negatywista
06.06.04, 00:50
Nie umiem być dobrej myśli. Nie potrafię funkcjonować bez ciągłego napięcia i
irracjonalnego lęku, przez który nie mogę spać i który zatruwa mi życie.
Pseudofilozoficzne nużanie się w poczuciu braku sensu, hipochondria,
destrukcyjna wyobraźnia napędzana strachem, poczucie bezsensu każdej
czynności, niezdolność do pracy i piramidalne kompleksy przez całe życie.
W relacjach z kobietami paraliżuje mnie toksyczny wstyd - chcę i nie chcę,
przeżywam konflikt wewnętrzny, w końcu wyplątuję się i uciekam. Chyba nigdy
nikogo nie kochałem, nie kocham i nie będę kochał.
Także faktyczny brak sympatii do znajomych. Niekontrolowany strach przed
odrzuceniem uczynił ze mnie społecznego tchórza - zaszytego w sobie i
pleśniejącego we własnym sosie.
A wszystko to ponoć dlatego, że matka porzuciła mnie w dzieciństwie. Tylko
dlatego. Ciekawe czy można coś z tym zrobić czy to już tak na wieki wieków?
Tzn. dopóki nie skapituluję ostatecznie, a jeszcze nie wiem jaką formę może
to przybrać.