little_black
12.07.04, 10:44
Pewnie zadaję retoryczne pytanie, ale... 3 lata temu nieszczęśliwie się
zakochałam i wtedy coś we mnie pękło... Wpadłam w jakąś czarną dziurę,
totalną rozpacz. Nie wiem, może na to nieszczęsne uczucie nałożyła się moja
egzaltacja, nadwrażliwość, egocentryzm, ale męczyłam się z rozpaczą 1,5 roku.
To był straszny psychicznie okres - ciągły płacz bez powodu (gdy nikt nie
widział), bezsenność, dezorganizacja działania. Próbowałm wszystkiego -
odsuwania czarnych myśli, spotykania się ze znajomymi, randek z innymi,
zajęcia się czymś pozytecznym i nic... W środku wciąż jakaś pustka, takie
uczucie, że życie toczy się obok mnie, że jestem tylko obserwatorem, że nie
uczestniczę do końca w tym, co mi się przydarza... Taką pustkę odczuwałam
głównie w towarzystwie mężczyzn - to idiotyczne, chore, ale patrzyłam na nich
trochę jak na... obiekt naukowy, zjawisko do zaobserwowania, coś, co może
ciekawi, ale nie angażuje głębszych emocji. Oczywiście na zewnątrz byłam
wesołą, miłą, zalotną kobietką... A w środku - wrak, nicość...Przed tym
nieszczęśliwym zakochaniem i całą męczarnią było zupełnie inaczej, byłam
inną, myślę, że zwyczajną osobą, odczuwałam przyjemność (psychiczną,
fizyczną) w kontaktach z mężczyznami, lgnęłam do nich. Meritum - po
najczarniejszym okresie tej egzaltowanej rozpaczy (wewnętrznej, bo na
zewnątrz starałam się niczego po sobie nie pokazywać) poznałam kogoś i... cos
we mnie drgnęło. Zakochałam się. Tym razem czekałam z wyznaniami, byłam
ostrożna, to on wszystko inicjował. Znowu weszłam w życie - tzn. nie stałam
już z boku, odczuwałam emocje, zaczęłam czegoś pragnąć. Któregoś dnia, gdy
byłam gotowa powiedzieć mu to banalne "ja Ciebie też", poznałam jego
dziewczynę... Boże, gdy doszło do tej załosnej konfrontacji, myślałam, że to
jakiś żart, głupi kawał, zły sen. Niestety. On był kolejną iluzją w moim
życiu. Uciekłam.
To było pół roku temu. Od tamtego czasu znowu jestem obserwatorem. Ale teraz
jest inaczej, bo nie mam za bardzo czego i kogo obserwować. Nie chodzę
nigdzie, nie spotykam się z nikim, nie odwiedzam moich rodziców. Wyjście do
sklepu jest dla mnie męką, jazda tramwajem największą karą, nie potrafię
rozmawiać o pogodzie z osobami które kiedyś znałam. Milczę. Nie śpię. Czasami
przez kilka dni nie jem, a przez kilka się objadam. Wykonuję tylko obowiązki
zwiazane ze studiami i pracą, rozmawiam też tylko na tematy formalne. Jak
robot. Maszyna.
W piątek przydarzyło mi się coś dziwnego. Musiałam pójść do księgarni. Przy
wyjściu jakiś facet zatrzymał mnie i zapytał, czy się z nim umówię. Nie
chciało mi się nawet mu odpowiedzieć. Patrzyłam tylko na niego, jak
nienormalna. Gdy zaczął sie dopytywać, chamsko się odezwalam i uciekłam. Całą
drogę do domu przepłakalam. Szłam ulicą i jak małe dziecko ryczałam, wyłam.
Dzisaj rano też zaczęłam od płaczu. Jestem beznadziejnie słabą osobą. Nikomu
nie mówię o tym koszmarze wewnętrznym - myślę, że większość ludzi uznałaby to
za urojone problemy, użalanie się nad sobą, nieprzystosowanie społeczne. Może
tak jest. Ale powracam do pytania - czy to moze być depresja?
Przepraszam za długość postu, jakos tak wyszło...