lellapolella
05.03.13, 18:57
najpierw patrzymy na ogród krytycznym okiem i dochodzimy do wniosku, że leszczyny przy płocie są prześliczne ale spójrzmy prawdzie w oczy- mamy ich dość: zajmują kupę miejsca, drugą kupę zacieniają, a do tego obżerają się nimi tylko dzieciaki z wioski... No i mamy mnóstwo miejsca na leszczyny nad rzeką! Prosimy chłopa o wycięcie, co trwa, ale w końcu dzieje się. Sprzątamy masę konarów, gałęzi, ogarniamy to, co zostało zniszczone przy okazji. Zostają nam pnie- grube, wielokomorowe i wykluczające wszelkie nasadzenia:) Zakładamy wątek na ulubionym forum pt. Jak pozbyć się pni? Odpowiedzi jest dużo, po nawierceniu pni ręczną wiertarką, co zajmuje nam tydzień i doprowadza niemal do śmiertelnego zejścia i konstatacji, że drewno leszczynowe niechybnie jest twardsze od dębowego, a może i od kamienia, wpychamy w dziury wszystko, co nam doradzono. Nie ma się co bawić w detale, bo zależy nam na czasie, dajemy więc ząbki czosnku, kwaśne mleko, proszek do pieczenia, sodę, w wolnych chwilach usuwając entuzjastycznie wyrastające po tych ingrediencjach odrosty. W następnym roku stwierdzamy, że pies tańcował z ekologią i smarujemy pnie zajzajerem. Wciąż wycinamy odrosty:) W tym roku patrzymy a tu z dziury w pniu wyrasta nam róża, prawdopodobnie rugosa. Proste?