nevada_blue
26.04.04, 00:30
mnie na tym świecie..
już tylko cień prawie,
a nawet on jakiś niewyraźny, ledwo widoczny..
i smutno mi, gdy na to patrzę..
jak każdego niemal dnia coś we mnie umiera..
jak sama się niszczę, bo..
pokonałam sama siebie, a nie potrafię dogonić świata..
i nie widzę tu dla siebie miejsca..
I znów mam wrażenie, że wszystko mnie przerasta, że ten świat jest taki
ogromny, a ja tak bardzo mała, że niewidoczna prawie. I mimo to nie mogę na
nim znaleźć nawet skrawka miejsca dla siebie. Miejsca, w którym czułabym się
bezpiecznie, w którym mogłabym się schronić. Ginę gdzieś w tym wszystkim,
nawet wśród mebli w tym pokoju.. Ja przecież sporo umiem i wiele jeszcze
mogłabym zrobić, ale to zawsze za mało, nie wystarczy, zawsze o krok do tyłu,
parę kroków, coraz dalej w tyle.. Patrzę jak życie mija obok mnie i nie
potrafię wskoczyć w tę rzekę, jej rwący nurt mnie przeraża.. Stoję na jej
brzegu i patrzę, jak inni brną odważnie do przodu z prądem lub pod prąd,
zmieniają świat, coś tworzą - przyszłość. Więc zaciskam zęby i biegnę, z
całych sił, żeby ich dogonić.. I nagle rozbijam się o niewidzialną
przeszkodę, coś jakby ścianę pomiędzy mną a nimi, resztą świata.. I znów cała
posiniaczona leżę na ziemi, na brzegu w bezsilnej złości i żalu.. do świata,
że na mnie nie poczeka.. i do siebie - bo nie potrafię dotrzymać mu kroku..
tak za każdym razem..
to nieprędko zanim zdołam się znów podnieść i stanąć, choćby chwiejnie, na
nogi.. a tymczasem świat znowu robi krok do przodu, a ja ciągle w tym samym
miejscu.. coraz dalej..
i smutno mi czasem, gdy na to patrzę..
i że nie potrafię poczuć się jego częścią..
a może nie powinno mnie tu być?
może to zły czas i miejsce?
nie wiem..
nawet napisać tego nie umiem jak trzeba..
kiedyś umiałabym.. teraz ciężko czasem nawet myśli pozbierać..
chciałabym nigdy nie istnieć..