Dodaj do ulubionych

Oksymoron: Uniwersytet Katolicki

20.11.22, 14:02

wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,29136370,profesor-bender-dr-ryba-i-ksiadz-guz-nie-wzieli-sie-znikad.html#S.TD-K.C-B.2-L.1.duzy
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Oksymoron: Uniwersytet Katolicki 22.11.22, 07:25
      Profesor Bender, dr Ryba i ksiądz Guz nie wzięli się znikąd. KUL od początku był ostoją endeków i antysemitów
      ALE HISTORIA

      Paweł Smoleński

      Lubelski ksiądz o KUL: - Kiedyś był to uniwersytet. Później tylko katolicki. A teraz zaledwie lubelski.
      W połowie lutego 2021 r. zmarł w Szczecinie ks. Andrzej Dymer, seksualny drapieżnik i pedofil. Jego winy Kościół znał od ćwierć wieku, lecz był chroniony przed odpowiedzialnością m.in. przez abp. Andrzeja Dzięgę, od 2009 r. szefa metropolii szczecińsko-kamieńskiej. Dymer był ceniony, bo umiał zdobywać pieniądze.

      Dzięga, z wykształcenia prawnik, to profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, był nawet dziekanem wydziału prawa. W 2002 r. Jan Paweł II mianował go biskupem sandomierskim. Tam również odkryto przestępstwa pedofilskie, wobec których Dzięga nie wszczął postępowania, a jedynie przeniósł oskarżonego księdza na drugi koniec diecezji, gdzie był proboszczem i uczył religii w szkole podstawowej. W śledztwie zaginął kluczowy dowód - nagranie. Sprawdzano, czy za zaginięcie, ukrycie lub zniszczenie nagrania odpowiada arcybiskup. Nie udało się tego wyjaśnić.

      Żeby było zabawniej, tenże Dzięga przewodniczył radzie prawnej, która przygotowywała wytyczne Episkopatu, jak postępować w przypadkach wykorzystywania małoletnich przez duchownych. Pierwsze instrukcje uchwalono w 2009 r., lecz ich nie opublikowano. Zaważyło zdanie arcybiskupa, który uznał to za zbyteczne.

      Dzięga był również kanclerzem kurii polowej, ma stopień pułkownika. Kurii szefował wówczas abp Sławoj Leszek Głódź, generał, a wtedy także metropolita gdański. Został ukarany przez Watykan za krycie pedofilów, obłożony zakazem mieszkania w swojej byłej diecezji.

      Zbigniew Nosowski, naczelny miesięcznika „Więź", socjolog i teolog oraz działacz katolicki, pisał: „W kwietniu br. [2022] metropolita szczecińsko-kamieński odebrał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Nagrodę im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia. Nagrodę przyznało abp. Dziędze Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL, którego prezesem jest ks. prof. Mirosław Sitarz, prawnik kanonista, prorektor KUL, a także obrońca oskarżonego o wykorzystywanie małoletnich szczecińskiego duchownego ks. Andrzeja Dymera w karnym procesie kanonicznym". Dodatkowo Sitarz jest pełnomocnikiem Dzięgi w sprawie o ukrywanie przestępstw seksualnych toczącej się w diecezji pelplińskiej, w metropolii gdańskiej.

      - Dzięga zna Sitarza jeszcze z czasów lubelskiej uczelni – mówi ksiądz posługujący wiele lat w Lublinie. – Mógł wpływać na dochodzenie pelplińskie, bo zna się z Głódziem jeszcze z wojska. Obu obwiniono o krycie pedofilów, więc mają inne wspólne doświadczenie. Tak działa mafia.

      - Powie to ksiądz pod nazwiskiem?

      - Nie.

      - Dlaczego?

      - Dzięga to filar Episkopatu, KUL jest pod szczególną protekcją Kościoła i władzy, ministra Czarnka. Znają się jak w rodzie Corleone.

      - To wpływowa oraz majętna sitwa – dopowiada absolwent KUL, profesor. – Tak wygląda polski Kościół pchający się do polityki i narodowo-katolicka władza, więc KUL jest taki sam. Nie zbuduje sobie naukowej pozycji i przyszłości, ale na pozór ma się świetnie, rząd daje pieniądze, np. na wydział medyczny. Może będą nauczać, że in vitro jest złe, a kalendarzyk małżeński dobry.

      Gen uległości wobec władzy
      Lubelski uniwersytet powstał przed wojną jako uczelnia prywatna. Utrzymywał się z prywatnych i państwowych funduszy. Był pierwszym działającym uniwersytetem na terenach wyzwolonych spod niemieckiej okupacji. Pracowali tam profesorowie z kresowych uczelni Jana Kazimierza i Stefana Batorego.

      Ale – czytam w Wikipedii – „w 1949 roku zabroniono przyjmowania nowych studentów na niektóre świeckie kierunki, pozbawiono funkcji rektora ks. Słomkowskiego – za to, że nie chciał zalegalizować na uczelni komórki młodzieżowej organizacji komunistycznej. Uniwersytet był stale inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, utrudniano życie studentom i wykładowcom, cenzurowano publikacje uczelni. Dopiero lata 90. przyniosły poprawę sytuacji".

      To wielce nieprawdziwie. KUL wcale nie podlegał szczególnym represjom, a jeśli poszczególni studenci i wykładowcy uczestniczyli w opozycji, to poza uczelnią.

      - KUL od zawsze nosi w sobie gen uległości wobec władzy – mówi Wojciech Samoliński, absolwent uczelni i kiedyś jej pracownik, w PRL opozycjonista. – Ale wtedy miał jakąś kindersztubę. Nie wyobrażam sobie, żeby za rektora Mieczysława Krąpca funkcjonował tak jak dzisiaj.

      Dominikanin został rektorem w 1970 r. Postanowił, że zabezpieczy byt uczelni. Dlatego – nie był wśród rektorów wyjątkiem – współpracował z władzą i SB.

      - Poprzednik poradził mu: „Mieciu, jak masz się puszczać, to z hrabianką, a nie z pokojówką" – mówił mi Tomasz Dostatni, współbrat z zakonu dominikanów. – Krąpiec gadał z wysokimi funkcjonariuszami SB i PZPR, nie zajmował się lubelską drobnicą. Powiedział mi, że na uniwersytetach są dwie drogi kariery, obie przez dupę. Pierwsza: siedzisz na dupie, studiujesz, czytasz, piszesz i może ktoś cię dojrzy. Druga: dajesz dupy i na pewno cię zobaczą. To nie dotyczyło tylko KUL, ale na tej uczelni zaciążyło szczególnie.

      Krąpiec zatrudniał, podobnie jak poprzednicy, profesorów z szemranymi z punktu widzenia władzy ludowej biografiami: Stefana Świeżawskiego, Jerzego Kłoczowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Adama i Tomasza Strzemboszów, Krzysztofa Kozłowskiego. Próbował otwierać nowe kierunki studiów. Uważał, że wodzi bezpiekę za nos. Lecz bezpieka trzymała go na krótkiej smyczy. Gdy w 1973 r. komuniści scalali ruch studencki, postanowili, że Socjalistyczny Związek Studentów Polskich powstanie również na KUL. Rektor - w imię obrony substancji - był bardzo za. Kilku studentów otwarcie przeciw. Pojechali do Warszawy prosić o wsparcie prymasa Wyszyńskiego. Kardynał nie lubił jakichkolwiek buntowników, więc przyjął ich chłodno. Byli pewni, że wyjeżdżają z niczym. A tu szpas – Wyszyński zabronił SZSP na KUL.

      - Pamiętam spory Krąpca z Januszem Krupskim, opozycjonistą związanym z pismem „Spotkania" – mówi Wojciech Samoliński. - Krąpiec przekonywał, że potrzebuje blachy na pokrycie dachu, a Janusz, że w dupie ma blachę, tu idzie o Polskę. Krąpiec dbał o istnienie uczelni, ale poszedł w tym zdecydowanie za daleko.

      CDN...
      • diabollo Re: Oksymoron: Uniwersytet Katolicki 22.11.22, 07:27
        Bowiem – zdaniem Samolińskiego – rektor Krąpiec był pragmatykiem. Dach przeciekał, więc potrzebna była blacha, w imię suchej podłogi rektor robił rzeczy bardzo brzydkie. Ale, zgódźmy się, lepsza sucha podłoga niż zalana deszczówką. Nadmierna brzydota zyskiwała usprawiedliwienie, bo blachą dachową handlowało komunistyczne państwo, więc gdyby Krąpiec się jeżył, blachy by nie było. Tu jest różnica między Krąpcem a obecnymi władzami uczelni. Blachę można kupić na wolnym rynku, lecz oni wolą dostać ją od władzy, bo to ich z władzą jeszcze bardziej zwiąże.

        Na czym polega rola kobiety na KUL
        Seweryn Blumsztajn pojawił się na KUL w 1970 r.: – Byłem po więzieniu za Marzec ’68, polecony do Adama Stanowskiego [powstaniec warszawski, więzień polityczny w latach 50., działacz katolicki, pedagog], miałem studiować na wydziale filozoficznym.

        Zaraz po przyjeździe Blumsztajn ze Stanowskim wchodzą do dużej sali. Stanowski znika za drzwiami z plakietką „dziekan", po chwili wychodzi i mówi, że jeśli Blumsztajn nie ma wilczego biletu, który wówczas dostawali wszyscy studenci skreśleni dyscyplinarnie, to go przyjmą. Ktoś więc sprawdza, czy władza przysłała bilet, a jakaś pani objaśnia, jakie dokumenty są potrzebne do przyjęcia. Biletu nie było, ale też nie było świadectwa chrztu. Nagle zza drzwi dziekańskich wychodzi duży facet w białym habicie, obejmuje Sewka i mówi: „Jakoś sobie z tym poradzimy". To był Mieczysław Krąpiec.

        Krąpiec ściskał Blumsztajna jeszcze kilka razy, zwłaszcza gdy wrócił z USA, gdzie kwestował na zniszczony fronton uczelni.

        - Gdy na korytarzu zobaczył mnie lub Basię Toruńczyk [uczestniczka Marca ’68, za co odsiedziała rok, później działaczka Komitetu Obrony Robotników, założycielka i wieloletnia naczelna „Zeszytów Literackich"], witał się bardzo serdecznie – wspomina Blumsztajn. - Myślę, że w Stanach zobaczył, że marcowcy stanowią dla niego kapitał polityczny, a może nawet dostał za nasze studiowanie jakiś datek.

        Blumsztajn wkroczył w kompletnie nieznany sobie świat księży i zakonnic, zresztą strasznie traktowanych przez duchownych. Prowincjonalizm, mierny poziom studentów i wydziału filozoficznego, książki do egzaminów zupełnie inne od tych, które czytał przed Marcem ’68 na Uniwersytecie Warszawskim, rządzi neotomizm dostosowany do polskiego ludowego katolicyzmu.

        - UW był uczelnią na świetnym poziomie – opowiada. – Zdawałem egzaminy u prof. Bronisława Baczki, chodziłem na wykłady do Leszka Kołakowskiego. Porównanie z Warszawą nie wypadało dobrze dla KUL. Przed jakimś egzaminem razem z Basią Toruńczyk czytaliśmy książkę, a tam pytanie: „Na czym polega rola kobiety w rodzinie?", oraz odpowiedź: „Rola kobiety w rodzinie polega na stróżowaniu domowego ogniska". Ze śmiechu nie mogliśmy wejść na egzamin.

        W tamtym czasie etyką kierował Karol Wojtyła. KUL – wspomina Blumsztajn - zlewał go w sposób doskonały, bo Wojtyła uczył się u znakomitego fenomenologa Romana Ingardena, o którym w Lublinie pewnie mało kto słyszał.

        - Gdy przyszło do egzaminu, dostałem od jednego z doktorów przedwojenny podręcznik; co akapit, to opis postępku, który jest grzechem śmiertelnym. Nie chciałem z tego odpowiadać. W zastępstwie dostałem „Miłość i odpowiedzialność" Wojtyły. Napisane po ludzku, ale na końcu coś o kalendarzyku małżeńskim. KUL to był katolicyzm zaścianka. Z miłym katolicyzmem i otwartym Kościołem złapałem kontakt w Warszawie, a nie w Lublinie - opowiada.

        Na KUL byli już ludzie z Marca, gdy pojawiła się grupa hipisów. Przewodził im „Pies", czyli Ryszard Terlecki. Fatalnie przyjęli ich inni studenci, ale nie marcowcy. Ich relacje z hipisami opierały się na zasadach handlu wymiennego: za książki paryskiej "Kultury" dostawali marihuanę. I tak, ze szkodą dla wielu, Terlecki zainteresował się polityką.

        - W tej marnej naukowo i prowincjonalnej duchocie była jedna rzecz unikalna i piękna, wówczas niedostępna w innych szkołach wyższych – wspomina Blumsztajn. – To atmosfera wolności. Pisałem pracę magisterską z walterowców. Nikomu to nie przeszkadzało.

        - A antysemityzm?

        - Moje nazwisko jest jak gwiazda Dawida przyszyta do rękawa, a jednak nigdy nie spotkałem się na KUL z antysemickimi odzywkami.

        Niezachwiana kariera profesora Bendera
        - Krąpiec, jak większość polskiego Kościoła, był dość radykalnym endekiem – opowiada ksiądz zasiedziały w Lublinie. – Miał jeszcze z dawnych czasów kumpli z Narodowych Sił Zbrojnych. Wiedział, jaki w PRL był ich los, więc się z endeckością na KUL nie wychylano. Gdy zabrakło komunistycznego straszaka, to pohulano na całego.

        - To była uczelnia po swojemu demokratyczna – opowiada jej absolwent z lat 90., profesor. – Odtwarzała kompletnie absurdalne w naszych czasach podziały przeniesione z II Rzeczypospolitej. Narodowcy wiedli spory z piłsudczykami, pojawiali się socjaliści jak z dawnego PPS, a nawet anarchiści. Miało to swój szarm.

        Nie zawsze, bo profesor wspomina również, że na KUL pierwszy raz w życiu zetknął się z polskim faszyzmem, usłyszał poglądy antysemickie i skrajnie nacjonalistyczne. Nie wstydzono się ich, a nawet głoszono z katedr.

        - Oglądałem, jak trumny Dmowskiego i Piłsudskiego awanturują się między sobą. Miałem wrażenie, że patrzę na zombie. Byłem w błędzie. Na KUL odżyła skamielina i ma się dobrze do dziś.

        W 1996 r. Władysław Bartoszewski dostał Nagrodę im. Heinricha Braunsa, przyznaną przez biskupa Huberta Luthego z Essen za zasługi dla katolickiej nauki społecznej. Nie było czemu dziwić: Bartoszewski był w Niemczech podziwiany, a na KUL wykładał przez wiele lat.

        Tymczasem dziesięciu profesorów uczelni wystosowało do niemieckiego biskupa list szkalujący Bartoszewskiego. Jego inspiratorem i głównym autorem był Ryszard Bender, poseł na Sejm PRL w latach 80., a w wyborach 4 czerwca 1989 r. kandydat startujący przeciwko "Solidarności". W liście znalazły się oskarżenia wobec Bartoszewskiego o przywłaszczenie sobie tytułu profesora. Według autorów światowy rozgłos Bartoszewski zawdzięczał „gadulstwu dostosowanemu do upodobań słuchaczy".

        Pojawił się również donos obyczajowy: jak Bartoszewski śmie być katolikiem, skoro jest rozwiedziony.
        A wszystko to podlane litrami wazeliny wobec niemieckiego hierarchy.

        Zaprotestował Episkopat, przepraszał senat uczelni. Nic nie pomogło. W 2005 r. pojawiły się kolejne oskarżenia wobec Bartoszewskiego, miały uniemożliwić mu otrzymanie doktoratu honoris causa KUL. Wśród tradycyjnego wachlarza zarzutów pojawił się nowy: „wychwalanie kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, znanego polakożercy". Tym razem oskarżenia i skarżących skrytykował metropolita lubelski abp Józef Życiński.

        - Gdy w latach 80. Bender wykładał na KUL, przyklejano mu na drzwiach gabinetu kartki z napisem „kolaborant" – wspomina absolwent lat 90., profesor. – Był oceniany jako lichy profesor, marny polityk, antysemita i intrygant.

        CDN...
        • diabollo Re: Oksymoron: Uniwersytet Katolicki 22.11.22, 07:29
          - Przy Okrągłym Stole Bender był reprezentantem "Solidarności", a potem zwyczajnie zdradził, wystąpił przeciwko naszemu kandydatowi do sejmu kontraktowego – wspomina Wojciech Samoliński. – Dobijał się o poparcie Wałęsy, ale nic nie wskórał. A jednak okazało się, że dla KUL był wartościowy, miał na uczelni zwolenników i sojuszników. W taki sposób zachodziła zmiana.

          - Bender to zaprzeczenie zasady, że o zmarłych to albo dobrze, albo wcale – mówi ksiądz zasiedziały w Lublinie. – Niestety, o nim można tylko źle. Mam wrażenie, że Jan Paweł II mianował Życińskiego na lubelskiego metropolitę również dlatego, by jakoś odwojować KUL z rąk ludzi klasy Bendera. Przegrał.

          Zielony nazizm neguje Boga
          Dziś jedną z największych medialnych gwiazd KUL jest publikujący i występujący u Rydzyka ks. Tadeusz Guz. W zasadzie ksiądz profesor, bo tytuł naukowy nadał mu prezydent Andrzej Duda.

          Filozof i teolog Guz nie wierzy w atak Al-Kaidy na World Trade Center: „Żaden z samolotów amerykańskich nie uderzył w Twin Towers. To były symulacje medialne. Na prywatne komóreczki się rozesłało coś, co się zrobiło pod publiczkę".

          W koronawirusa też nie wierzy. Publicznie twierdził, iż nie można zakazić się podczas mszy, bo „konsekrowane dłonie kapłana nie staną się przyczyną czyjegoś zarażenia". Szczepionki na COVID-19 powstały – w to akurat wierzy - w wyniku śmierci setek tysięcy nienarodzonych i dlatego „nikomu z Bożych ludzi nie wolno brać udziału w takim procederze w jakiejkolwiek formie, bo my utracimy nasze życie wieczne na wieki". Guz porównuje szczepienia do zbrodni nazistowskich.

          Wydawało się, że w tym wypadku ksiądz dostanie po uszach. Rzecznicy KUL oraz archidiecezji lubelskiej wydali wspólne oświadczenie: „Wykorzystywanie autorytetu kapłana oraz profesora do promowania postaw stanowiących zagrożenie dla życia i zdrowia w obliczu pandemii koronawirusa jest nadużyciem i należy je traktować jako naganne oraz skrajnie nieodpowiedzialne. Osoby zachęcające do zachowań zagrażających życiu i zdrowiu, a tym samym sprzecznych z piątym przykazaniem Dekalogu, nie reprezentują ani świata akademickiego, ani tym bardziej Kościoła".

          I na tym się skończyło.

          Guz nadal głosi swoje poglądy. Na przykład o protestantyzmie, który uważa za „totalną herezję". Nie przeszkadza mu sprzeciw kolegów z Instytutu Ekumenicznego KUL: „Wygłaszając swoje tezy, ks. prof. Guz udowadnia, że jego znajomość teologii Lutra jest – najdelikatniej mówiąc – bardzo powierzchowna i fragmentaryczna. Jest rzeczą oczywistą, że katolicy nie przyjmują poglądów Lutra. Jednak przekręcanie sensu jego wypowiedzi, aby wysnuć na tej podstawie bardzo daleko idące wnioski, mające zdezawuować już nie tylko wiarę dziś żyjących luteranów, ale także katolicki episkopat niemiecki, jest po prostu nieuczciwe".

          Guz pożalił się w Radiu Maryja, że przełożeni zabronili mu publicznie mówić o protestantyzmie i o Lutrze.

          A co ksiądz profesor myśli o ekologii? To „ateistyczny, materialistyczny i nihilistyczny neokomunizm", „zielony nazizm", celem ekologii jest negacja Boga.
          Władze KUL oświadczyły, że „wypowiedzi ks. prof. T. Guza są wyrazem jego indywidualnych poglądów o charakterze pozanaukowym".

          Jeszcze zabawniej zareagowały na stwierdzenie Guza, że przypisywane Żydom przez antysemitów mordy rytualne były faktem i „nie da się ich wymazać z historii". Zaprotestowały organizacje żydowskie, Muzeum Polin oraz Polska Rada Chrześcijan i Żydów: poglądy Guza są antysemickie, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem oraz z historią. Arcybiskup lubelski i rektor KUL uznali wypowiedzi Guza „za niedopuszczalne" i ksiądz profesor stanął przed komisją dyscyplinarną uniwersytetu. Ta jednak uznała, że jego poglądy wpisują się w „nierozstrzygniętą dyskusję naukową", i sprawę umorzyła.

          Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, były pracownik naukowy KUL i były ksiądz, który u progu lat 90. ujawnił swoje żydowskie pochodzenie, mówił mi, że uczelniany antysemityzm był jednym z powodów jego odejścia: - To prawda, że byłem już w wieku emerytalnym. Ale znałem ich, wiedziałem, co myślą o Żydach, i źle się z tym czułem. Moim zdaniem antysemitą był rektor Krąpiec. Z nim jednak jeszcze jakoś dało się wytrzymać.

          W książce Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku" Weksler-Waszkinel opowiada: „Słyszałem [od nich], jak to fajnie było przed wojną: idzie człowiek ulicą, a tu naprzeciwko żydek - machnie człowiek ręką, żydek leży. A wie pan dlaczego? Bo w rękawie nosiło się woreczek z piaskiem. Jak żydek dostał po łbie tym woreczkiem, to natychmiast leżał. Takie historie opowiadali sobie w mojej obecności".

          Zbigniew Nosowski rozmawiał o ks. Guzie z ks. prof. Mirosławem Kalinowskim, obecnym rektorem KUL. W tym, że poglądy Guza na mord rytualny uczelnia uznała za „nierozstrzygniętą dyskusję naukową", rektor nie widzi nic kompromitującego.

          Katolicka uczelnia i jej autorytety
          Dr hab. Mieczysław Ryba z KUL, wykładowca uczelni Rydzyka i doradca ministra Czarnka, wydał niedawno książkę „Kościół i państwo na kresach południowo-wschodnich II RP". Promowali ją oprócz autora ludzie KUL, historycy i prawnicy, łącznie z Czarnkiem.

          Badacze zajmujący się tematem uznali książkę za marnie udokumentowaną i napisaną bez należytej kwerendy. Ryba cytuje obszernie dzieła produkowane przez ludzi, którzy z historią nie mieli nic wspólnego, za to z komunistyczną bezpieką - jak najbardziej. To np. Edward Prus, człowiek wielu biografii. Za PRL szczycił się przynależnością do NKWD i donosił bezpiece na środowiska polskich Ukraińców. W III RP NKWD zamienił na Szare Szeregi, lecz w stosunku do Ukraińców był stały w uczuciach i nadal szkodził, rozpowszechniając stworzone przez siebie antyukraińskie fałszywki. Opowieści Prusa o tajnych knowaniach Ukraińców były jakby podyktowane przez FSB, spadkobierczynię bezpieki Dzierżyńskiego, Berii i Andropowa.

          Książkę Ryby promowała debata w IPN z udziałem prof. Andrzeja Gila, oczywiście z KUL, który oznajmił, że polski katolicyzm to nie tylko jedynie słuszna wiara, ale też nośnik prawdziwej cywilizacji, gdyż bez polskich księży nie byłoby na Kresach czystych domów i ludzie najpewniej się nie myli. Według Gila razem z księdzem do kresowych wiosek zawitało również mydło. Poinformował też, że Ukraińcy w II RP, a także dzisiejsza Ukraina to twór sowiecki z wpływami nacjonalistów od Stepana Bandery.

          CDN...
          • diabollo Re: Oksymoron: Uniwersytet Katolicki 22.11.22, 07:31
            Prof. Igor Hałagida z Uniwersytetu Gdańskiego, specjalista od ukraińskiej historii, uznał książkę Ryby za niekompetentną, a w warstwie językowej tak „zdumiewająco infantylną", że aż wywołującą uśmiech politowania. „Ale z punktu widzenia historyka ten uśmiech staje się mocno gorzki, gdy ma się świadomość, że naukowa rzetelność ustępuje aż takiej ignorancji" - podsumował.

            Gdański badacz wytknął Rybie elementarny brak warsztatu oraz ideologiczne zacietrzewienie, czego dowodzi powoływanie się na właśnie na Prusa, a także na przedwojennego historyka i antysemickiego historiozofa Feliksa Konecznego.

            Absolwent KUL, profesor: - Ta książka to dzisiejszy KUL w pigułce. Pseudonaukowiec i antysemita Koneczny czy ukrainożerca Prus to autorytety, bo liczy się prawicowo-narodowa ideologia.

            Tak pojmowaną naukę można przekuć na polityczny sukces, czego przykładem jest Czarnek. Albo Mirosław Piotrowski, KUL-owiec, trzykrotny europoseł i eksfaworyt Rydzyka; zwinięto mu parasol ochronny, gdy w 2020 r. bez pytania patrona postanowił kandydować na prezydenta. Dzisiaj tłumaczy wojnę w Ukrainie strachem Rosji przed rozszerzeniem NATO.

            Miernoty są na każdej uczelni, ale dzisiaj w Lublinie mają swój czas. Wielu KUL-owców z tytułami, zwłaszcza w naukach społecznych, ledwie broni doktoraty i habilitacje. Kandydaci na doktorów dostają krytyczne recenzje swoich prac, lecz z pozytywną konkluzją: „promować". Bo recenzent boi się, że koledzy recenzowanego mogą się odegrać, uwalą mu jakiś projekt, odbiorą grant. KUL stał się centrum lizusostwa i konformizmu.

            Rektor przerywa wywiad
            Ks. prof. Alfred Wierzbicki, wybitny filozof i etyk, kilka tygodni temu odszedł z KUL. Na własnych warunkach, gdy komisja dyscyplinarna oznajmiła, że: „został uniewinniony wobec postawionych mu zarzutów dotyczących krytyki osób i instytucji, zaś postępowanie w kwestiach światopoglądowych i religijnych jest umorzone".

            Co nabroił Wierzbicki? Otóż wypowiedział się o przemyśleniach ks. Guza na temat mordu rytualnego: „Można być profesorem, ale można być też skończonym durniem". Poręczył za aresztowaną Margot, transseksualną aktywistkę z kolektywu Stop Bzdurom. Poręczył jako chrześcijanin, bo postawa władzy wobec ludzi LGBT + wydaje mu się represyjna i wykluczająca. Skrytykował bałamutne i obelżywe stanowisko Episkopatu w sprawie LGBT.

            Po niby korzystnym, lecz w istocie obelżywym wyroku komisji Wierzbicki doszedł do wniosku, że nie chce mieć do czynienia ze środowiskiem dominującym dziś na uczelni: - Zdałem sobie sprawę, że KUL utracił akademicką powagę. Bez żenady mnie upokorzono i wyszydzano. W żadnym postępowaniu nie mieści się, aby rzecznik dyscyplinarny podważał czyjś dorobek naukowy i nagrody. Pomyślałem wtedy – ceniąc dorobek i misję KUL – że nastąpiła degeneracja intelektualna i moralna tej uczelni.

            Wierzbicki nie oszczędzał też ministra edukacji: - Czarnek wyrasta z tradycji katolicyzmu endeckiego, bogoojczyźnianego. Instrumentalizuje wiarę w celach politycznych. Moment, w którym Czarnek kieruje MEN, jest korzystny dla KUL finansowo, jednocześnie oznacza zapaść intelektualno-moralną uczelni.

            Co na to ks. rektor Kalinowski? Stwierdza, że opinie Wierzbickiego „przedstawiają wyłącznie jego prywatne poglądy i w żadnym przypadku nie można utożsamiać ich ze stanowiskiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. KUL od ponad 100 lat kształtuje kolejne pokolenia studentów w duchu nauki społecznej i moralności Kościoła katolickiego, pozostając areną wymiany opinii i dyskusji. W kwestiach związanych z LGBT+ nasz uniwersytet w pełni utożsamia się ze stanowiskiem Konferencji Episkopatu Polski".

            Szykany wobec Wierzbickiego były także przyczyną odejścia z KUL w 2020 r. ks. prof. Andrzeja Szostka. Były rektor napisał do obecnego: „Nie potrafię kontynuować współpracy z uczelnią, której władze tak krzywdząco traktują swego profesora - i to etyka, który ma odwagę zabierać głos w sprawach moralnie doniosłych w Polsce i w Kościele".

            O Wierzbickiego próbował podpytywać rektora Zbigniew Nosowski, ale wywiad został przerwany, bo – zdaniem Kalinowskiego – redaktor naczelny „Więzi" stawiał złe pytania. W sprawie Wierzbickiego rektor nie miał sobie nic do zarzucenia, podobnie jak w przypadku ks. Guza.

            - Naprawdę źle zaczęło się dziać, gdy Przemysław Czarnek został ministrem, a Mirosław Kalinowski rektorem – mówi mi ks. Wierzbicki. – Gdyby ministrem był ktoś z innym charakterem i temperamentem, Kalinowski zachowywałby się inaczej. Ale jest pragmatykiem, a ta władza dosypuje uczelni worki pieniędzy. Dzisiaj wpisuje się ona w projekt wymiany elit wymyślony przez PiS. Trucizna w postaci endeckiego katolicyzmu, antyekumenizmu, antysemityzmu i wykluczania była na KUL obecna niemal zawsze. Za rektora Krąpca ludzie pokroju Bendera chcieli tu przejąć władzę. Krąpiec, choć sam umoczony po uszy, stawiał opór. Kalinowski raczej niczemu się nie oprze. Minister Czarnek jest wychowankiem uczelni i jej urlopowanym pracownikiem. Ma państwowe pieniądze. Już jako wojewoda lubelski inspirował "strefy wolne od LGBT", występował publicznie pod banerami ONR. Kalinowskiemu to nie przeszkadza.

            - Bo może Kalinowski to żaden pragmatyk, ale konformista?

            - Pragmatyzm często kończy się konformizmem. Następnym etapem jest cynizm. To równia pochyła. Jakiś czas temu zaszedłem do studenckiej stołówki. Młodzież wiwatowała na cześć Trumpa. Są na KUL ludzie rozsądni i przyzwoici, ale jest również trumpizm po polsku.

            Poziom szkółki parafialnej
            Czym jest obecnie KUL?

            Ksiądz z Lublina: - Kiedyś był to uniwersytet. Później tylko katolicki. A dzisiaj zaledwie lubelski.

            Nosowski napisał w „Więzi": „Już obecnie KUL staje się przedmiotem nie tylko krytyki, ale nawet ostracyzmu ze strony poważnych uczonych. Znam deklaracje środowisk żydowskich, które nie chcą podejmować żadnej współpracy z KUL ani nawet indywidualnie z profesorami tego uniwersytetu. Błyskawicznie znika opinia o KUL jako oazie wolności myślenia w PRL (taką poznałem tę uczelnię 40 lat temu i mam wiele wspaniałych wspomnień z nią związanych, również po 1989 r.), a jej miejsce zajmuje wizerunek lubelskiego uniwersytetu jako uczelni zaściankowej, która stacza się do poziomu przysłowiowej szkółki parafialnej".

            Absolwent KUL, profesor: - KUL skarlał na skutek wolnej Polski. Przestał być atrakcyjny w stosunku do innych uczelni również dlatego, że gdzie indziej można było studiować np. teologię. Zaczął absorbować ludzi niezdolnych, miałkich, zbędnych. Mogły umościć się tu osoby skrajne, ale ambitne, chore na władzę. Minister Czarnek, jeszcze jako student i młody pracownik KUL, nosił teczkę za najbardziej zajadłymi endekami i ONR-owcami. Dzisiaj to oni noszą ją za nim.

            CDN...
            • diabollo Re: Oksymoron: Uniwersytet Katolicki 22.11.22, 07:33
              Wojciech Samoliński: - Przedwojenny rektor Józef Kruszyński był wściekłym antysemitą. Rektor Krąpiec był endekiem, a pośród wielu księży wykładowców krążył od zawsze pogląd, że Żydzi mącą i rządzą. Ale życie kulturalne poza KUL było naprawdę OK.

              - Gdy zostałem internowany, KUL skreślił mnie z listy studentów – wspomina. – Gdy wyszedłem, decyzję podtrzymano. Ale po tym wszystkim rektorzy uczelni w ostatnim dniu swojego urzędowania dali mi etat. KUL przed władzą merdał ogonem, ale przynajmniej udawał, że nie jest uczelnią dworską. Rektor Kalinowski przestał nawet udawać.

              Ks. Andrzej Szostek, który pracuje dziś na lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, próbuje dostrzec jasne strony: - To nie jest tylko mierność i zło. Chcę się upomnieć o kilku prawników, historyków, a nawet filozofów i teologów.

              - Są tam również naukowcy jak Guz i Ryba.

              - O Jezu…

              - Może relacja KUL i władzy to legalna, zgodna z prawem państwowa korupcja?

              - Niekoniecznie minister od szkół wyższych winien być urlopowanym pracownikiem uczelni. Ale nie uważam, że z powodu rządowego stanowiska winno się takiego zwolnić. Rzecz nie jest w regule, ale w Czarnku. Związek minister Czarnek – uczelnia szkodzi KUL na dłuższą metę. Dzisiaj mają pieniądze, ale te się rozejdą. Wstyd zostanie.

              Zbigniew Nosowski: - Dziekan wydziału prawa KUL Andrzej Herbet był jednym z inicjatorów publicznej krytyki werdyktu Trybunału Konstytucyjnego odnośnie do obowiązywania w Polsce wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE. Postąpił w zgodzie z regułami i wbrew rządowi oraz Czarnkowi, w końcu pracownikowi wydziału.

              Myślano, by otworzyć na KUL podyplomowe studia z etyki. Ktoś z góry przysłał plan, za którym lobbował Czarnek, a nawet dał człowieka do jego wprowadzenia. Kiedy zaczęto upokarzać ks. Wierzbickiego, studia pozostały w strefie ministerialnych marzeń. KUL się postawił.

              Swoją drogą to chichot historii. UMCS powstał jako komunistyczna odpowiedź na KUL, miał u swoich początków certyfikat bardzo złego pochodzenia. Tymczasem właśnie na UMCS etyką zajmują się dziś profesorowie Szostak i Wierzbicki, następcy Jana Pawła II w Katedrze Etyki KUL. Ta uczelnia ofiarowała im wolność, którą KUL próbował odebrać.

              Łudząc się, że nie wszystko stracone, Nosowski wspomina też powstałe w ostatnich dniach Centrum Relacji Katolicko-Żydowskich im. Abrahama J. Heschela, które ma pogłębiać relacje katolicko-żydowskie w wymiarze międzynarodowym. Zrazu miał być to ośrodek zajmujący się Polakami ratującymi Żydów i Żydami ratującymi Polaków, ale ktoś poszedł po rozum do głowy i zakwestionował symetrię; Polaków ratujących Żydów było więcej z przyczyn oczywistych, więc znowu Żydzi okażą się tymi złymi. KUL obronił się przed kolejną wpadką.

              - Może szukanie przyzwoitości w miejscu skażonym ciężkim grzechem to próba odnalezienia cnoty, która już dawno jest wytarta na amen? – spytałem Nosowskiego.

              - Uczelnie mają to do siebie, że nie tracą cnoty na zawsze. Na KUL wiodą dziś rej koniunkturalni endecy i pospolici antysemici. Ich poglądy mogą profitować, bo taki w Polsce mamy czas polityczny i tak wygląda znaczna część Kościoła. Brzydkie to, ale mało ideologiczne. Gdyby czas był inny, oni też byliby inni - podsumował.

              Paweł Smoleński
              Reporter, publicysta, od 1989 roku dziennikarz "Gazety Wyborczej".

              wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,29136370,profesor-bender-dr-ryba-i-ksiadz-guz-nie-wzieli-sie-znikad.html#S.TD-K.C-B.2-L.1.duzy

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka