saddness
24.11.13, 13:21
Witam, jestem studentką, mam 20 lat. Od pewnego czasu mam pewien problem, którego nie potrafię rozwiązać. Czuję się bezradna, bezsilna, samotna i przygnębiona. Nikt z bliskich mi osób nie był w stanie mi czegoś poradzić, więc piszę na forum, może znajdziecie dobre rozwiązanie.
Zacznę od początku: w wakacje poznałam pewnego faceta. Dla mnie jest chodzącym ideałem, od razu się w nim zakochałam. Dzielimy wspólne pasje, mamy to samo poczucie humoru i dystans do świata. Byliśmy razem, lecz spotykaliśmy się bardzo rzadko (góra raz na tydzień). Pomimo tego, że on miał dużo wolnego czasu, często odwoływał spotkania, mówił, że jest beznadziejna pogoda i boi się rozchorować, albo jego ojciec wyrywał go gdzieś na kilka dni (czego dowiadywałam się w trakcie jego wyjazdu). Dla mnie było to dziwne i traktowałam to jak jego nadwrażliwość, po jakimś czasie stałam się podejrzliwa i zaczęłam snuć różne wizje (że ma inną, że mu na mnie nie zależy). Dałam mu wtedy do zrozumienia, że czuję, że nic nie wiem na jego temat, że jestem niepewna co do niego. Wtedy on powiedział mi, że przeszedł przez chemioterapię ok 2 lata temu i że ma osłabioną odporność i musi uważać, żeby się nie przeziębiać. Zrozumiałam, że to poważna sprawa i nie robiłam mu już wyrzutów. Później dalej się spotykaliśmy, było w porządku, jednak ciężko mu było się na mnie otworzyć. Pod koniec sierpnia zaczął się dziwnie zachowywać, więc spytałam się go co jest grane. Odpowiedział mi, że dowiedział się, że ma nawrót choroby i od początku września zaczyna brać chemię. Był zdołowany, ja z kolei nie wiedziałam co o tym myśleć, bo dla mnie była to nowa sytuacja. Jednego byłam pewna - że go nie zostawię, że chcę go wspierać w walce z chorobą. On to przyjął i zaakceptował, nie odrzucił mnie. Jednak po tygodniu napisał mi (w smsie - nie był w stanie mi tego powiedzieć prosto w oczy), że to jest bez sensu i żebyśmy ze sobą zerwali, że to nie ma przyszłości. Szczerze - byłam bardzo zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że tak zareaguje i że zmieni zdanie (wcześniej dawał mi znać, że będziemy razem pomimo choroby). Więc urwaliśmy kontakt. Przez tydzień nie mogłam się pozbierać po jego decyzji, później wróciłam do swojego życia. Jednak po 3 tyg po rozmowie z przyjaciółką na ten temat, dałam się przez nią namówić, żeby do niego napisać czy uznaje to już za 100% koniec. Odpisał mi, że możemy się spotykać od czasu do czasu. Zgadaliśmy się, że się spotkamy w przyszłym tygodniu. Później zaczął do mnie pisać, że jest na chemii, że mu mnie brakuje, że o mnie myśli i tęskni za mną, więc stwierdziłam, że jednak ze mną chce być i się zaangażowałam w to. Wróciliśmy do siebie, jednak po powrocie widzieliśmy się tylko 2 razy! (w przeciągu 2 miesięcy!). Często umawialiśmy się, że się zobaczymy, lecz zazwyczaj okazywało się, że jest przeziębiony, albo że musi chodzić po lekarzach, a ja też byłam zajęta. Więc często się rozczarowywałam z tego powodu, robiłam sobie nadzieje.
I tak jest do dzisiaj. Wiem, że wygląda to tak, że ten związek jest bez sensu i nie wiadomo co dalej będzie. Mam wrażenie, że on stara się mnie trzymać na odległość, że mnie w pewnym sensie odrzuca, nie angażuje się w to. Jakby dawał mi ciągle do zrozumienia, żebym się nie angażowała. Czuję jednak, że bardzo mi na nim zależy, chcę go wspierać i dla niego też nie jestem obojętna, pomimo tego, że jest zajęty w większości leczeniem. Jest dla mnie ważny i bliski, nie chcę go stracić.. Często kiedy odwołuje spotkanie rozczarowuję się, bo np czekam na to od tygodnia. Czuję się słaba i wkurzam się, bo nie mam na to wpływu. Myślę sobie wtedy: przecież to jednak nie ma sensu i chcę do niego pisać, że to koniec. Jednak odkładam to na później, stwierdzam, że muszę ochłonąć z emocji, żeby 'na trzeźwo' podjąć decyzję, czy to dalej ciągnąć czy nie. A kiedy emocje opadają czuję, że nie chcę tego kończyć, że chcę z nim dalej być i trudno mi z nim zerwać. Może też czuję wewnętrzne powołanie, że muszę mu pomóc, nie mogę go zostawić.
Nie wiem co dalej robić. Starałam się z nim porozmawiać na poważnie, lecz on nie jest w stanie wysunąć jakichś konkretów, wniosków. Też nie wie co robić, a czasem sprawia wrażenie obojętnego na to. Powtarza, że ma ważniejsze sprawy na głowie... Waham się pomiędzy decyzją o skończeniu tego, a wiarą, że było gorzej, a teraz będzie już tylko lepiej, że nie mogę z niego rezygnować. Bo będzie to tak, jakbym w połowie trasy rezygnowała z biegu i wracała na start...
Piszcie co o tym sądzicie. Będę dozgonnie wdzięczna za każdą odpowiedź.