lesna_duszyczka
30.03.12, 14:07
Witam serdecznie!
Właściwie nie wiem dlaczego postanowiłam napisać...może po to, by się "wygadać",zjednoczyć w bólu z innymi, którzy czują to samo,by poszukać ukojenia, wsparcia,by dostać pozytywnego kopa,opiernicz, może szukam litości, zrozumienia, a może wszystkiego po trochę...w każdym razie jestem...
Mam 27 lat i od kilku borykam się z silną nerwicą (jak stwierdził lekarz - nastąpiła po śmierci (choroba) bardzo bliskiej mi osoby, ale i dochodzą inne czynniki, również fobia lękowa mojego Ojca, na którą się leczy).
Mój koszmar polega głównie na tym,że traktuje swoje ciało jak wroga, który przyzsał się do mojego umysłu i zatruwa go z dnia na dzień...Doszukuję się jakiejś ukrytej choroby...boję się jej,wsłuchuje się w swoje ciało, czuję każde uderzenie serca, czuję jak krew krąży po całym ciele i buzuje w żyłach,każde przełknięcie śliny przez ściśnięte gardło jest niczym przetrwanie , a każdy oddech jest niewystarczający, boję się,że się uduszę , co prowadzi do hiperwentylacji,przeszywający ból każdego napiętego mięśnia(pleców głównie) sprawia,że mam ochotę uciekać ze swego ciała....wpadam w panikę, lęk przytłacza każdą chwilę, sprawia,że nie chce się żyć.....
Właściwie w życiu nigdy nie miałam problemów, ani większych stresów..nigdy też nie miałam nad sobą szefa ...mam wymarzoną kiedyś (dziś jest udręką)własną działalność (jestem kosmetyczką). Mam kochającą rodzinę i dobrego męża(który również spełnia się zawodowo we własnej firmie). Nie mamy kłopotów finansowych, wręcz przeciwnie...właśnie kupiliśmy tak długo poszukiwany wymarzony dom w bajecznej okolicy....przeprowadzka na dniach , a ja się nie cieszę.....nie mam chęci , ani siły....to koszmar......staram się usilnie znalezć sposób na "cieszenie się" klnę w duchu sama do siebie, krzyczę rozpaczliwie :"No ciesz się, przecież o tym marzyłaś".....
Zastanawiam się, gdzie jest do diaska ta wiecznie uśmiechnięta, wesoła, ciesząca się każdą drobnostką dziewczyna!!?Gdzie jest ta wyznająca zasadę "Carpe diem" niepoprawna optymistka!??Dlaczego tak się zmieniłam? Co ja piszę...zmieniłam? Ja jestem jej zupełnym przeciwieństwem!
Poranki bywają koszmarne...Wstaję rano i myślę "o nie,znów"...czekam na "ból"...nawet kawy nie mogę się napić (boję się,bo mam skoki ciśnienie jak wpadam w panikę)...poranna toaletę traktuje jak musztrę...Wychodzę zaspana z domu,brak mi energii, jakbym całą noc pracowała w kamieniołomie, schodzę z 4 piętra, idę przez blokowisko, wszystko mnie przytłacza,denerwuje, nie jestem tu szczęśliwa,staram się unikać sąsiadów,znajomych, boję się czegoś.....i już wpadam w panikę, brakuje mi oddechu,nogi robią się ciężkie,plecy bolą z napięcia, z nerwów,kręci mi się w głowie...idę do pracy...po drodze zachodzę do sklepu,tam przymusowa rozmowa ze znajomymi ,już czuję się zle....otwieram salon, czekam na pierwszą klientkę...nie chcę, muszę rozmawiać, uśmiechać się,ale to takie trudne, wpadam w panikę, nie potrafię przełknąć śliny, łapię głęboki oddech, hiperwentyluję się, umysł szaleje, zawęża mi się pole widzenia, słyszę i widzę wszystko jak przez mgłę....panika, muszę wyjść na powietrze, lub iść na zaplecze pod byle pretekstem....wracam i modle się, by przetrwać...zaciskam zęby..nienawidzę swego umysłu za to co mi robi...Jadę na zakupy( samochodem- boję się,że będę miała wypadek), w sklepie tyle ludzi, wszyscy patrzą na mnie złowrogo(takie mam wrażenie)...wpadam w panikę...serce chcę wyskoczyć mi z piersi, robi mi się ciemno przed oczami, pot oblewa moje ciało, chcę uciekać, jak najdalej...do domu... W domu nie potrafię się zrelaksować. Siedzę w fotelu, chrząkam, bojąc się, że nie przełknę śliny,poprawiam włosy, kręcę się z boku na bok, drapie się, wstaję, chodzę, siadam ...Nie mogę się skupić na książce, na grze komputerowej...ciągle wsłuchuję się w swoje ciało...nie wiem na co czekam...na śmierć? na znak choroby? boję się omdlenia ...zwłaszcza na ulicy, ze będzie wstyd, choć przecież nic takiego mi się nie zdarzyło...Na wczasach staram się cieszyć, ale ani grama adrenaliny, ani emocji nie przeszywa mojego ciała,staram się funkcjonować normalnie,każdego wieczora mam cichą nadzieję, że jutro zdarzy się cud i poczuję się dobrze.....ale nic z tego...W towarzystwie unikam kontaktu wzrokowego, denerwuję się, panikuje, czasem plotę trzy po trzy- za co pózniej mi wstyd, bo nie potrafię zebrać myśli, mam pustkę w głowie.....dopiero po czasie, gdy mój mózg dopasowuje się do sytuacji, ja się uspokajam....natomiast, gdy są zakrapiane spotkania jestem duszą towarzystwa....alkohol mnie uspokaja,rozluznia, czuje się pewna siebie, potrafię zebrać myśli, wtedy zaczynam żyć normalnie....Mam obsesje na punkcie częstego robienia badania krwii,dosłownie aż nadto co jest mi potrzebne ..... znów byłam dwa tygodnie temu...znów wszystko w porządku....ale mnie to nie uspokaja....
Zamiast cieszyć się dniem,z żalem iść spać, bo szkoda dnia (tak jak mój mąż) , świat wkoło jest piękny, jest tyle rzeczy do zrobienia,ja czekam na sen, gdzie nic nie czuję....Uwielbiam spać i śnić...w snach wzbijam się bez skrzydeł w powietrze pod błękitne niebo, lecę nad zielonymi łąkami i lasami, nad granatowym oceanem,słyszę i czuje jego powiew i zapach, spaceruje po plaży,kąpię się w lazurowym morzu, widzę przezroczyste dno, koralowce, ryby, muszle....czuje na twarzy wiatr .....jestem szczęśliwa, jest pięknie, nie chcę się już budzić....
Dzięki za "wysłuchanie"....
Pozdrawiam!