Gość: MMM
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
16.08.01, 19:43
Mam trzydzieści pięć lat. Urodziłem się w rodzinie obojętnej religijnie.
Rodzice moi mają wyższe wykształcenie. W wieku siedmiu lat, tylko dzięki
staraniom babci, zostałem ochrzczony, natomiast rok później przystąpiłem do
Pierwszej Komunii Św. Na tym etapie mój związek z Kościołem katolickim został
przerwany. Bóg jednak nie pozostawił mnie samemu sobie. Cierpienia fizyczne
związane z astmą oskrzelową i częstymi infekcjami dróg oddechowych, a przy tym
kłopoty w szkole, brak przyjaciół - doprowadziły mnie do utraty sensu życia
oraz myśli samobójczych. Miałem wtedy 16 lat.
Stale narastające pragnienie wyzwolenia się z cierpienia i pytanie o jego sens
stały się głównym motorem mojego działania. Na początku 1983 roku wpadły mi w
ręce broszury dotyczące filozofii zen. Nie znalazłem w nich jednak jasnej
odpowiedzi na nurtujące mnie problemy - szukałem dalej. Kupiłem Bhagawad-Gitę
oraz inne materiały rozpowszechniane przez ruch Świadomości Kriszny. Pod ich
wpływem szybko zostałem wegetarianinem, co niemal natychmiast wywołało
konflikty w rodzinie. W połowie maja 1983 roku porzuciłem szkołę średnią i
postanowiłem zostać baghtą, czyli sługą pana Kriszny. Wstawałem więc o 3.45 nad
ranem, spałem nie w łóżku, lecz na karimacie, na podłodze, myłem się tylko w
zimnej wodzie i przez trzy godziny dziennie odmawiałem mantry - Hare Kriszna,
Hare Rama. W tym samym roku, na początku czerwca pojechałem na tzw. farmę
ruchu, która znajdowała się w Ostrowach koło Kutna. Tam spotkałem prawdziwych -
jak wtedy sądziłem - wyznawców Kriszny. Mimo że całym sercem pragnąłem oddać
się ruchowi Świadomości Kriszny, miałem wiele wątpliwości. Rodziły one coraz
więcej pytań, zbyt trudnych, jak się okazało, dla wyznawców. Mimo upływu tylu
lat do dziś pamiętam ich odpowiedzi. Oto kilka z nich:
Jedyną prawdziwą wiarą jest ruch Świadomości Kriszny, reszta to idący na
zatracenie głupcy. Już, wkrótce Kościół katolicki w Polsce i na świecie
zostanie całkowicie wyparty przez ruch Świadomości Kriszny. Duch Święty to tak
wielka tajemnica, że uczeń nie powinien zadawać pytań na jego temat. Całkowite
posłuszeństwo mistrzowi duchowemu jest warunkiem podążania na drodze do
doskonałości. Jeśli chcesz się więcej dowiedzieć o ruchu i o Krisznie, to
musisz na to zasłużyć. Sam mistrz duchowy zadecyduje, kiedy będziesz inicjowany
i jakie będziesz mieć nowe hinduskie imię. Tylko wiedza związana z ruchem
Świadomości Kriszny ma jakąkolwiek wartość. Powinieneś zerwać wszelkie kontakty
ze swoją rodziną i z wszystkimi, co nie mają Świadomości Kriszny. Tylko dzięki
swoim dobrym uczynkom można wyrwać się z koła narodzin i śmierci. Im goręcej
czcisz Krisznę, jedynego Boga oraz im pełniej oddany jesteś lotosowym stopom
mistrza duchowego, tym mniej doznajesz cierpienia tu na ziemi, a w niebie
gotujesz sobie szczęście wieczne. Ta ostatnia myśl trzymała mnie w sekcie przez
prawie sześć miesięcy.
Zaniepokoiło mnie to oddawanie czci żyjącym "mistrzom duchowym". Jakby ktoś
chciał czcić osobę Jana Pawła II, też wydawałoby mi się to bardzo podejrzane i
nie na miejscu. Przecież tylko samemu Bogu należy się chwała, a nie
stworzeniom.
Szczęśliwie Jezus sprawił, że im więcej "mantrowałem", sypałem kwiatków przed
obrazem mistrza duchowego i oddawałem mu pokłonów (w owym czasie mistrzem
duchowym opiekującym się krajami Europy Środkowo-Wschodniej był jakiś
Amerykanin), składałem duchowych ofiar dla boga Kriszny, tym bardziej czułem
się nieszczęśliwy. Chciałem uciec od cierpienia, a ono z jeszcze większą mocą
mnie przygniatało. Próbowałem nawet dwa razy nielegalnie przekroczyć granicę
kraju i wyjechać do krainy "szczęśliwości" - na farmę ruch Świadomości Kriszny
do Texasu, w USA. Jednak Matka Boża, za pierwszym razem poprzez słowa oficera
statku z Filipin, a potem przez poważny uraz nogi, nie dopuściła do szeregu
kolejnych głupstw.
Zrozpaczony postanowiłem szukać ukojenia i pociechy w nieznanym mi Bogu Jezusie
Chrystusie. Odbyłem długą spowiedź w Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym
Mieście, po której chyba po raz pierwszy w życiu ogarnęła mnie niewymowna
radość i głęboki pokój. Po kilku tygodniach wziąłem do ręki Różaniec, na którym
do dnia dzisiejszego się modlę. Kilkanaście lat później Jezus pozwolił mi
skończyć wyższe studia zawodowe i ożenić się oraz dał ślicznego synka
Piotrusia.
Najważniejsze jednak jest to, że w Jezusie Chrystusie odkryłem wartość i sens
cierpienia, od którego przecież tak bardzo chciałem uciec. Dzisiaj wiem, że to
On mówi do mnie przez wszystkie przyjemne, jak i trudne wydarzenia mego życia.
Jego niewymowna Miłość uobecnia się dosłownie we wszystkim. W tym, że świeci
słońce, w zdrowiu dziecka, jak i w tym, że uciekł mi autobus, czy zostałem
zlekceważony przez uczniów w szkole.
Od siedmiu lat jestem w ruchu - tylko że w ruchu katolickim Rodzin
Nazaretańskich i mam swojego kierownika duchowego, ks. Andrzeja.
Paweł