rumiankowa
27.04.04, 17:08
Zainspirowana jednym z watkow chcialabym poruszyc temat, ktory od jakiegos
czasu mocno mi daje w kosc.
Pewnie wiemy jak ciezko zycje sie z osoba depresyjną, jak chcemy sie
wyleczyc, zyc w koncu inaczej, i ze nasi partnerzy, mezowie/zony tez marza o
chwili, gdy beda miec kolo siebie nie przydeptana powloke cielesną, ale
zywego czlowieka ;)
A ja chcialabym poruszyc temat tego co sie moze dziac w dlugotrwalych
zwiazkach PO wyleczeniu. Bo co sie okazuje - ze wcale nie jest tak sielsko-
anielsko jakby sie wydawalo. Czytalam, ze czesto "skutkiem ubocznym"
psychoterapii jednego z malzonkow jest... rozwod. Bo w koncu z jakichs
przyczyn sie wybralismy, jakies swoje potrzeby tym zaspokajalismy, jakos
zafunkcjonowalismy dlugoterminowo w takiej formie zwiazku. A tu jest mocne
odwrocenie, zmiana, ktos po terapii staje sie troche innym czlowiekiem niz
byl. I mimo, ze wlasnie tego chcemy to mozne sie okazac, ze problemy
malzenskie dopiero sie zaczynaja.
W moim przypadku bylo tak - 10 lat jestesmy razem, nie mamy dzieci, ale
uwazalam nasze malzenstwo za bardzo udane. Z tym, ze funkcjonowalismy troche
jak tatus z coreczka ;) Ja slaba, cierpiaca, taka "mala dziewczynka", a on
bardzo opiekunczy, wrecz wyreczajacy. Ja troche "uwieszona" na nim - zawsze
mogl mnie we wszystkim wyreczyc, a ja schowac za "tatusiem" ;) Tatusiem,
ktorego oczywiscie nie mialam. Oboje zaspokajalismy swoje potrzeby, gdzies
tam nie spelnione w dziecinstwie. Ja mialam czulego opiekuna, a on
niewolniczo oddaną i "slimaczo" wpatrzna w niego osobę, dla ktorej byl calym
swiatem. Tak funkcjonowal nasz zwiazek latami, jego wyreczanie "pomagalo" mi
izolowac sie od swiata, obowiazkow i wyzwan. No, ale w koncu dluzej nie
moglam tak funkcjonowac. Byla terapia grupowa (na ktora oczywiscie zglosilam
sie z moja "depresja", a nie dlatego ze bylam "malą dziewczynką";), potem
indywidualna (nadal trwajaca). Zaczelam "dorastac", z malej dziewczynki
stawac sie kobietą, brac odpowiedzialnosc za siebie i swoje zycie. I dobrze
mi to robi, czuje sie o nieeebo lepiej, o wiele lapiej funkcjonuje itd.
Ale co sie okazalo..? Ze ten zwiazek, ktory wydawal mi sie tak.. idealny, tak
stabilny etc - ze zaczal sie trzasc. Ze oboje musimy pracowac nad zmiana
postaw. Ze teraz on w koncu moze pokazac, ze tez bywa slaby, nie musi byc
ciagle tym silnym, wspierajacym facetem. Powychodzily zadawnione sprawy
problemow zwiazkowych, ktorych wczesniej nie mogl (bal sie) poruszac, bo ja
bylam za slaba, bo to by mnie "zmiazdzylo". A ja ich czesto po prostu nie
widzialam, przejeta swoim cierpieniem i walka o kazdy dzien.
On swietnie nauczyl sie tlumic, grac, nie mowic. I w zwiazku z tym wszystkim
przezywamy teraz powazny kryzys malzenski, ktory nie wiadomo jak sie skonczy.
Nie, zeby jakies klotnie, wrogosc, nadal mamy dla siebie mnostwo Dobra, ale
po prostu - oboje mozemy w koncu stanac twarza w twarz z calym bagazem
wspolnego zycia i moga wyjsc wszelkie rzeczy do tej pory uklepane, schowane
gdzies. Musimy zmierzyc sie z tym jak dwoje doroslych ludzi, choc to bardzo
trudne i boli. Rzeczywiscie, kiedys mogloby mnie to "zabic", teraz.. potrafie
to przezyc. Okazuje sie, ze np mamy rozne potrzeby i rozne wizje przyszlosci -
on np nie chce dzieci, przez swoje (rowniez trudne) dziecinstwo twierdzi, ze
nie potrafi budowac "domu", prawdziwej rodziny, ze przestal "czuc" w tym
temacie. A ja.. oczywiscie marze o bezpiecznym domu, moze i dziecku...
Problem jest powazny, a jak sie okazuje nie jedyny w naszym malzenstwie. Nie
wiem jak sie z tym zmierzymy, jakie beda rozwiazania.
Taka swoista ironia losu - ze dopiero zaczynam sie zmagac z prawdziwym zyciem
i jego problemami, kiedy staje na nogi i gdy pokonalam horror toczacy sie we
mnie.
Nie wiem czy moge o to zapytac, ale jestem ciekawa jak inni sobie radza w
podobnych sytuacjach - tzn. kiedy ta slaba, cierpiaca osoba w koncu staje na
nogi (np po terapii), jak to wplywa na dlugoletni zwiazek, na relacje, na ta
druga osobe.. Zapraszam do rozmowy.
Rumiankowa