Dodaj do ulubionych

Kronika śmierci dawno zapowiadanej cz I

13.08.04, 07:19

------------------------------------------------------------------------------
--
I tak, po latach mordęgi, bólu, rozpaczy nie do opowiedzenia, probach
zabicia miłości i tęsknoty, ja - urodzony Człowiek Morza, ale przez lat tyle
aż z Koninem związana - koninianka po trosze. Nie. Nie po trosze. Bardzo. Dom
tam budowałam z ogrodem - cel życia. Ogród z bzem, magnolią, jak w
Szczecinie. Bo tak o Szczecinie mówią, gdzie się urodziłam - miasto magnolii.
Łączą też Szczecin z Paryżem z powodu mnogości placów i odchodzących od nich
ulic. A drugie miejsce - Kołobrzeg, gdzie też lat tyle, babcia najmilsza,
która już nikogo nie poznaje podobno - nie wiem - nie mogę nawet do niej
pojechać ja- ukochana jej wnuczka. W Kołobrzegu też liceum, poważniejsze
zakochania i najdroższe na świecie, na równi z ogrodem, Słoneczkiem, bzem,
maciejką - Morze. Piasek. Najładniejszy z tych, jakie widzialam w Europie,
poza nią...Może w Saint Tropez równać się może z kołobrzeskim, ale czy na
pewno? Nie wiem i się nie dowiem. Morza już nie widziałam 3 lata i nie
zobaczę. Nie będę zbierać grzybów. Nie będę kochać.
Po tylu próbach z tabletkami - ta ostatnia, spontaniczna, bo z W-wy, której
tak nie lubię, przyjazd do Konina, ale z zapasem ponad 120 tabletek
nasennnych zapitych whisky - alkohol zwiększa działanie tabletek nawet
kilkakrotnie. Ale to było, jako się rzekło spontaniczne takie. Nagle zalała
mnie rozpacz, która pchnęła natychmiast do działania. Bo przyjechałam do
dzieciaków wreszcie , po wielu prośbach, by K. mi pozwolił, przyjechałam na
Dzień Dziecka z prezentami. Raz na rok chciałam JA zrobić i zjeść z nimi
obiad. Mój mąż nie rozumiał.Tj. raczej nie chciał, bo już miał wtedy kogo
innego i ja chyba mu przeszkadzałam, mimo, że umówiliśmy się, iż do tego domu
nikt trzeci nie bedzie wprowadzany na moje miejsce, a ponadto tamta nowa
miała swój dom. Jego mama też nie chciała rozumieć - wiedziała,powiedział mi
K., że przyjeżdżam, a zaprosiła ich wszystkich do siebie na obiad. I ja sama
w domu raptem... Ten przeskok z radości, że wreszcie znów w domu, po takie
rozczarowanie. Tak bardzo byłam zawiedziona. Jak dziecko rozczarowana i
zapłakana. Połknęłam te tabletki, zapijając whisky i ...nie umarłam.
Wcześniej, z tym gazem,to było tak, też po tym, jak wszystko już mnie bolało
nie do zniesienia, jak czułam się zagrożona - K. nie płacił w terminie
obiecanych pieniędzy, a przez to siadało całe leczenie. I dość miałam tych
świąt wszelkich. Przedtem zapewniał, zanim do W-wy wyjechałam, że będę mogła
widywać dzieci, dom, ogród - przecież ja tam fizycznie pracowałam. Na to
poszły też pieniądze z mieszkania w Szczecinie po moim Ś.P. Tacie. K. nie dał
nic, co miał od rodziców. Wykańczaliśmy dom za te pieniądze i kupił też za
nie samochód. Nie chciał mi nawet dać potem pieniędzy za połowe tego wozu.
Oddał go synowi od siebie. A ja pomyslałam, że powinien go oddać Kubie od
mego Ś.P. Taty, który tak bardzo Kubę ukochał. Albo ode mnie.
I obiecywał, żę dom będę widywać razem z nimi i Dejką Miłą. A potem...Mój
Boże. Sylwestry, Wielkanoce, to jeszcze jakoś dawałam radę. Ale wigilie...Mój
Boże. Mój BOże, jak można tak zrobić.
Na ani jedno święto przez 4 lata nie pozwolić mi przyjechać. Nawet wtedy, gdy
sam szedł do konkubiny. Ja do nikogo nie wpraszałam się na wigilię z K.,
dziećmi i rodziną z Konina. Mnie by starczyło być w domu moim, z Dejką przed
kominkiem wesoło gadającym ogniem, z choinką, pierwszy raz nie przeze mnie
strojoną, ale to wszak nic nie szkodzi...A potem, by wrócili i bym mogła
opłatkiem się podzielić, dać prezenty..Nigdy nie pozwolił. Te wigilie...ja,
jak tylko pojawiają sie pierwsze dekoracje Bożonarodzeniowe, to tak mi
smutno, wszystko mi sie w srodku na strzępy rwie. Teraz nie mogę chodzić po
ulicy, bo ta homofobia się nasiliła, ale przedtem chodziłam i te dekoracje
mnie załamywały. A wigilie...Byłam zaproszona tu 2 razy z litości pewno. Ale
ja nie mogę. Dla mnie wigilia, to taka u teściów. Bo przecież w domu w
Szczecinie, to my nigdy w trójkę z rodzicami nawet do obiadu nie usiedlismy,
a co dopiero wigilia..W Kołobrzegu trochę było tych wigilii, tylko, że tam
sie często ciotki kłóciły...
Ale te prawdziwe - dużo ludzi, a ja tam dbałam o sianko pod obrusem,
dodatkowy talerz dla ubogiego itd. Oni tego nie pamiętają, ale ja tak. Nawet
potrawy liczyłam, by było tyle, ile trzeba i prosiłam, by nie oglądano
telewizji, ale kolęd słuchano. Bardzo lubię śpiewać kolędy. Słuchać z płyt
nie. Wcale. Ale śpiewać tak. I lubiłam filmy z Bożym Narodzeniem w tle. Nie
wiem czemu, skoro jestem Człowiekim Słóńca, nie wolę świąt Wielkiej Nocy.
Chyba one nie mają takiego nastroju, miłości, dobroci...Mnie aż ściskała za
gardło ta wigilia...Tak mile, ze wzruszenia... I już nigdy nie będę na
wigilii. Raz byłam ostatnio. Tylko dzięki temu, że tak byłam zrozpaczona, że
wujek po mnie przyjechał ze Szczecina, bo sama, bym nie dała rady - no miałam
nawrót depresji mówiąc szczerze. I u nich, to jest tak, że nie ma prawdziwych
świąt, bo im się nie chce. Jakaś kolacja, łamanie opłatka też, ale to nie
jest celebrowanie. Nawet choinki nie było, tylko takie lampki rozwieśiłam
kolorowe. I pasowało mi, bo byli bracia obaj cioteczni, wujek, ciocia - nie
byłam sama, ale , że nie było za bardzo wigiliowo, to nie byłam smutna i nie
porównywałam z wigiliami w Koninie.
Tabletki - Marek Zawisza w Szczecinie mi to wyperswadowal - wziął w Berlinie
ok. 700 tak dobranych, by jedne wpływały na drugie wzmagając zabójcze
działanie. Nie umarł. Lekarze byli zszokowani. Teraz zresztą też on żyje na
lekach takich, że badania osocza krwi pokazują , iż dawka śmiertelna jest
przekroczona kilka razy. No więc tabletki - koniec. Nie są pewne no i tyle
starań, by zdobyć bardzo wielką ilość...
A ten gaz...Wygłupiłam się. Pozaklejane wszystko taśmą klejącą, ja na
podłodze leżę z książką Ś.P. Steda 4 godziny i nic. Tylko niedobrze mi było.
Wstałam w końcu,zadzwoniłam na pogotowie gazowe : - Czy gaz na Żoliborzu jest
bardzo trujący ?
- W calej W-wie, proszę pani nie ma teraz trującego gazu. On tylko wybucha...
"Tylko" . Nie chcialam zabić innnych, w tym moich kociczek i wybuchnąć.
Samochód? Wpadłam pod jeden - wstrząs mózgu, złamanie podstawy czaszki,
wgnieciona kość policzkowa tj. jarzmowa chyba fachowo, stłuczenie nerwu
wzrokowego - przez długi czas widziałam podwójnie i miałam zeza, /jeśli nie
odwracałam głowy w odpowiedni sposób,/ strzaskana kość łokciowa, rozerwany
policzek- blizna do tej pory. A ja, najbardziej, skoro już to przeżyłam,
martwiłam się, że ta syrenka uszkodziła kawałek mojej prawej górnej jedynki.
Tak mi na tym zębie zależało, że szwagier, jak zawsze niezawodny, jeszcze w
szpitalu, gdy byłam, z obręczą na głowie i rusztowaniem, które miało
wyciągnąć tę wgniecioną kość z policzka, dolepił mi ten kawałeczek zęba.
No i co ? Z samochodem, skokiem z wysokości itp. - nigdy nie wiadomo. Możesz
zostać unieruchomiony za zawsze i nawet nie móc zrobić czegoś, by się zabić.
Nie powieszę się. Ze stu powodów.
Ja chcę prędko i bez bólu.
Wymyśliłam już 2 sposoby. Bo teraz już nie ma spontanu. Za długo trwa okres
nieszczęsny - lata całe, kiedy myslałam - będzie lepiej, a nie jest. Teraz
jest jasne, że K. , jego rodzina stosując mechanizm słodkiej cytryny i
kwaśnych winogron za wszystko obarczają mnie - tak łatwiej im żyć. Każdemu
łatwiej żyć, gdy przekonuje sam siebie, że to on ma rację, on jest dobry, a
inni są be. Mają wtedy niby czyste sumienie. Ale to złudzenie. Jak w tym
wypadku - niesprawiedliwość, niespełnione obietnice K., przede wszystkim
uniemożliwienie mi życia - to jasne - nie mam pieniedzy = nie mam , co jeść,
nie mam na niezbędne do życia leki, nie mam, gdzie mieszkać. To wszystko, ta
cała prawda u nich musi być, tylko, że zagrzebali to głęboko. Nie ma
spontanu. Są lata całe, gdy tęskniłam, gdy K. stopniowo wycofywał się z
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka