Kronika śmierci dawno zapowiadanej cz 2 b

13.08.04, 07:31


------------------------------------------------------------------------------
--
W takim stanie, w jakim byłam, nie mogłam pójsc na rozprawę, która miała być,
tak się umawialiśmy pełni, jak sądziłam, wzajemnej dla siebie życzliwości,
bez adwokatów, orzekania o winie, a dobrowolne płacenie alimentów mój mąż sam
mi zadeklarował. Miałam rentę już od dość dawna, ale przecież chcialam
pracować. Gdy przyszedł do mnie do domu jeden z szefów znanego w regionie
wydawnictwa, zaprosił mnie do pracy, mimo tej renty, pracowałam, ile mogłam.
I liczyłam na to, że jeszcze się uda dojść do pełni zdrowia - jeśli mąż
dotrzyma obietnic, bedzie ta życzliwość, normalność, ja będę łykać te
cholerne antyderesjaki tak, jak trzeba, to jest pod kontrolą lekarza, a nie
na moje widzi mi się...
A potem tyle bólu...Ani jednych świąt nie pozwolił mi spędzić z synem, potem
z jego rodziną. Mylę, że już dużo wcześniej miał ochotę na tę osobę z
potomstwem, młodszą ode mnie, zdrową pewnie...- znał ją dużo wcześniej, jak
mówią ludzie i miał ochotę, tak twierdzą - nie wiem, nie widziałam. Jeśli to
prawda, to fajnie, bardzo fajnie, że żona godzi się na rozwód. Ale miał tylu
doradców. Ja nikogo. No i doradzili. Nie było innego sposobu - w sądzie był
pozew o rozwód bez orzekania winy, a to upoważniało mnie do wystąpienia o
obowiązkową alimentację z powodu stanu zdrowia uniemożliwiającą mi podjęcie
pracy. Mogłam też, jako osoba niesamodzielna wtedy, wymagająca pomocy, w
ogóle nie godzić sie rozwód, choc już się oboje do niego przygotowalismy, tak
sądziłam. Nie dostaje się rozwodu, gdy druga strona jest tak poważnie chora -
z tego, co wiem. Mnie jednak to wszystko przerosło. Meża nie. Zdązył, no bo
jak inaczej, jak inaczej było to możliwe ?! - zdązył ukraść wsszelkie kolejne
zawiadomienia o terminach rozpraw - nie wiedziałam nawet tego, że jestem po
rozwodzie. Nie wiedziałam przez chyba ponad 3 miesiące i dowiedziałam się nie
od męża. Przypadkiem. To też miało znaczenie. Są jakieś terminy, w czasie
których mozna się odwołać. Zdaje się, że chodziło mu o to, by ten termin
minął - dlatego nawet nie pisnął, że nie uważa się już za mego męża, choć
chodzi do kościoła i nikt ślubu zawartego przed ołtarzem nie
unieważnił.Ostatnie lata, gdy na to patrzę, gdy wciąż płakałam i mówiłam, że
nie zniosę już tego, że brak mi domu, że tęsknię, że wszystko jest nie tak -
lokal tu zalewa woda, nie wiem, co robic, spóldzielnia kazała mi wyciąć
drzewa, a teraz każe mi płacić łapówki strazy miejskiej, by nie posłała notki
do Urzędu Dzielnicy i ten nie ukarał mnie wysoką grzywną /tak mówiono w
spółdzielni, gdy teraz wiem, że to oni by płacili - ich teren i ich nakaz
wycięcia drzewa/ - zaczęły się tu wyprawiać takie rzeczy....Ja się nie nadaję
do tego - jakieś biurokratyzmy, pisanina głupawa z urzędasami - mnie to
załatwia. K. obiecywał mi , że w związku z tym załatwi wszystko, we
wszystkich urzędach - pocztowym, energetyce itd. to, co się wiąże z
przeprowadzką. To była z jego strony życzliwa deklaracja. Ale tylko
deklaracja.  Potem ten rowerzysta zimą i ten wstrząs mózgu już drugi, a mąż
nie pozwolił obtłuczoną przez rowerzystę bandytę znów na wigilię przyjechać,
tylko zabrał tamtą w góry.
 - Czemu nie kupisz mi tej lodówki i tyle innych rzeczy obiecałes? Czemu
obiecałes pomoc finansową w zakończeniu leczenia - rehablitacji nóg, w
depresji ?
- Bo sytuacją na rynku się zmieniła...- tak kpił.
Pisałam już - tak ? 
A potem ten mój przyjazd wybłagany, jeden z kilku i jego wyzwiska - za darmo.
Za nic. Przy dzieciach. Groźby.
Jak on mnie znienawidził tylko dlatego, że z tamtą osobą. zaczął do łóżka....
Tylko dlatego, przysiegam na miłość do syna - byłam cały czas życzliwa, tak
się starałam, tak bardzo się starałam o przyjaźń choć... 
Przecież usiłowałam przełknąć nawet to oszustwo rozwodowe - a to wielka
sprawa być uznaną winną, bo ktoś ukradł powiadomienie  z sądu, gdy miało byc
- bez orzekania winy. Gdyby chciał w sądzie się kłócić NIGDY nie dostałby
orzeczenia o mojej wyłącznie winie. NIGDY. 
Myślałam, że to mnie wykończy. Że on wykończy mnie bólem psychicznym - tym,
co mówił, wrzeszczal, tym, jak raptem, zaczął mnie traktować,a ja nie umiałam
tak, bo nigdy nie był, i nigdy nie bedzie TYLKO moim mężem.
Nic na to nie mogę poradzić, choć chciałam.
I na początku - tyle otuchy mi dodawało, gdy mnie chwalił..
Z tymi nogami - ja już nie chodziłam. Obie nogi...
Ale tak się zawzięłam, tak nie dopuszczałam mysli do siebie, że ja mam być na
wózku - cos jak kiedys z tym wypadkiem i okiem - też nie przyjełam do
wiadomości, że mam widzieć podwójnie i zezować do końca życia. Więc ćwiczyłam
oko. A potem nogi. Przychodził tam Gołota po operacji barku. Przysięgam.
Ćwiczyłam z o wiele większym zaangażowaniem, niż on. Miał nas dwoje ten sam
rehabilitant tzn. prowadził nas. I pomogło.
Bo mnie K. wspierał psychicznie. I nawet to przełknęłam, że nikogo przy mnie
nie było - nikt nie przyprowadził, nikt nie odebrał z kliniki... 
Teraz wszystko wróciło i zalało całe ciało - jeden wielki ból fizyczny. Taki
ból, dzień w dzień tyle miesięcy. Próby leczenia w publicznej służbie zdrowia
- nawet nie ma , co opowiadać - szkoda tych moich palców obolałych i
sztywniejących już od stukania. Zaczęłam więc prywatnie wyprzedając za grosze
resztę akcji. Ale pękłam. Rozwaliłam się. Tyle lat i tyle osób z terapii, czy
moja pani doktor mnie przekonywały, jaka jestem dzielna, bo ja uważałam, ze
nie. Ale jak staram się patrzeć obiektywnie, to nie znam osoby, którą
zaatakowałoby zewsząd tyle nieszczęść. Piszę tu o 1 / 30 tylko...Tak mi się
zdaje. Ale jesli on, K., za to, że przestał płacić mi obiecane alimenty, a ja
pisałam do niego i dzwoniłam, by mnie tak nie zostawiał, na bruku,  by mnie
nie zabijał, że chcę żyć, za co jedzenie, lekarstwa, koty, ktore wzięłam, bo
były biedakami, a wtedy, to jeszcze K. mi pomagał i miałam te parę groszy, by
dać kociarstwu jeść.
No to pisałam do niego. Bo żyć chciałam. Miałam te próby samobójcze. Ta
ostatnia - przez niego, brak empatii totalny też ze strony D. i L. - stało
się, że żyję.
No to walczyłam dalej. Może mój Ś.P. Tato poprosił pana Boga, bym żyła ? A
może Marylin Monroe nawet. Nie możemy tego wiedzieć.. W wypadku też nie
zginęłam. Milicja wtedy mówiła, że dlatego, że jestem dość wysoka i samochód
wziął mnie na maskę, a nie pod koła. Ale, mówił kierowca, bo ja nie pamietam,
podobno też lekko podskoczyłam wtedy. A może nie podskoczyłam, tylko S.P.
Janek - Tata z bratem S.P. Krzysiem złapali mnie pod pachy i unieśli ? Bóg
nie pozwolił na większą interwencję, dlatego musieli szybko zmykac i nie
odstawili mnie na chodnik, ale zdążyli ponieść na te maskę..Mogło tak być ?
Mogło przecież, bo skąd wiemy, że nie mogło....
A mąż - K. - Czemu mi nie płaci, skoro obiecał - pytałam. Wiedział, jak
jestem chora, wiedział, że dopiero co, po raz trzeci komisja lekarska, tym
razem w W-wie uznała mnie za niezdolną do pracy - blady argument, byle tylko
nie płacic mnie, a spożywać w górach kawior z tamtą, o tym, że jestem zdrowa,
który w jakims momencie zaczął mąż wysuwać, upadł jak rozstrzaskana bombka
choinkowa malowana przez niejaką Młynarską A. - TVP zmorę. Trudno było
uwierzyć, że przekupiłam dwie komisje w Koninie i dwie w W-wie /bo tu mnie 2
badały/ Wiedział, ze i tak o pracę się starałam w kilkunastu miejscach. I
nic. I wiedział, że mam podstawy wystąpić o I grupę renty, ale nie chciałam,
bo co mi to da - 100 zł więcej i brak możliwości pracy..? Wiedział więc, że
jestem zdana na jego łaskę i niełaskę. Za to, że upominałam sie o pieniądze
na życie,  podał mnie do sądu.
Do pudła na rok ze mną !!!! Tak miało być. Jezu - wybacz nadużywania Imienia
Twego...
TZ tym sądem, rokiem więzienia..- tak myslą ludzie, rozpieszczeni przez
życie, którzy mają za nic życie czyjeś i czyjeś zdrowie. Tak trwała ta zabawa
K.
Pełna wersja