smutnybelg
30.11.09, 16:50
Siedzę w domu...
Myślę.
Wszystko zaczęło się u mnie jakieś 8 lat temu (Boże,to już osiem lat!!!)
Musiałem odejść od żony, bo nie mogłem i nie chciałem jej oszukiwać.
Miałem wielkie wątpliwości odnośnie mojej seksualności. (Dziś z akceptacją siebie jako osobę homoseksualną nie mam żadnego problemu).
Od tego czasu zaczęła sie w moim życiu gehenna...
Mój stan psychiczny uległ totalnie uległ degradacji.
Nie mogłem sobie wybaczyć, nie mogłem zrozumieć...Ona też nie mogła.
Kiedy odchodziłem od niej, czułem się chyba tak, jak mogli czuć się Zydzi siłą wyciągani ze swoich domów i rozłączani od swoich rodzin. W dodatku świadomi, ze nie ma powrotu...
Dziś już minęło od tamtego czasu ponad 7 lat. Zaraz bedzie 2010 i to już będzie 8 lat.
Osiem lat, jak nie potrafię się w sobie zebrać się, otrząsnąć...
Osiem lat, jak nie potrafię cieszyć się życiem.
Kilka miesięcy temu , czytając pamiętnik zdałem sobie sprawę, że od tamtego czasu połknąłem już kilka tysięcy pastylek (antydepresantów). Przeraziłem się, bowiem zdałem sobie sprawę,że ten stan trwa i trwa... i niszczy moje życie.
Ze stracilem przyjaciół. Bo albo nie miałem sił na utrzymywanie kontaktu i świadomie zawieszałem znajomości, (nie chcąc być dla nikogo ciężarem, ciągle smutnym i pesymistycznym).
Niektórzy sami odeszli, mimo że tak bardzo na nich mi zależało. Pewnie po części dlatego, że nie potrafiłem, za ich „cennymi poradami” wziąć się w garść. No i im było za ciężko także. Mieli swoje problemy, swoje troski pewnie...
( Dziś już wiem, że pomimo faktu,iż czyta się tudzież wie się coś o depresji, to mimo tego wiele osób nie rozumie jej tak naprawdę). Nie rozumieją, że próbowałem wszystkiego.
Ostatnio osłyszałem, że to ja kieruję swoim życiem i że ode mnie zależy, czy jutro będę miał depresję czy też nie. ( to od gorącej wyznawczyni NLP, której doświadczyłem także, a którą to uważam za oszukańczą i zwodniczą w przypadku próby wyjścia z depresji z dnia na dzień...).
Przez te osiem lat moi przyjaciele osiągnęli coś, rozwinęli się, pozakładali rodziny itd. Przynajmniej trochę, jak nie zawodowo, to w życiu prywatnym...
A ja ? Straciłem jedną pracę, z której dosłownie uciekłem po pierwszym dniu (dobra praca a przynajmniej z perspektywami na rozwój).
Straciłem inną pracę, bo nie dałem rady udźwignąć wyzwania finansowego ( praca w szkole za 800zł netto w wielkim mieście).
Pomimo dwóch kierunków wykonuję pracę, której nikt nie chce robić.
Mieszkam w UK, bez żadnej rodziny, sam. Jak pustelnik.
Nikt do mnie nie dzwoni, większość ważnych osób odeszła. (Również z mojej winy. Wstyd mi byłoby przed nimi, gdyby zapytali co robię...)
Od roku prawie chodzę (czy robię) psychoterapię, z której nie do końca jestem dziś zadowolony.
Nie potrafię dziś już nawet zawalczyć o małą rzecz.
W zamian kolejne tony leków, samotność i totalny brak chęci do czegokolwiek. I ucieczka w świat książek, by nie myśleć o swoim stanie, by uderwać sie, by nie zwariować.
Nawet nie potrafię znaleźć sobie partnera. ( Faceta). Taki ze mnie nieudacznik.
Idą święta a ja uciekłem przed nimi do pracy, by rodzina nie widziała co się ze mną dzieje...
Ostatnio mam w głowie myśli o przygotowaniu sobie pogrzebu. Sprawdzałem koszty spalenia zwłok, w głowie mam piosenki, które chciałbym, aby zostały puszczone ...
Nawet chyba mam w głowie zaproszenia za ową „imprezę”.
Piszę nie dlatego, by prosić o pomoc. Piszę, by się podzielić swoim doświadczeniem.
By pokazać, że depresja w moim przypadku już wyrządziła tyle szkód, tyle złego, że żaden czas już tego nie jest w stanie odkręcić.
Depresja dla mnie to tak jakbym był chory na raka. Raka duszy.
I nie wiem, czy wygram walkę, czy przegram. Póki co przegrywam.
No i moj nick. Jedyna pozostalosc po tamtych czasach...