martini-7
22.01.14, 16:21
Normalnie, jak dalej tak będzie to wrócę do mojej ukochanej depresji w jej najgorszych odsłonach. Jakiś czas temu była między mną, a znajomymi rozmowa, jak to w towarzystwie bywa było i serio i żartem. W docinkach usłyszałam parę razy "przecież i tak siedzisz w domu", parę razy padło to i bez żartu. Dlaczego ludzie sądzą, że jeśli nie chodzę do pracy na minimum 8 godzin, a nadgodziny to mile widziane, to nie mam prawa być zmęczona opieką nad dzieckiem, zajmowaniem się domem, byciem na etat 24/7 nianią, praczką, sprzątaczką, kucharką i cholera wie co jeszcze. Ludzie nie doceniają pracy, za którą nie ma pieniędzy. Miałam ochotę czasem się odgryźć, żeby wynajęli sobie na tydzień choć kucharkę, nianię i sprzątaczkę i to nawet nie 24/7 a w normalnym wymiarze pracy, ciekawe czy te ich zarobione pieniążki wystarczyłyby im na opłacenie tego.
Z jednej strony widzę wartość tego co robię, mój mąż też (tak przynajmniej mówi, nie wiem co mu do głowy inni kłaść próbują), ale z drugiej strony czuję się jakaś taka nic nie warta, jakaś taka zakurzona kuchta i do tego w ciąży, nie wnosząca pieniędzy, a wydająca je (jestem raczej rozsądna w wydawaniu więc na swoje przyjemności to naprawdę rzadko).
Niech mi ktoś wyjaśni dlaczego kobieta zostająca w domu jest postrzegana jak coś niższej kategorii jak pasożyt żyjący na utrzymaniu biednego zarobionego męża.
Wiem, że za bardzo się przejmuję, wiem, że część tych tekstów były żartem i nimi się nie przejmuję, tylko trochę boli mnie to co powiedziane serio, może za bardzo się przejmuję, za bardzo wkręcam, może za bardzo daję ponieść hormonom, ale kuźwa, jestem człowiekiem, mam swoją wartość (i tak zaniżoną). A może to po prostu społeczeństwo jest zacofane???