robotobibok2
08.04.10, 22:01
Tak jakbym miał głowę wypchaną watą a nie mózgiem. Zapadam się w siebie,
zamykam i to co na zewnątrz jest zupełnie nieistotne a to co w środku, ten ból
okazuje się centralną częścią mojego ja. 'Ja' nabiera nowego znaczenia, 'ja'
cierpię, 'ja' mam problem, 'ja' w depresji, ja, ja, ja... Nic dziwnego, że
zarabiam na opinię egoisty - nie potrafię skupić się na uczucach innych, nie
ma na nie miejsca obok mojego opuchniętego, bolącego JA...
Gdyby nie synek zrobiłbym coś głupiego, od wyjścia z domu tak jak stoję i
ucieczki gdziekolwiek aż po bardzo głupie terminalne rozwiązania. Ale jestem
dla niego, może powinienem być też dla siebie, ale na razie bycie dla niego
musi wystarczyć za powód.
Depresja jest niesprawiedliwa, dla bliskich i dla mnie...
I mam tak zawsze - już nie pamiętam jak długo - chyba od liceum, raz lepiej
raz gorzej, czasami całkiem źle. Nie oddczuwam 'joie de vivre': jest źle i
będzie jeszcze gorzej... Coraz bardziej ponuro, nic mnie nie interesuje, w
niczym nie jestem dobry, nic mi się nie chce.
I tylko na marginesie pałęta się myśl, że musi być życie po życiu, które
będzie superfajne, bo inaczej to ciężkie, smutne, nudne i niedorobione życie
wstępne nie miałoby sensu. A jak nie ma życia po życiu to mam przes.ane.
PS I można mieć świetną pracę, której inni ci (podobno) zazdroszczą i fajnego
dzieciaka i mieszkać w stolicy Europy a i tak będziesz się czuł jak worek g.wna...