juniodj
02.07.04, 12:56
Zawsze, wydawało mi się że jestem mooocny, myślałem: "jak mnie zdepczą to
szybko odrosnę, jak chwast po azotoksie", ale ostatnie trzy tygodnie dały mi
do wiwatu. Spotkałem się z tak agresywnymi i niegodziwymi ludźmi, że do dziś
dostaję gęsiej skórki na myśl onich. Niby już po wszystkim, niby dałem sobie
radę, wciąż jednak wyczekuję jakiegoś nieszczęścia, jakby to co mnie spotkało
nie miało jeszcze finału. Dawniej miałem wiarę i nadzieję, dziś z
mojej "fluktuacyjnej teorii szczęścia" pozostały strzępy. Nic nie sprawia mi
takiej frajdy jak dawniej. Praca którą kochałem staje się niedozniesienia.
Ludzie mi bliscy z wolna przestają mnie interesować, TRAGEDIA.
Wiem, że sam muszę sobie dać radę (zresztą to ja zawsze pełen byłem rad - o
ironio!) jakoś muszę przebudować swój światek by po tym wszystkim jeszcze
jakoś żyć. Tylko jak to zrobić? ? ?