Dapresja od zawsze

21.02.10, 00:48

Zdałam sobie sprawę z tego,że tak właściwie to od zawsze taka jestem.Smutna,wyciszona,nieszczęśliwa.Byłam spokojnym,zamkniętym w sobie dzieckiem,zakompleksioną nastolatką,o której w szkole mówiono:"dziwna".Nie miałam nigdy wielu znajomych ani dobrego kontaktu z rodziną.
Czasem jest lepiej i myślę,że już po wszystkim,póżniej znowu gorzej.Tak w kółko.Stale z tym walczę.Nie powiem,że bez żadnych rezultatów.Nie lubiłam swego ciała,więc przestałam się objadać i pokochałam sport,zdrowy tryb życia,znalazłam mężczyzne swoich marzeń,wciąż stawiam sobie nowe cele,szukam pasji,nowych wyzwań.Mam teraz 26 lat.Jestem piękną inteligentną kobietą,kochaną przez wspaniałego faceta.Mam mieszkanie,niezły samochód,zwariowane zainteresowania.Mogłoby się wydawać,że tylko pozazdrościć,a tak na prawdę to jest we mnie smutek.Czuję się czasem tak beznadziejnie nieszczęśliwa.Datychczas myślałam,że jest o.k ale coraz bardziej zaczynam dostrzegac prawdę:że nie jest.Że ja się wcale tak bardzo nie zmieniłam.Ostatnio cierpię znowu na bezsennoś,przesypiam za to całe poranki,południa,nie mam ochoty wstac z łóżka.Trudno jest mi się zorganizować.Cały czas czuję niepkój,rozdrażnienie,zmęczenie,trudno jest mi się koncentrować,coraz częściej zapominam,wręcz mam wrażenie niesprawności intelektualnej i to mnie jeszcze bardziej przytłacza.Tracę ochotę na wychodzenie z domu,spotkania towarzyskie,seks.Mam tego wszystkiego świadomość i staram się jakoś z tym radzić,mobilizuję się do aktywności,staram się myśleć pozytywnie,robić coś sensownego ale...Nie mam już siły.Chyba potrzebuję tarapii i leków.
Zmieniłam niedawno miejsce zamieszkania,ze wględu na pracę narzeczonego.Miasto mi się nie podoba.Nie mam tutaj znajomych,zresztą nie mam już ich w ogóle nigdzie.Tak się złożyło.Trudno jest mi znależć pracę,zresztą zawsze często ją zmieniam i nigdy nie jestem zadowolona ze stanowiska,bo uważam,że stać mnie na coś lepszego(Dlatego w pażdzierniku chcę zacząć studia)Dostaję czasem jakieś zlecenie.Praca,którą aktualnie się zajmuję polega na kontaktach z ludżmi,czemu nie sprzyja mój obecny stan i mam z tego powodu ciągle wyrzuty do siebie nie mówiąc o stresie.
Parę lat temu chodziłam do terapeuty przez pół roku.Dużo z tego wyniosłam ale przerwałam terapię,bo zmieniłam miejsce zamieszkania(patrząc wstecz często je zmieniam).Stałam się silniejsza i myślałam,że dalej już poradzę sobie sama.Jednak się myliłam.Teraz to dostrzegam.Mam wrażenie,że gdy zaczyna być ze mną o.k,to potem następują powroty depresji i są one coraz silniejsze.
Zaczyna do mnie docierać,że sama sobie z tym nigdy nie poradzę i czas coś tym zrobić,poważnie się za siebie zabrać,poszukać pomocy.Bo już odbija się to na moim związku,życiu zawodowym.Właściwie teraz dopiero do mnie dotarło ,że tak na prawdę mam tan stan od bardzo dawna,odkąd pmiętam(!).Boję się,że kiedyś stracę wiarę w to,że może być lepiej.Że stracę to co jest dla mnie teraz ostoją.Że zostanę biedną,samotną,schorowaną staruszką.
Piszę to,żeby się wygadć.Może ktoś mnie zrozumie,może ktoś coś doradzi i żeby pokazać wam na swoim przykładzie iż nie warto rezygnować z pomocy terazpeutecznej.Depresja to poważna choroba.Powinno się ją leczyć,bo może spustoszyć nasze życie.
Pełna wersja