Dodaj do ulubionych

Relacja ze strefy stanu wyjątkowego

28.10.21, 11:58
Szukając ludzi w lesie – relacja ze strefy stanu wyjątkowego

W zonie stanu wyjątkowego kryją się po lasach przerażeni, głodni i zmarznięci ludzie. Nie uchodźcy, nie migranci – ludzie.

Pojechaliśmy z Krystyną, lekarką anestezjolożką, na wschodnie pogranicze, w rejon Narewki, Białowieży i Hajnówki. Lekarka jako wolontariuszka, ja w charakterze kierowcy. Wyprawa na sześć dni. Wzięliśmy kupione i zebrane wśród znajomych ciepłe ubrania, czapki, rękawiczki, buty, śpiwory, folie termiczne, termosy. Trafiły potem do magazynu punktu pomocowego w Teremiskach.

Co robi wolontariusz? Pomaga aktywistom organizacji humanitarnych, np. z grupy Granica czy fundacji Ocalenie, dociera do ludzi w lesie, jeśli jest lekarzem, udziela pomocy medycznej, ale też przynosi ciepłe i suche ubrania, buty, ciepłe zupy w termosach, batoniki energetyczne, powerbanki. Próbuje ratować przybyszy od śmierci z wychłodzenia. Przynosi im też wiarę, że człowieczeństwo nadal istnieje.

1.
Na lokalnych drogach wielki ruch. Przemieszczają się konwoje wojskowe, samochody straży granicznej i wozy policyjne. Na rogatkach ustawiają się punkty kontroli. Otworzyć bagażnik! Dokąd państwo jadą? Na urlop, to po co wam tyle rzeczy?! To policjanci z Sosnowca. Następnego dnia w tym miejscu zatrzymują nas ich koledzy z Zabrza. Twardziele. Nie pojedziecie tą drogą, przylega do strefy stanu wyjątkowego. Ale tu nie ma żadnej tablicy, że strefa. Ale my jesteśmy i mówimy, że nie pojedziecie.

Lokalna ludność jest nieustannie informowana, że za pomoc migrantom grozi kara. Nie można ich karmić, ubierać i wpuszczać do domów. O każdym napotkanym obcokrajowcu natychmiast zawiadamiać straż graniczną, która zaopiekuje się uciekinierem. Aktywiści też docierają do mieszkańców i przekazują, że to propaganda mrożąca, nie ma obowiązku donoszenia i że przybyszom nie tylko można, ale należy pomagać. Wpuszczenie wychłodzonych osób do domu to powinność chrześcijańska.

Niektórzy są trochę zagubieni w tej narracji. Pewna kobieta dała bosej Afgance ciepłe skarpety, wolnych butów akurat nie miała pod ręką. Bardzo uchodźczyni współczuła, w końcu to człowiek, chociaż inny. A kiedy Afganka odeszła, polska samarytanka natychmiast zawiadomiła straż graniczną.

Ale miejscowi widzą i wiedzą coraz więcej. Rzekoma opieka, jaką straż graniczna ma oferować migrantom, polega na wywożeniu ich na granicę, czyli do lasu, i przepychaniu na stronę białoruską. Dzieci, starcy, kobiety – bez różnicy. – Kiedyś bym zadzwonił do straży – mówi jeden z mieszkańców Narewki. – Ale teraz wiem więcej i tego nie zrobię. Współczuję tym ludziom i ich dzieciom. Przecież ja też mam dzieci i jak pomyślę, że ktoś gnałby je nocą do lasu, to aż mam w oczach łzy.

2.
Maciej Jaworski ze wsi Gruszki, 2 km od Narewki, ale już w zonie zamkniętej, wpuścił do domu trzynaścioro Kurdów z Iraku. To dwie rodziny: kobiety, mężczyźni i czworo dzieci. On i jego matka nakarmili ich, pozwolili się ogrzać, a nawet zdrzemnąć. Zawiadomili fundację Ocalenie. Do pobliskiej Narewki przyjechali aktywiści wraz z prawnikiem. Jaworski pokazał uchodźcom bezpieczną drogę do miejsca, gdzie czekali przedstawiciele fundacji. Tam Kurdowie podpisali deklaracje o woli objęcia ich przez Polskę ochroną międzynarodową i wówczas aktywiści zawiadomili straż graniczną.

– Byliśmy przekonani, że zabiorą ich do swojej placówki, poddadzą procedurze i tych ludzi nie spotka krzywda – opowiada Maciej Jaworski. Ale kiedy funkcjonariusze zapakowali iracką rodzinę do swoich samochodów, Macieja coś tknęło. Pojechał za nimi swoim autem, filmował telefonem. Wozy SG skręciły w las, w kierunku granicy. – Potem dostałem od tej rodziny wiadomość, że są po białoruskiej stronie, byli rozżaleni, poczuli się oszukani. Ale ja też tak się poczułem – mówi.

Ma też wiadomość z ostatniej chwili, o happy endzie. Irakijczycy ponownie przeszli przez granicę i dotarli do Niemiec. Część z członków rodziny jest w ośrodku w Berlinie, część we Frankfurcie. Czy nie boi się, że za wpuszczenie uchodźców do domu spotkają go problemy? – W jakim ja, do cholery, kraju żyję, że trzeba się kryć, bezinteresownie pomagając ludziom w potrzebie. Nie, nie boję się. Mój kolega, który pracował w straży granicznej, też się przestał bać. Rzucił papierami i powiedział, że nikt go nie zmusi, aby wywozić dzieci do lasu. Takich, którzy się nie boją, jest coraz więcej.

Mieszkanka innej wsi w strefie stanu wyjątkowego, około 50-letnia i nieprzypominająca ryzykantki, mówi nam, że właśnie przeszła próbę odwagi. Spacerując z kijkami, spotkała w lesie dwójkę migrantów. Powiedziała im, żeby szli za nią. I przeprowadziła tych ludzi przez bagna poza strefę. Tam się rozstali. – To był impuls – tłumaczy. – Poczułam, że muszę im jakoś pomóc, inaczej się potopią.

3.
Aktywiści grupy Granica i innych organizacji pracują rotacyjnie, podobnie jak lekarze i ratownicy ze skrzykniętej przez anestezjologa Jakuba Sieczkę grupy Medycy na Granicy. Przyjeżdżają na kilka dni, wracają do domów i pojawiają się ponownie.

Do centrum aktywistów we wsi między Narewką a Białowieżą z całej Polski przyjeżdżają transporty darów dla uchodźców. Ubrania, żywność, koce termiczne, kalosze piankowe. W magazynie trwa nieustanne sortowanie, przygotowywane są pakiety, wręczane później napotkanym migrantom. W wielkim garze gotowane są zupy. W termosach pojadą do lasu.

Tzw. lokalsi, tutejsi aktywiści z okolicznych miejscowości, za pomocą własnych kanałów informacyjnych nieustannie wymieniają się obserwacjami. Przemieszczają się po okolicy i wysyłają komunikaty: straż jedzie w kierunku Bży (Białowieży), policja na rogatkach Hajno (Hajnówka), ludzie (migranci) na skraju lasu koło Siemy (Siemiatycze), potrzebna pomoc. Na hasło o pomocy skrzykują się grupy chętnych do wyjazdu z pakietami. Zgłasza się kierowca z pojazdem i załoga. Ekwipunek ładują do plecaków. Jadą we wskazane miejsce, szukają w lesie. Jeżeli znajdują ludzi, wysyłają komunikat: sprawa ogarnięta. Często nikogo nie znajdują, bo ludzie zmieniają lokację, kryją się jak tropiona zwierzyna. W lasach przy granicy trwa przecież wielkie polowanie.

Obowiązuje zasada, że ludziom się pomaga, daje wodę, jedzenie i ubrania, w razie potrzeby wzywani są medycy, ale nie można brać ich do samochodów, przewozić, ułatwiać wędrówki przez Polskę. Część migrantów ma kontakt z przemytnikami. Namiary dostali na Białorusi. W polskim lesie z telefonów komórkowych wysyłają do przemytników swoją lokalizację. I czekają na – jak mówią – taksówkę. Czasem to czekanie trwa długo, kilka dni i kilka nocy. Często szybsza od „taksówki” jest straż graniczna.
Obserwuj wątek
    • walmart.ca Re: Relacja ze strefy stanu wyjątkowego 28.10.21, 12:00
      4.
      Aktywiści szukający ludzi w lesie mówią, że idą na spacer. Braliśmy udział w takich spacerach jako członkowie ekip niosących pomoc. Obładowani pakietami wędrowaliśmy po puszczy, a to niełatwy szlak. Naszymi przewodnikami byli młodzi ekolodzy znający Puszczę Białowieską jak własną kieszeń, uczestnicy protestów przeciwko wycince puszczańskich drzew. To właśnie z nimi natknęliśmy się na trzech Jemeńczyków, studentów.

      Był świt, zimno i wilgotno. Jemeńczycy leżeli na ziemi kompletnie bez sił. Od trzech dni nic nie jedli, wychłodzeni, wymęczeni wędrówką, w mokrych ubraniach. Daliśmy im ciepłą odzież, czapki i rękawiczki. Nakarmiliśmy gorącą zupą, dostali też prowiant na dalszą drogę. Kiedy trochę odtajali, zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że wyruszyli w tę podróż do Europy kompletnie bez przygotowania. Nikt ich nie uprzedził, że jesienią w Polsce noce są tak zimne, że pada deszcz, i że przez polskie władze będą traktowani jak ludzie nielegalni.

      – Gdybym wiedział o tym wszystkim, nigdy bym nie przyjechał – oświadczył jeden ze studentów. – Dzwoniłem do mojej rodziny i ostrzegłem, aby nawet nie myśleli o Europie. Ale nadzieja umiera ostatnia, wciąż wierzyli, że wyrwą się z tej matni. Czekali na kontakt ze swoją „taksówką”. Ponoć mieli obiecane, że za podwózkę do Niemiec zapłacą po 300 euro od głowy. W innej części lasu napotkani czterej Palestyńczycy sprawiali wrażenie, że nie wiedzą, gdzie są. Pytali, czy daleko do Londynu i czy możemy załatwić im „taksówkę”. Nie mogliśmy, to jasne.

      „Taksówkarzami” bywają Polacy, ale to międzynarodowe towarzystwo: Albańczycy, Ukraińcy, Słowacy, Turcy, Gruzini. W tej branży centrum logistyczne ponoć mieści się w Turcji. Stamtąd wysyłane są kontakty i lokalizacje zwane pinezkami. System powstał kilka lat temu, kiedy do Polski od strony Białorusi wchodzili przez zieloną granicę m.in. Wietnamczycy.

      W agroturystyce, w której mieliśmy swoją bazę, jeden z pokoi zajął rano barczysty Gruzin. Przyjechał autem na rejestracji ze Śląska. Cały dzień przesiedział w pokoju, a o 12 w nocy zerwał się i odjechał. – To przemytnik ludzi – powiedział nam gospodarz. – Ostatnio dużo się tu takich kręci.

      5.
      Na pograniczu wszystko dzieje się w kilku wymiarach. Lasami wędrują ludzie, drogami przemieszczają się mundurowi. Po okolicy krążą ekipy telewizyjne. Poza kilkoma polskimi są ekipy francuska, belgijska, brytyjska, kanadyjska, niemiecka. Aktywiści z grupy Granica unikają kamer, starają się nie udzielać wywiadów, ale jednocześnie chcą, aby dziennikarze filmowali sceny, kiedy uchodźców osacza komando straży granicznej. Najlepiej, kiedy osaczani głośno i po angielsku skandują, że chcą pozostać w Polsce, że chcą tu azylu.

      Obecność międzynarodowych ekip telewizyjnych ma być gwarancją, że tacy migranci nie zostaną wywiezieni do lasu, ale ktoś się nimi zaopiekuje w placówkach SG, zostanie wszczęta procedura azylowa. To jednak słaba gwarancja, bo push-back dominuje. Obowiązuje rozporządzenie, podpisane przez wiceministra spraw wewnętrznych Macieja Wąsika, nakazujące wypychanie „nielegalnych” migrantów za graniczne druty. Kierownictwo SG wysyła sprzeczne komunikaty. Najpierw, że każdy, kto wyrazi wolę, aby zostać w Polsce i tu uzyskać status osoby objętej ochroną międzynarodową, zostanie przyjęty do placówek zamkniętych i zweryfikowany. Potem, kiedy stało się jasne, że zaostrzono kurs i większość złapanych przy granicy osób wyrzuca się z powrotem do lasu, na białoruską stronę, rzeczniczka komendy głównej SG oświadcza, że wydala się osoby, które chcą nie do Polski, ale do Niemiec i dalej. I dodaje, że w obecności aktywistów i dziennikarzy obcokrajowcy mówią o Polsce jako kraju docelowym, a potem zmieniają zdanie. Tyle że nikt nie może sprawdzić, ile jest prawdy w jej słowach.

      6.
      Obok tych dramatycznych zdarzeń życie toczy się zaskakująco spokojnie. Ktoś wyprawia chrzciny dziecka w sali bankietowej. W knajpach wódka i zakąska. A w muzeum im. Tamary Sołoniewicz w Narewce studenci białorutenistyki Uniwersytetu Warszawskiego odbywają zajęcia praktyczne.

      W Narewce i okolicy przeważa ludność narodowości białoruskiej. Przez wieki bytowania w tym miejscu pod władzą a to carską, a to sowiecką, zastąpioną przez niemiecką, i wreszcie pod władzą polską, nauczyli się, że bezpieczniej żyć na uboczu, nie wychylać się. Pytani, kim są – Polakami czy Białorusinami – odpowiadają, że są tutejsi. Ich narodowością jest tutejszość. Czują niepokój, bo wszystko wskazuje, że znów obok ich domów toczy się jakaś wojna. Na razie nikt nie strzela, ale kto wie.

      Do Narewki przyjechała w ten dziwny czas aktorka z Krakowa Agnieszka Przepiórska z monodramem „Ginczanka”, o słynnej poetce, która chciała być Polką, ale Hitlerowcy zabili ją jako Żydówkę. Nie pomogły fałszywe dokumenty, że Ginczanka jest Ormianką, nie pomogło ukrywanie się w Krakowie. Publiczność, zgromadzona w sali miejscowego GOK, dostrzegła analogie. Ginczanka chciała pantofli rozmiar 38, teraz poszukiwane są kalosze dla uchodźców rozmiar 44.

      7.
      Do odległego o kilkanaście kilometrów od Narewki Starego Masiewa pojechaliśmy wieczorem w sobotę, 16 października. Masiewo leży w ścisłej zonie, od zabudowań do granicy kilkaset metrów. Nie będę ujawniał, jakim sposobem udało nam się tam wjechać. Natknęliśmy się na następującą scenę. Na podwórzu przy jednym z domów stała grupa obcokrajowców, pilnowanych przez funkcjonariuszy SG. Okazało się, że to dziewięcioosobowa rodzina Kurdów irackich. Kobieta w zaawansowanej ciąży, dwóch nastolatków, starzec oraz mężczyźni i kobiety. Przerażeni, głodni, wyniszczeni, wychłodzeni i poranieni – obraz ludzkiego nieszczęścia. Wcześniej włamali się do tego domu, służącego na wynajem dla letników, chcieli się ogrzać i odpocząć. Zauważył ich mieszkający w pobliżu właściciel posesji i zawiadomił SG.

      Próbowaliśmy porozmawiać z Kurdami, ale nie mówili po angielsku. Zatelefonowaliśmy do lekarza ze szpitala w Bielsku Podlaskim, Kurda od lat mieszkającego w Polsce. Poprosiliśmy, aby był tłumaczem kurdyjsko-polskim. Rozmowę w tłumaczeniu doktora z Bielska nagraliśmy na telefoniczny dyktafon.

      Kurdowie wygłosili wymaganą prawem formułę z prośbą o ochronę międzynarodową w Polsce. Powiedzieli też, że mnie czynią pełnomocnikiem czuwającym nad ich sprawą. Mamy to nagrane, mamy też dane niektórych świadków zdarzenia. Nagranie dostała też Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Strażnicy graniczni wszystko słyszeli i zrozumieli. Poinformowali nas, że ci ludzie zostaną przewiezieni do placówki SG w Narewce.

      Kurdów załadowano do pojazdów SG, ruszyliśmy za nimi, ale na kilka minut wstrzymała nas policja na punkcie kontrolnym. Straciliśmy ich z oczu.

      W Narewce zaprzeczono – w ostatnich godzinach nie przywieziono takiej grupy. Podejrzewaliśmy, że zawieziono ich na granicę i tam wypchnięto na stronę białoruską, ale nie było na to dowodów. Przez cztery dni rzeczniczka Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej nie udzielała odpowiedzi. Przypominałem jej o sprawie, telefonowałem, pisałem maile.

      Odpowiedź nadeszła dopiero w środę, 20 października: „Jeśli chodzi o tę grupę cudzoziemców, to wszyscy deklarowali chęć wyjazdu do Niemiec. Zastosowano procedury z rozporządzenia MSWiA”. I dalej, że te osoby zawrócono do linii granicy państwowej, czyli wypchnięto z Polski.

      Napisałem pani rzeczniczce: „Przecież to kłamstwo!!! W mojej obecności i na oczach strażników granicznych zadeklarowali chęć pozostania w Polsce i ubiegania się o ochronę międzynarodową. Ich prośba została nagrana. Kto panią zmusza do kłamania, albo kto panią okłamuje? Kobietę w zaawansowanej ciąży przepychać przez pas graniczny, w nocy, w ciemnym lesie? Przecież to draństwo, które wymaga kary!!!”.

      • walmart.ca Re: Relacja ze strefy stanu wyjątkowego 28.10.21, 12:02
        8.
        Kiedy rozmawiamy o sytuacji na granicy, wiele osób wspomina o wstydzie, jaki odczuwa za nasze państwo, czyniące piekło na ziemi ludziom uciekającym z innego piekła. Skoro nie potrafiono uszczelnić granicy i uchodźcy wciąż przechodzą na polską stronę, nie wolno ich siłowo przerzucać z powrotem, bo na to nie pozwala prawo międzynarodowe i poczucie przyzwoitości.

        Należy się nimi zaopiekować, utworzyć obozy humanitarne, ratować przed śmiercią. Potem wszcząć procedury. Potrzebne będą szpitale polowe, ogrzewalnie, punkty żywieniowe. Trzeba stworzyć system, bo sami aktywiści organizacji pomocowych nie wystarczą. Jeżeli system nie powstanie, to wraz z pojawieniem się mrozów przygraniczne lasy zamienią się w cmentarze bez grobów.

        Tylko nie ważcie się mówić, że groby nielegalnym nie przysługują.

        Polityka 44.2021 (3336) z dnia 26.10.2021; Społeczeństwo; s. 32
        Oryginalny tytuł tekstu: "Z piekła do piekła"

        www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2140432,1,szukajac-ludzi-w-lesie--relacja-ze-strefy-stanu-wyjatkowego.read?src=mt

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka