja profesorska, "członkowe", emerytura i samochód z kierowcą. Jak zarabia się w PAN

Tekst "Nauka Polska 2047. List z przyszłości" opublikowany trzy lata temu w „Magazynie Wyborczej" okazał się proroczy. Wkrótce po publikacji pojawiało się coraz więcej informacji o powszechnym w środowisku akademickim plagiatorstwie - łapano na nim nawet rektorów dużych uczelni publicznych. Niezmiennie motywacjami były sprawozdawczość akademicka oraz zdobywanie kolejnych stopni i tytułów. Rosła społeczna świadomość tego, jak bardzo fasadowa jest zinstytucjonalizowana nauka polska i jak mocno brakuje w niej uczciwości intelektualnej. Po rozluźnieniu restrykcji pandemicznych część kadry akademickiej, zwłaszcza starszej, starała się przywrócić status quo ante, ale dżina nie dało się ponownie zamknąć w butelce.

W kolejnych latach po pandemii zaczęto przyglądać się również Polskiej Akademii Nauk. Zadano sobie pytania, jak to możliwe, że crème de la crème nauki polskiej, instytucja zrzeszająca najwybitniejszych uczonych, w 2047 roku działa jako skansen prowadzony przez grupę rekonstrukcji historycznych. Dziennikarze i komentatorzy w połowie XXI stulecia zastanawiali się, jak to możliwe, że profesorowie PAN, niczym niegdyś polscy biskupi, stali się symbolem działania w poczuciu bezkarności, prywaty oraz upadku intelektualnego i moralnego. Czemu Akademia stała się "modelową organizacją antyinnowacyjną", której długofalowe konsekwencje istnienia okazały się znacznie bardziej kosztowne niż tylko wartość publicznych środków wydawanych na nią przez dziesiątki lat. A także, jakie ustalenia przez audytorów i kontrolerów sprawiły, że jeden z nich w głośnym wywiadzie stwierdził, że mniej go zaskakuje, że „kradną w PAN" niż to, "jak kradną w PAN". Bo, jak to ujął, "w przypadku profesorów oczekiwałbym pewnego poziomu wyrafinowania. Tymczasem spora część audytowanych zachowań nie wykraczała poza schematy drobnych biznesmenów cwaniaczków z początku lat 90. XX wieku".

Towarzysz Stalin wskazuje akademikom kierunek
Historia PAN sięga początku lat 50. XX wieku, kiedy to w ramach stalinizacji postanowiono zbudować przeciwwagę dla części naukowców ciągle jeszcze hołubiących idee niezależności akademickiej. Do instytucji kopiującej stalinowskie rozwiązanie organizacji życia akademickiego włączono, wraz z całym majątkiem, istniejące wcześniej towarzystwa naukowe, np. Polską Akademię Umiejętności czy instytuty naukowe, jak Państwowy Instytut Matematyczny. Siedzibą Polskiej Akademii Nauk został świeżo wybudowany Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina.

Polska Akademia Nauk miała pełnić podobne funkcje jak jej radziecki wzór. Z jednej strony liczono że będą tam prowadzone przez wybitne jednostki badania na wysokim poziomie. Z drugiej - większość kontaktów zagranicznych w czasach komuny była prowadzona z udziałem PAN. Wyjazd, nawet na staż, drastycznie podnosił stopę życia osób, które wracały z twardą walutą. Gdy na mieszkanie czekało się po kilkanaście lat, z naukowego pobytu zagranicznego przywoziło się często dość dewiz, aby kupić mieszkanie, a nawet dom.

Dodatkowo członkostwo w PAN łączyło się z licznymi przywilejami, wśród których wysokie dodatkowe świadczenia pieniężne (tzw. członkowe) nie były najważniejsze. Członkowie PAN często z radziecka zwali się akademikami, co mile łechtało próżność wielu. W połączeniu ze skrupulatnym nadzorem służb stanowiło to doskonały sposób rozwijania konformizmu.

Przemiany ustrojowe skutkowały utratą przez PAN statusu osobnego resortu. Ale poza tym niewiele się działo. Zmiany zachodziły powoli i w sposób mocno losowy. Większość osób zaznajomionych z zagadnieniem skłania się ku poglądowi, że forma, w której działał PAN od początku XXI wieku, powstała niejako przypadkiem i była jeszcze jednym smutnym przykładem niechlujstwa legislacyjnego z tamtych czasów.

W efekcie powstała idealna struktura do rozmywania i unikania odpowiedzialności. I to nawet jak na warunki polskie, gdzie o pierwszych trzech dekadach od transformacji ustrojowej mówiono, że powstało państwo wyjątkowo przyjazne dla nieudaczników zarządzających sprawami i pieniędzmi publicznymi.

Kilkanaście milionów na „członkowe"
W okresie, o którym mówimy, na PAN składały się trzy w dużym stopniu niezależne od siebie części:

1. Korporacja uczonych

Wzorem przedwojennej Polskiej Akademii Umiejętności czy brytyjskiego Royal Society członkowie PAN mieli stanowić panteon około 350 najtęższych umysłów o wybitnych osiągnięciach. W praktyce różnie bywało. W matematyce w większości wypadków była to prawda. Ale już w dziedzinach leżących blisko wymiernej matematyki poziom intelektualny i dorobek osób wybieranych na członków PAN budził wątpliwości. Mówiono o fasadowości karier bazujących na spełnianiu formalnych kryteriów sprawozdawczości naukowej, ale w oderwaniu od istotnych zagadnień badanych w świecie. Te krytyczne uwagi dotyczyły dziedzin m.in. istotnych z punktu widzenia cywilizacyjnego rozwoju w XXI wieku związanych z nowymi technologiami.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 10:08
      W pierwszej połowie XXI w. większość większość członków była raczej związana z uczelniami niż zatrudniona w instytutach PAN. Mimo to i tak nie wywierała raczej zauważalnego wpływu na świat zewnętrzny. Ich aktywność ograniczała się do udziału w rzadko zwoływanych posiedzeniach, tzw. Zgromadzeniach Ogólnych PAN, na których dokonywano m.in. wyboru prezesa na kolejną kadencję. Drugą, już comiesięczną, aktywnością było pobieranie tzw. członkowego. Było to świadczenie z tytułu członkostwa w PAN wysokości kilku tysięcy złotych miesięcznie. Łączny koszt „członkowego" dla budżetu państwa zamykał się kwotą kilkunastu milionów złotych rocznie.

      2. Instytuty PAN

      W czasach, o których mówimy, było około 70 instytutów PAN. Wśród nich znajdowały się jednostki bardzo dobre, jak na przykład Instytut Matematyczny PAN, jednak była to zdecydowana mniejszość – szacunkowo około dziesięciu. Reprezentowały dość szerokie spektrum - poza naukami matematycznymi i przyrodniczym, były też dwa-trzy instytuty z obszaru szeroko pojętej humanistyki.

      Każdy z instytutów miał osobowość prawną i był kierowany przez dyrekcję wybieraną przez radę naukową instytutu. Zamęt legislacyjny doprowadził do tego, że choć dyrekcje miały dużą samodzielność, to ich rzeczywista odpowiedzialność była niewielka. Sytuacja ta skutkowała pojawieniem się w dyskursie publicznym sformułowania "feudałowie bez odpowiedzialności".

      Łączne wydatki państwa na sieć instytutów szacowane były na blisko 2 mld zł rocznie. Dodatkowo instytuty korzystały z dużego zasobu nieruchomości, często położonych w atrakcyjnych lokalizacjach, jak centra dużych miast.

      3. Władze PAN

      Od przełomu XX i XXI w. w praktyce nie miały rzeczywistych obowiązków związanych z siecią instytutów. Sami prezesi, zapraszani na komisje sejmowe, twierdzili, że ich możliwości kontroli i wpływania na instytuty są praktycznie żadne. Nie do końca była to prawda, jak okazało się w praktyce, mocno trzymało się „telefonnoje prawo", wzorowany na sowieckim mechanizm sprawowania pozaformalnej kontroli. Niewielu dyrektorów miało odwagę sprzeciwić się nieformalnym naciskom prezesów.

      Władze PAN zarządzały pewną liczbą jednostek pomocniczych, w tym tzw. stacji naukowych poza granicami Polski - w większości wypadków spadkiem po poprzednim ustroju i miejscem lukratywnych synekur. Były też jednostki społecznie użyteczne, jak Biblioteka Kórnicka i tamtejsze arboteum.

      W gestii władz PAN pozostawał wart wiele miliardów złotych bank państwowych nieruchomości, udostępnionych, aby wspierać działalność akademii. Przez wiele lat nie dbano o aktualizację ich inwentarza. Mimo tego majątku co roku z budżetu państwa przekazywano do dyspozycji władz PAN około 100 mln zł na ich działalność.

      Prezesi PAN lubili twierdzić, że podlegają bezpośrednio premierowi. W rzeczywistości podlegali ministrowi - szefowi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Ów, choć miał rzeczywiste narzędzia do sprawowania skutecznej kontroli, z nich nie korzystał. Zresztą wśród wieloletnich szefów KPRM byli też tacy, którzy nie radzili sobie z zapanowaniem nad własną skrzynką pocztową. Trudno było więc oczekiwać, aby poradzili sobie z zaprawioną w biurokratycznych bojach profesurą z PAN.

      Marcin Luter w Polskiej Akademii Nauk
      Taki stan trwał przez kilkadziesiąt lat po transformacji ustrojowej, gdy zinstytucjonalizowana nauka polska sama siebie skutecznie zmarginalizowała. Polityczni decydenci nie widzieli potrzeby podejmowania działań wobec nieznaczącego ich zdaniem celu. Utrzymywany był skansen – mentalny, organizacyjny i intelektualny. Dla większości feudałów akademickich była to wymarzona sytuacja. Z jednej strony można było uzyskiwać z systemu znaczne korzyści, z drugiej miało się święty spokój. Dodatkowo zawsze można ponarzekać w mediach na "brak zrozumienia dla potrzeby finansowania badań podstawowych" i ogólnie brak pieniędzy.

      Znalazło się też w PAN kilka osób, które chciały zmian. Pojawiło się parę dopracowanych propozycji, np. w kierunku modelu bazującego na niemieckiej sieci instytutów Maxa Plancka. Podobną propozycję przygotował zespół złożony głównie z młodszych profesorów, działający przy jednym z wicepremierów. Każda zakładała, że z blisko dziesięciu najlepszych instytutów stworzona zostanie nowa sieć, niekoniecznie pod marką PAN. Pozostałe miały dostać czas na zmianę formuły działania, a w razie niepowodzenia – zostać zlikwidowane. Postulowano też różne zmiany, jeśli chodzi o korporację uczonych, nawiązujące do przedwojennej Polskiej Akademii Umiejętności czy brytyjskiego Royal Society - korporacji uczonych, częściowo finansowanej ze składek jej członków.

      CDN...
      • diabollo Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 10:09
        Propozycje reform spotkały się ze zdecydowaną reakcją. Krytycy i „nowinkarze" traktowani byli zgodnie z zasadą, że "wroga trzeba zniszczyć". A według części PAN-owskiej profesury najlepiej było to zrobić poprzez atak ad personam, dyskredytując przeciwników jako naukowców. Było to tyleż dotkliwe, co skuteczne, zważywszy na kluczowy w zinstytucjonalizowanej nauce polskiej wysoce uznaniowy charakter oceny pracy naukowej i przesłanek do awansu.

        Ci, którzy byli celem ataku – jak znani i cenieni w świecie nauki biolodzy, chemicy czy również humaniści - mówili, że chwilami czuli się, jakby byli Marcinem Lutrem. Okazało się, że zinstytucjonalizowana nauka polska i instytucjonalizacja religia w bardzo podobny sposób postępują ze swoimi heretykami.

        Taśma technologiczna do niszczenia ludzi
        Szczególnie tępiono tych, którzy odnieśli sukces, np. próbując przenosić doświadczenie z instytutów Maxa Plancka czy Oxbridge, oraz odmawiali „odpalania doli" feudałom akademickim. „Dola" mogła przybierać różne formy: od gotówki z ręki do ręki, poprzez zatrudnianie w grantach albo samego feudała, albo wskazanych przez niego osób, kupowanie z grantów różnych rzeczy, do „przysług" takich jak np. dopisywanie do artykułów naukowych. Chodziły też naturalnie słuchy o seksie za „życzliwość i ułatwianie". Jak ustalono w trakcie jednego z późniejszych postępowań kontrolnych, sposób działania w ramach PAN charakteryzował się "rażącymi nieprawidłowościami, drastycznym naruszeniem prawa i dobrych obyczajów w nauce (pomówienia, szkalowanie, wywieranie wpływu (...), wywieranie nacisków (...), zmowa, zmowa w celu czynienia szkody), dobrych praktyk akademickich (nieeliminowanie konfliktu interesów, niepełne protokołowanie posiedzeń, zwłaszcza w sytuacjach budzących wątpliwości, uniemożliwienie (...) osobistego ustosunkowania się do zarzutów) oraz zwykłej przyzwoitości. Postępowanie to wskazuje też na patologie sięgające najwyższych gremiów decyzyjnych w pewnych dziedzinach nauki, w tym (...) Polskiej Akademii Nauk". Słowa te podsumowywały jedną z afer związanych z PAN-owskim prominentem. Podpisała się pod nimi, w imieniu zespołu profesorów badającego sprawę, znana profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członkowie zespołu dobrze znali mechanizmy funkcjonujące w polskim środowisku akademickim i PAN.

        Po raz kolejny potwierdzona została prawdziwość przypisywanego Henry'emu Kissingerowi powiedzenia, że "najbardziej brutalną i bezwzględną politykę prowadzi się w świecie akademickim, a to ze względu na znikomość stawek, o które toczy się gra".

        Osoby ujawniające nadużycia lub nieudolność feudałów akademickich starano się uwikłać w spory prawne, przy braku chęci polubownego rozwiązywania sytuacji konfliktowych. Nie istniały żadne mechanizmy arbitrażu akademickiego z tej prostej przyczyny - w interesie feudałów leżała eskalacja i przeciąganie konfliktów. W ramach PAN wypracowano mechanizmy swego rodzaju sądów kapturowych, w ramach których bez obecności osób zainteresowanych, a często i bez ich wiedzy, podejmowano decyzje ich dotyczące.

        Częstą praktyką było też składanie do prokuratury zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa. Doświadczeni prokuratorzy takie sytuacje podsumowywali często słowami zbliżonymi do cytatu z Kissingera. Jednak jeśli zawiadomienie było napisane profesjonalnie i składała je instytucja publiczna, musieli podejmować czynności, nawet jeśli byli przekonani o instrumentalnym wykorzystaniu prokuratury do wewnętrznych rozgrywek naukowców.

        Samo zaś podjęcie czynności przez prokuraturę pozwało feudałom twierdzić, że heretyk „ma sprawę w prokuraturze". A jeśli dochodziło do umorzeń, to częstą praktyką było składanie do sądów prywatnych aktów oskarżenia. Oczywiście w imieniu instytucji, co umożliwiało dalsze finansowanie sporów prawnych z publicznych pieniędzy. I można było też kontynuować narrację „o sprawie", tym razem w sądzie. Sprawy trwały latami, pozbawiając sygnalistów dobrego imienia i znacznie ograniczając ich możliwości funkcjonowania jako naukowców.

        Instytut Bywalców Sądowych PAN
        W strukturach PAN i jego instytutów przewidziane były etaty dla radców prawnych, którzy przez lata je obsługiwali. Jednak po jednej ze zmian prezesów działające w strukturze władz PAN biuro prawne zostało zlikwidowane, a na usługi prawne rozpisano przetarg. Wygrała go niewielka kancelaria - prowadzące ją mecenaski znały się z żoną jednego z prezesów PAN jeszcze ze studiów. Dziennikarze opisali też, jak tenże prezes, choć wcześniej miał zaniedbane przeciętne auto, zaczął nagle jeździć - niczym kiedyś poseł Pęczak - elegancką czarną limuzyną mercedes-benz.

        CDN...
        • diabollo Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 10:10
          W części instytutów również w miejsce etatowych radców pojawiły się faktury za usługi zewnętrznych kancelarii. Dla części feudałów akademickich inspiracją była głośna sprawa profesora, członka PAN, który dokonywał przez lata wielomilionowych przekrętów na grantach. Nie był to przypadek odosobniony, o czym świadczą komentarze jego kolegów: "przecież wszyscy tak robimy, a czepili się biednego Jana". Mechanizmy tego typu zostały uprzednio opisane w głośnym artykule "Prokurator nas nie wyręczy". Profesor nigdy nie został skazany, gdyż udało się tak przeciągać postępowanie, że zmarł przed wydaniem prawomocnego wyroku. I „wiele osób odetchnęło z ulgą", jak komentowali to jego koledzy.

          Etatowi radcy prawni nie byli specjalnie chętni do wspierania działań o podobnym charakterze. Inaczej podchodziły do takich zleceń zewnętrzne kancelarie, zwłaszcza te opłacane według stawki godzinowej. Dyrektorzy instytutów płacili im z publicznych pieniędzy.

          Efektem było narastające pieniactwo, np. jeden z instytutów wdawał się w regularne spory prawne z agencjami rozdzielającymi granty, kiedy kwestionowały rzetelność wydatkowania środków. Choć wyniki audytów w owym instytucie były jednoznaczne, dyrekcja zdecydowała się na wieloletnie spory sądowe. Przegrywając w kolejnych instancjach, instytut wykorzystywał całą ścieżkę odwoławczą. Zewnętrznym prawnikom płacono wysokie honoraria, aby chronić dokonane w ramach grantów wypłaty dla tamtejszych feudałów akademickich. Dyrekcja walczyła zarówno z firmami zamawiającymi badania, jak i z osobami wykonującymi te prace badawcze w ramach instytutu. Jak wykazały późniejsze kontrole, kwoty płacone przez instytut kancelariom istotnie przekraczały pierwotną wartość przedmiotu sporu. Wszystko w sytuacji, kiedy przeciwnicy procesowi instytutu regularnie proponowali polubowne załatwienie sprawy.

          "Kształtowanie polityki naukowej na skalę kraju"
          Łączne nakłady z publicznych pieniędzy na działanie wszystkich trzech części PAN można było w tamtych czasach oszacować na blisko 3 mld zł rocznie. Dodatkowo co najmniej miliard mogłyby przynosić nieruchomości w gestii PAN, gdyby były odpowiednio zarządzane. Przekazując je PAN, świadomie rezygnowano z tego przychodu, gdyż miała być tam prowadzona działalność statutowa – był to więc rodzaj ukrytej dotacji. Nie powstrzymało to jednak decydentów w PAN od komercyjnego wynajmowania tych nieruchomości. Z tym że nader często bywało, iż uzyskany tak przychód był szybko prywatyzowany.

          Łącznie PAN kosztował podatników ok. 4 mld zł rocznie. Otwarte pozostawało pytanie, co w zamian otrzymywali.

          W publicznych wypowiedziach swój zakres obowiązków i działań prezesi PAN określali jako „kształtowanie polityki naukowej na skalę kraju". Doniesienia medialne pokazały, co kryło się za tymi słowami.

          Zaczęło się jeszcze w czasach COVID-19, gdy powołano specjalny zespół przy prezesie PAN. Zespół wykazywał się nieczęstą w PAN aktywnością (choć głównie w postaci komunikatów), lecz większość jego składu pochodziła spoza PAN. Najbardziej znanym wkładem jego PAN-owskich członków było rozumowanie à la feudalne prawo pierwszej nocy, czyli wypowiedź pewnego profesora socjologii o tym, że profesura powinna być szczepiona poza kolejnością w uznaniu jej wysokiej pozycji społecznej.

          Inny przykładem był jeden z instytutów PAN zajmujący się „badaniami podstawowymi w obszarze AI", którego wieloletni dorobek nie spotkał się z uznaniem rynku wysokich technologii wytyczającego kierunki badawcze, również w obszarze teoretycznym. A działo się to w czasach, gdy nawet studenci mający niewielkie pojęcie o sztucznej inteligencji byli rekrutowania do pracy w tym sektorze. Ten sam instytut czerpał zyski z komercyjnego wynajmu ponad połowy powierzchni budynku przekazanego mu na działalność naukową – była tam prowadzona prywatna szkoła wyższa, w której dorabiała część kadry, a jej rektor był na etacie profesora w instytucie.

          Wyszło na świat dzienne, że przez niemal 20 lat ze szkołą wyższą sporządzano aneksy do umowy, systematycznie obniżając czynsz, który ostatecznie zmniejszył się do ok. 30 proc. pierwotnej wartości. Już samo działanie było wątpliwe prawnie, gdyż umowy podpisywali ze sobą dyrektor instytutu będący profesorem u rektora i ten ostatni będący profesorem u dyrektora.

          Władze PAN próbowały dystansować się od afery, ale okazało się, że umowy i aneksy były zawierane za wiedzą i zgodą prezesa PAN. Potem okazało się, że organem nadzorującym szkołę wyższą był również prezes PAN.

          Profesorska Agencja Nieruchomości
          Między innymi ta sprawa zwróciła uwagę na gospodarowanie państwowymi nieruchomościami w PAN. Zwróciła ponownie, bo od dziesięcioleci mówiono o patologiach, a jedna z transakcji była nawet przedmiotem badania komisji sejmowej. Jednak niewiele robiono, aby ten stan rzeczy zmienić. Bo choć kiedyś zatrudniono w tym celu doświadczonego profesjonalistę, to szybko, w wyniku nacisków profesury, odszedł z PAN. Teraz na jaw wyszło znacznie więcej rzeczy, na przykład to, jak innym podmiotom przekazywano atrakcyjne nieruchomości. Dodatkowym smaczkiem okazało się zaangażowanie w te działania autorytetów moralnych z czasów walki z komuną.

          CDN...
          • diabollo Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 10:11
            Popularne stało się stwierdzenie, że PAN to Profesorska Agencja Nieruchomości. Zaś sama korporacja uczonych i działalność naukowa to listek figowy, za którym przebiega uwłaszczanie się na banku „niczyich" nieruchomości.

            Okazało się też, że władze PAN, mając do dyspozycji liczne budynki, w tym reprezentacyjny Pałac Staszica, wydają corocznie, od dziesięcioleci, miliony złotych z publicznych pieniędzy na wynajem swojej siedziby. W mediach pojawiły się informacje, że „do dziś zajmują oni kilka z wysokich pięter Pałacu Kultury i Nauki". Jak opisywali już wcześniej dziennikarze zapraszani na spotkania z prezesem PAN, jego gabinet zajmuje prawie całą jedną ścianę PKiN i "jest tak duży, że można by w nim organizować lekcje nauki jazdy na rowerze". Z tego, co mówią świadkowie, gabinety wiceprezesów PAN nie są istotnie mniejsze. Wszystko zaś urządzone jest "na bogato". Szacuje się, że roczny koszt wynajmu pomieszczeń w PKiN umożliwiłby utrzymanie całego instytutu badawczego.

            Bizantyjskie były też warunki zatrudnienia władz PAN. Formalnie prezes pobierał wynagrodzenie zbliżone do prezydenta RP, a wiceprezesi nieznacznie niższe. Dodatkowo pobierali pensje profesorskie w swoich macierzystych instytutach, a ci, którzy osiągnęli wiek emerytalny, również często emeryturę. Mimo to z oburzeniem zabierali głos w mediach, kiedy NIK ujawnił przypadki łamania tzw. ustawy kominowej przez dyrektorów instytutów PAN i liczne dodatki do pensji w nich wypłacane.

            Upublicznienie części tych informacji miało spektakularny charakter. Jeden z tabloidów na pierwszej stronie umieścił zdjęcie prezesa z dużym nagłówkiem: „Prezes PAN żre za dwudziestu emerytów". Bardziej nobliwe media zwracały uwagę, że w Royal Society funkcje prezesów pełni się honorowo oraz płaci składki członkowskie.

            Przy okazji okazało się, że prezesi PAN mają do dyspozycji luksusowe służbowe samochody wynajęte w drogim leasingu. Do aut byli przydzieleni kierowcy, rzecz już rzadko spotykana nawet w zarządach bogatych firm. Po zsumowaniu wszelkich benefitów okazało się, że władze PAN są wynagradzane znacznie lepiej niż premier i prezydent - na poziomie dobrych wynagrodzeń w biznesie, a wszystko z publicznych pieniędzy.

            Nic dziwnego, że, jak ustalili kontrolerzy, jeden z urzędujących w pierwszej połowie stulecia prezesów na drugą kadencję mógł zostać wybrany w sposób budzący poważne wątpliwości. Podnoszono, że przy okazji wyborów mogło dojść do złamania zapisów stosownej ustawy i regulaminu wyborczego oraz że prawdopodobnie manipulowano przebiegiem Zgromadzenia Ogólnego PAN.

            By utrzymać władzę, wykorzystywano nawet pewną bezradność części starszych członków PAN (średnia wieku ponad 80 lat). To ostatnie stało się przyczyną propozycji reformy korporacji uczonych - aby osoby głosujące w wyborach prezesa, podobnie jak na konklawe, nie miały więcej niż 80 lat.

            Prezes zidiociał (w sensie medycznym)
            Ta propozycja oraz przyjęty przez korporację sposób zwalczania heretyków nie były jedynymi podobieństwami do Kościoła. W obu przypadkach bardzo podobny był sposób reagowania na nieprawidłowości i skandale. Standardowym podejściem było wyparcie, przemilczenie i karanie lub niszczenie sygnalistów.

            Przez wiele dziesięcioleci to działało, ale czasy się zmieniły, jednak, podobnie jak biskupi, profesorowie PAN nie byli w stanie tego dostrzec. W efekcie opinia publiczna stała się świadkiem żenujących zachowań. Hitem w sieci okazały się zeznania wysoko postawionych osób z PAN, w tym prezesów. Na początku osoby te stosowały chwyty opisane wiele lat wcześniej, w drugiej dekadzie XXI wieku, w artykule "Gang wyższej inteligencji" [U9], lecz kiedy afera stawała się coraz bardziej poważna, wszyscy co bardziej zaawansowani wiekiem przedstawili – wzorem złapanych na plagiatorstwie rektorów - zaświadczenia lekarskie. Niektóre mówiły o postępujących demencji i upośledzeniu umysłowym, tzw. zidioceniu. Zaświadczenia wystawiali profesorowie medycyny – członkowie PAN. Zaś ci nieco młodsi zwalali winę na starszych, tłumacząc, że byli jedynie wykonawcami ich poleceń.

            Z Kościołem PAN łączyła też sekwencja skandali – wypłynięciu tych finansowych towarzyszyły i inne. Dziennikarze, audytorzy i prokuratorzy mieli pełne ręce roboty.

            "Modelowe środowisko antyinnowacyjne"
            Skupienie się na utrzymaniu status quo sprawiło, że pod względem naukowym PAN stał się skansenem. Dobrze pokazywały to aktualne wyzwania, takie jak COVID-19 czy sztuczna inteligencja. Zmierzenie się z nimi wymagało rzeczywistych badań naukowych opartych na ciekawości poznawczej i uczciwości intelektualnej. Jednak przez dekady wolano usprawiedliwiać brak wyników „niedostatecznym finansowaniem badań" – choć funkcjonowanie PAN kosztowało w pierwszej połowie XXI w. łącznie kilkadziesiąt miliardów złotych. W zamian uzyskano dziesięć znośnie funkcjonujących instytutów.

            Ujawnienie nadużyć, zwłaszcza finansowych, i to w kontekście zupełnego oderwania się od wyzwań intelektualnych współczesnego świata, było iskrą rzuconą na gotowe podłoże.

            Efekt wzmocniła szeroko komentowana praca „Ekonomiczne skutki istnienia PAN", wzorowana na podobnych napisanych przez Johna Maynarda Keynesa sto lat wcześniej. Wykazano w niej, że jako instytucja PAN był "modelowym środowiskiem antyinnowacyjnym".

            Niektórzy komentatorzy trzeźwo zauważali, że w sumie środowisko PAN nie różni się specjalnie od reszty polskiego społeczeństwa. Jednak przez lata kreowany był obraz, że PAN jest bastionem wysokiej jakości prowadzonych badań, a profesorowie długo byli przedstawiani jako etyczne i intelektualne wzorce. Stąd „Afera PAN", niczym wcześniej skandale pedofilskie w Kościele, wzburzyła nawet ludzi wcześniej kompletnie niezainteresowanych sprawami publicznymi. Znalazło to odbicie w nowej ustawie o PAN.

            CDN...
            • diabollo Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 10:13
              Odwołano się tam do idei słynnego historyka i publicysty C.N. Parkinsona, który w kanonicznym „Degrengolitis, czyli paraliż obezwładniający" twierdził, że instytucję można „przywrócić do życia, lecz tylko wówczas, jeśli zmieni się jej nazwę, siedzibę i cały sztab pracowników. Ludzie myślący kategoriami ekonomicznymi ulegają pokusie przeniesienia do nowej instytucji części dawnego personelu w imię – na przykład – ciągłości pracy. Ale taka transfuzja z pewnością okaże się fatalna, a ciągłość jest właśnie tym, czego należy unikać. Żadnej części dawnej i chorej instytucji nie można uznać za wolną od zakażenia. Nie należy przenosić z dawnej siedziby ani personelu, ani wyposażenia, ani żadnej tradycji. Po ścisłej kwarantannie musi nastąpić zupełna dezynfekcja. Zakażony personel trzeba rozesłać (z gorącymi poleceniami) do tych konkurencyjnych instytucji, do których czuje się szczególną wrogość. Całe wyposażenie i wszystkie akta powinny być zniszczone bez namysłu. Co do budynków, to najlepiej najpierw wysoko je ubezpieczyć, a następnie podpalić. Dopiero wtedy, gdy pozostaną z nich sczerniałe ruiny, możemy być pewni, że bakcyl choroby został zniszczony".

              Likwidatorom PAN było o tyle łatwiej, że Pałacu Kultury i Nauki palić nie było trzeba - w końcu pomieszczenia były jedynie wynajęte.

              Uwagi końcowe z perspektywy roku 2021:

              1. Autor podkreśla, że wszelkie opisane tu wydarzenia mają charakter hipotetyczny, a zbieżność osób i wydarzeń z rzeczywistymi jest przypadkowa.

              2. Przedstawiony scenariusz celowo nie uwzględnia w ogóle możliwych afer związanych z MeToo. Wzorzec zachowania feudałów akademickich w połączeniu z poziomem feminizacji w wielu dziedzinach nauki, np. dyscyplinach biologicznych, praktycznie gwarantuje, że aktywistki MeToo będą miały co robić w zinstytucjonalizowanej Nauce Polskiej. Zamiarem autora było skupienie się scenariuszach, w których publiczna świadomość potencjalnych problemów jest niższa.

              3. Analogicznie z artykułem "Nauka Polska 2047. List z przyszłości" tekst jest napisany z perspektywy tego, co możemy wiedzieć w 2047 r., a w 2021 r. jeszcze nie zaszło. Opisane zdarzenia mogą zajść, ale wcale nie muszą.

              Dr Kamil Kulesza - matematyk, informatyk, po powrocie z Cambridge założył Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów w ramach PAN. Na działalność badawczą zarabia, rozwiązując problemy firm i instytucji przy użyciu matematycznego sposobu myślenia.

              wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27714377,od-dziaderstwa-do-dziadostwa-historia-konca-polskiej-akademii.html#S.W-K.C-B.2-L.1.duzy
              • walmart.ca Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 23.10.21, 12:28
                W efekcie powstała idealna struktura do rozmywania i unikania odpowiedzialności. I to nawet jak na warunki polskie, gdzie o pierwszych trzech dekadach od transformacji ustrojowej mówiono, że powstało państwo wyjątkowo przyjazne dla nieudaczników zarządzających sprawami i pieniędzmi publicznymi.


                S.p. Stanisław Lem lubił powtarzać ten dowcip-rozmowę:

                " - Czy ty umiesz grać na skrzypcach?
                - Nie wiem. Jeszcze nie próbowałem."

                I dodawał, że tacy właśnie ludzie to polscy decydenci...

                Świetny tekst - Dzięki!
                  • walmart.ca Re: Od dziaderstwa do dziadostwa 25.10.21, 00:12
                    diabollo napisał:

                    > Muszę w końcu kupić tę książkę Orlińskiego o Lenie.
                    >

                    Nie to, żebym chciał temu zapobiec, ale tak gwoli ścisłości ten dowcip jest z rozmowy Katarzyny Janowskiej z Lemem dla Polityki, chyba na kilka miesięcy przed jego śmiercią:

                    www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/175237,1,rozmowa-ze-stanislawem-lemem.read
                    (...)
                    Ostatnio zimą albo wieje, albo nie ma śniegu, więc nie ma pan czego żałować. Ciągle pan narzeka na wszystko, ale podejrzewam, że jednak lubi pan życie?

                    Czy ja lubię żyć? Może bym i lubił, ale w innych warunkach. Jest taki stary dowcip: "Umiesz grać na skrzypcach? Nie wiem, jeszcze nie próbowałem". Tacy ludzie, jak z tego dowcipu, zostają politykami. Żyć w kraju rządzonym przez takich polityków to nie jest przyjemne, a wyjeżdżać z Polski mi się nie chce. Nigdy nie lubiłem podróży.


                    Oczywiście, w książce tez moze sie znalazl - nie wiem, nie czytalem...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka