sfinx54
15.05.04, 03:17
Kochani, jestem nowy na tym forum. Jak tak czytam jestem starszy od wielu
(50). Ale nie chcę już żyć. Wydawałoby się dziwne: facet sukcesu, wysokie
szanowane stanowisko, porządna pensja, syn u wrót kariery naukowej - nic nie
brakuje, poza miłością. Zawsze umiałem kształtować swoje życie, pomagałem
innym. 3 lata temu żona trafiła na reanimację, i wtedy byłem bezsilny, nic
ode mnie nie zależało. Żona wyszła całkiem zdrowa, ale ja już nie. Potem
dalsze choroby w rodzinie i już klops. Wyszedłem na dach, zawachałem się.
Trafiłem na leczenie, prochy pomogły. I znów padło. Teraz leczę się już dwa
lata, było dobrze, jest źle. Jestem sam, syna nie chcę w to wciągać, ślubna
mówi: to twoja sprawa, mnie w to nie wciągaj. Zachowuje się jak zupełnie obca
osoba. Czy to ją przerosło, czy ma wreszcie możliwość się mnie pozbyć? Nasze
małżeństwo było dziwne, ja ją zawsze kochałem i kocham, a ona traktuje mnie
tylko jako bankiera i słuchacza opowieści jaki ten świat jest podły i
niedobry, a ludzie żli. Wiem, gdy braliśmy ślub mnie nie kochała, było to na
złość temu pierwszemu, bo zmusił ją do aborcji. Wierzyłem, że będzie inaczej.
Niekiedy było, ale tak rzadko i tak dawno. Nie chcę już żyć w tym piekle, ale
nie umiem odejść. Wiele razy myślałem o odejściu - nie chciałem niszczyć
dziecka. Teraz jak jest samodzielne - to widzę, że "przesiedziałem w
poczekalni" (Kaczmarski) moje życie osobiste. Czytam posty, o tym jak się
zabić, ja wiem - znam toksykologię, wiem jak zrobić to skutecznie i bez bólu.
Chyba nadszedł już czas, jeszcze walczę. Jak długo...