deseczka1
14.06.04, 22:52
Dziś usłyszałam od psychiatry, że nie odważy się mnie leczyć z dala od
warunków szpitalnych, bo nawet jeśli przepisze mi leki, to nie chce brać na
siebie ryzyka, że w przypływie depresji i różnych myśli wszystkie zażyję.
Ledwo go ubłagałam, żeby mnie od razu nie wpakowano (chciałoby się napisać "w
kaftan") na salę z innymi świrami. Siedzę więc w domu, i leży przede mną
skierowanie do szpitala, i za cholerę nie wiem, co mam teraz zrobić. Szpital
psychiatryczny - to był by koniec. Mój facet gardzi słabymi ludźmi, którzy
potrzebują pomocy psychologów. Twierdzi, że wymyślam sobie chorobę, żeby
zwrócić na siebie uwagę. Moja matka chyba by się do mnie nie przyznała już do
końca życia. Córka wybitnej pani profesor w psychiatryku! Cóż za nietakt.
Co mi pozostaje? Szukać takiego lekarza, który po prostu przepisze leki i
powiększyć kolekcję? A może wsadzić wszystko głęboko gdzieś i pójść do
szpitala?
Tylko czy będę miała gdzie wracać...