depresja, degradacja, depresja no i klops

20.10.14, 13:02
Na wstępnie, nadal jaram się swoim życiem rodzinnym, nadal tryskam szczęściem, ale...

DEPRESJA raz mnie dopadła i choć nie męczy jak dawniej epizody się zdarzają, to dobra przyjaciółka, jak raz się poznacie, zostaje z Tobą do końca życia, ma swoje wady i zalety, czasem wychodząc z epizodu jestem mądrzejsza i silniejsza, za co dziękuję.

DEGRADACJA człowiek z depresją łatwiej się degraduje, tak sądzę. Od jakiegoś czasu nie pracuję, przez jakiś czas byłam sama z dzieckiem, mąż przyjeżdżał do domu raz na miesiąc na weekend, uroki pracy w innym kraju. Dźwigałam większość spraw sama, dawałam radę.
Mając dość takiej sytuacji, kiedy sytuacja męża w pracy za granicą się ustabilizowała zamieszkaliśmy tam razem. Przyszło na świat drugie dziecko. Jednak we mnie coś poszło nie tak. Jeśli chodzi o macierzyństwo i rodzinę OK, ale moje uspołecznienie kuleje. Mąż często mi mówił "nie martw się, załatwię to" więc ja idąc tym śladem nie załatwiałam niemal nic. Lekarz z dzieckiem czy coś takiego OK. ale urzędy szerokim kołem, banki też. Jedyne co to po przyjeździe po urzędach musiałam rundę zrobić bo, mąż nie miał urlopu, ale to z tłumaczem, a i do niego do pracy do siedziby jak coś trzeba to pojadę załatwię. Sam pracuje, godzinami po pracy siedział i czasem nadal siedzi przed kompem szukając co i jak załatwić, jak zorganizować kredyt i takie tam, ja tylko dzieci i dom. Kiedy prosił mnie załatw coś, migałam się, bałam się. Zrobiłam się wycofana, nie mam fobii społecznej, ale nie próbuję podejmować prób pokonania przeszkód, mówię, że nie dam rady i tyle, jest bariera językowa, która mnie blokuje, mówię po ang, a większość urzędników też, ale blokuję się.
Ostatnio zarzuciłam mu, że się ode mnie odsunął, nic nie powiedział, kolejny i kolejny raz to mówiłam, były łzy, rozmowy, aż pojawiła się rozmowa ostateczna, wyjaśnił mi, że jest zmęczony tym, że wszystko na nim, że martwi go to jak się zmieniłam.
Trochę sobie wygarnęliśmy, ja postanowiłam się wziąć w garść, jednak czuję się nic nie warta, moje poczucie własnej wartości leży i kwiczy, to co się działo ze mną w czasie tej rozmowy to była istna huśtawka emocji plus morze moich łez. Nie wiem dlaczego pozwoliłam sobie na takie odsunięcie się od problemów, mam świadomość ich istnienia, martwią i stresują mnie, a jednak pozwalam mu aby sam z tym walczył, a potem jestem zdziwiona, że on jest przemęczony i się odsuwa.

DEPRESJA no i znowu wracam do punktu wyjścia, gdzieś ciągle czuję na karku jej oddech, ostatnio czując jak próbuje mnie znowu wciągnąć w swoją grę. Kiedyś rozładowywałam emocje okaleczając się. Jakiś czas temu, myśląc, że uczucie zaczyna odparowywać, że może ze mną coś nie tak, że łączy nas miłość do dzieci i wspomnienie dawnego uczucia, zaczęłam znowu myśleć o ostrych rzeczach mogących okaleczyć moje ciało, myślałam o nich tak jak alkoholik myśli o wódce. Jednak jakoś udało się mi otrząsnąć, nic nie zrobiłam, zajęłam się codziennymi sprawami, czekając aż pragnienie własnej krwi odejdzie. A moje obawy o nasz związek okazały się wytworem chorej wyobraźni.

Jednak zastanawiam się, czy to, że epizody u mnie rzadkie to to, że poddałam sama siebie takiej degradacji, pozwoliłam się mocno sobą zaopiekować, wręcz wykorzystując to nieświadomie, jest moim wygodnictwem czy efektem tkwiącej we mnie gdzieś depresji, że dzięki temu nie musiałam mierzyć się z nowym, nieznanym.
    • lucyna_n Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 13:53
      Wiesz już co poszło źle to teraz zamiast marnować energię na negatywne samooceny, po prostu zacznij odważnie roić te rzeczy których unikałaś. Jakiś czas temu postanowiłam sobie że postaram się codziennie zrobić coś czego nigdy w życiu nie robiłam niezależnie czy to będzie drobiazg czy duże wyzwanie, w ten sposób wygonie z siebie poczucie że się cofam w rozwoju, że moje życie jest dziwnie miałkie, niby nie złe, ale właściwie nie było po co wstawać z łóżka. I powiem Ci że to działa. Jak mam ochotę schować się w starą skorupę, wycofać rakiem, to sobie mówię, kiedyś tak byś zrobiła, bałabyś się, wycofała, ale teraz już myślisz inaczej, zrób, spróbuj, nie wyjdzie, to nic, a może akurat będzie ciekawie, fajnie , inspirująco? Nauczyłam się w ten sposób kilku fajnych umiejętności, od jazdy na skuterze, po szycie. Staram się być jak najbardziej samodzielna w każdej dziedzinie życia. Przekonałam się też że tylko w rozwoju, w ruchu człowiek czuje że żyje. Jeżeli ktoś nigdy nie przeżywa porażek to dowód na to że robi za mało a nie na to że jest nieomylny. Porażki są dowodem tylko na jedno, że się jest aktywnym, że się działa i żyje, a nie na to że się jest do niczego.
      Nie chcę już przeżywać dnia świstaka, jeżeli mam do przeżycia x dni to chę każdy z tych dni przeżyć, a nie x razy przeżyć ten sam dzień czekając na jakiś cud, na spełnienie się warunków kiedy "wtedy zacznę żyć naprawdę". Życie jest tu i teraz, mamy tylko obecną chwilę, resztą to w pewnym sensie coś jak sen lub złudzenie. Nie da się wyspać na zapas, i nacieszyć na zapas. To jest nieustanny proces, nie będzie wyplacana emerytura z przeżyć, do końca trzeba każdy dzień na nowo zagospodarować.
      Spisałam sobie kiedyś jakie dziedziny , jakie sfery życia są dla mnie ważne i co mogę w tych dziedzinach zrobić żeby sobie poprawić byt, staralams ^ę też jakoś zrównoważyć czas i siły poświęcane na nie, bo jak wiadomo siły nie są nieograniczone, czas też, trzeba jakoś je rozdzielić na różne sprawy, czasem coś odpuścić, albo coś nadrobić i tego się trzymam, w moim przypadku to są: małżeństwo, relacje z synem, dbanie o siebie (szeroko pojęte, od wyglądu po psychiczny doobrostan, czyli np asertywność), dbanie o relacje z ludżmi, praca zarobkowa, strefa relaksu (nie umiem odpoczywać, więc to dla mnie ważny punkt), nowe (czyli wyzwania), stare (niezalatwione sprawy wiszące nad glową), dom, rozwój osobisty, lek na lęk (zrobienie czegoś czego się boję). Uznałam że to są takie moje filary życiowe, na których opiera się moja codzienność, nie ustawiam ich w hierarchii ważności, to raczej taki ostaczający mnie krąg, taki mój osobisty mikro wszechświat.
      Zazwyczaj wieczorem przed snem robię takie małe podsumowania co w której z tych dziedzin się działo. Nie skupiam się już na tym czego nie zrobiłam, skupiam się na tym co się udało, co było tego dnia na +. Pilnuję wewnętrznego dręczyciela. Już nie myślę o sobie źle, nie oceniam siebie. Jeżeli coś analizuję to tylko na zasadzie, jak następnym razem poradzić sobie lepiej, jak postąpić żeby było ok, żebym czuła się w danej sytuacji lepiej. Np nie analizuję już każdego dnia pod kątem gaf, wpadek, porażek, to ciągnęło mnie w dół, sama sobie dokladałam. Postanowiłam że koniec z tym i już. Żadnego czekania na cud, żadnego odkładania życia na lepsze dni, żadnego krytykowania siebie, żadnego myślenia o sobie w kategoriach negatywnych. Jeżeli nikogo nie krzywdzę to wszystko co robię jest ok. Po prostu. Na razie muszę przyznać że mi się to sprawdza, czuję się z tym lepiej, nie ma takiej prożni, choć wiadomo wewnętrzny krytyk czuwa, i próbuje swoich sił, ale to już nie jest to co kiedyś.
      Myślę że każdy musi znaleźć sposób na siebie, mój jest akurat taki, Twój będzie inny, ale będzie, najważniejsze to szukać, próbować i nie oceniać się negatywnie. Przy okazji innym też jest łatwiej z nami wytrzymać jak sami o sobie dobrze myślimy:) a to dla depresyjnego wielka rzecz.
      • martini-7 Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 14:43
        Dziękuję, masz rację, nikt za mnie nie przełamie lodów. Dzień świstaka to moje życie ostatnim czasy, mam wrażenie, że w takim stylu zostałam wychowana, zachowawczo, jak chyba większość.
        Obudzona z tego marazmu wczoraj usiadłam i zaczęłam szukać po necie dokumentów i tłumaczyć je, dołączę to do wcześniej przygotowanych dokumentów (ładnie je zebrał dla męża aby poszedł sprawę załatwić) i ruszę do boju.
        Pewnie jak mi się uda samej wszystko ogarnąć to będę podniecona chodziła przez godzinę i uśmiechała się do siebie czując jak bohater, ale jak się człowiek zastoi to każdy krok cieszy.
        Wiesz natchnęło mnie to co napisałaś, może oprócz przełamywania słabości, to jeszcze przestanę wreszcie marzyć i zacznę realizować marzenia? nie mówię o tych co Bóg wie czego wymagają, ale o tych które mogę w obecnej sytuacji spełnić, przestanę planować co bym chciała czy muszę zrobić, a zacznę to robić, nie chodzi mi o takie rzeczy jak posprzątanie domu, to już ogarnęłam w każdą stronę, ale o np. naukę języka?
        Dziś byłam z dziećmi na placu zabaw, córka poprosiła abym się z nią pohuśtała, usiadłam na huśtawce obok jej huśtawki i zaczęłam się huśtać, ale nie tak jak zwykle bujać, tylko naprawdę porządnie się rozhuśtałam, może głupio wyglądałam, ale naprawdę zaczęłam się tym cieszyć, poczułam się szczęśliwa, endorfiny we mnie walnęły.
        Mam tylko nadzieję, że nie minie mi zapał, że nie pozwolę mu minąć, że potraktuję porażkę jako wskazówkę co zmienić, a nie jako pretekst by znów się zatrzymać.
        Racja, z depresyjnym łatwiej się żyje kiedy jest szczęśliwy. Moim problemem jest też skrajna natura, jestem z jednej strony osobą aktywną, mogącą w jednej chwili po wpływem impulsu działać, a potem włącza mi się ta zachowawcza natura która analizuje wszystko, poddaje rozsądkowi i zaczyna się lęk. Niestety nie ma między nimi równowagi, zachowawcza bierze zwykle górę.
        Jednak tak czy owak postanowione biorę się ostro do galopu i korzystam z tego z czego mogę, korzyść i dla mnie i rodziny :)
        Pewnie w przypływie energii pisałam dość nieskładnie, ale mam nadzieję wiadomo o co chodzi :)
        • lucyna_n Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 16:44
          Tak myślę że pewnie to trochę wina naszych osobowości, taki typ że łatwo nam znaleźć się w sytuacji kiedy tak jak piszesz zachowawczo budujemy bezpieczne gniazdo, opieramy się na sile opiekuńczego partnera, wycofujemy się napotykając trudności z obawy przed porażką (nauczono nas że nie wolno popełniać błędu. że lepiej nie próbować niż gdyby miało sie nie udać) i zanim się człowiek obejrzy to już z niego na wpół kaleka społeczna. Jednak nic się tak naprawdę nie stało, masz czas, masz mnostwo czasu na zmiany, na nowe wyzwania, także te przyjemne. Marzeń nie ma co odkladać, jak tylko można trzeba realizować, choćby takie malutkie te drobne. Z huśtawką mi się podoba, dokladnie o to mi chodzi, żeby zejść z bezpiecznych utartych ścieżek, wyzwolić się od powinnam/ nie wypada i z jednej strony wyluzować a z drugiej podkręcić trochę te endorfiny. Robić rzeczy nietypowe dla nas, bo skoro do tej pory robiłyśmy intuicyjnie to co dla nas najlepsze a okazało się że wcale najlepsze nie było to pora na spróbowanie czegoś z zupełnie innej beczki, bo może to co odrzucamy z powodu wychowanie, złych doświadczeń, uprzedzeń z niepamiętnych głębin dzieciństwa jest tym czego nam trzeba?
          Nauka języka obcego ma oprócz nabycia zdolności komunikacji, co za tym idzie lepszej integracji ze społeczeństwm, podbudowaniem poczucia własnej wartości, zwielokrotnieniem szansy na ciekawą pracę ma, jeszcze tę fantastyczną zaletę że ucząc się go nie jesteś w stanie rownolegle się martwić się i snuć depresyjne myśli bo zajmuje mózg w zbyt dużym stopniu (to coś tak jak z tym klepaniem się po głowie i głaskaniem po brzuchu, podobnie też mózg nie jest w stanie "wyprodukować" dwóch przeciwstawnych emocji jednocześnie) co więcej nauka języka jest dla umysłu/pamięci/koncentracji tak samo dobra jak ćwiczenia dla ciała. Samo dobro. No i da się pogodzić z opieką nad dziećmi i pracami domowymi.
          • mintaj3 Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 20:58
            Lucy , wspaniałe wpisy w tym wątku , serio .Jedne z najbardziej optymistycznych w dziejach tego forum jak dla mnie .
            Pozdr
            • lucyna_n Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 21:26
              Dzięks :)
          • martini-7 Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 22:03
            Myślę, że też problem tego w jakim społeczeństwie przyszliśmy na świat. Często nasi rodzice, chcąc wychować nas na porządnych obywateli tłukli nam do głów co wolno w danym wieku, a czego nie. Nasza osobowość to było coś, co było mocno modyfikowane. Wychowano nas w zgodzie z oczekiwaniami społecznymi, nie w zgodzie z naszym charakterem. Choć moi rodzice nawet przyjaźnie patrzyli na mój wielki optymizm, na czasem niekonwencjonalne zachowania, to często też upominali "nie rób tak", "dorośnij", "przestań się bawić", "określ się" itp. Lubię właśnie takie akcje jak np. huśtawka (po za nią ganiałam dziś też po linach) czuję się wówczas pełna energii, takie wyskoki się mi zdarzają. Taką właśnie poznał mnie mąż, energiczną, wesołą, rzucającą śnieżkami, czy wyciągającą go w wygłupy na trawniku w parku. Nie powiem, zachowawcza też wówczas byłam. Jednak był to czas względnej równowagi, no może czasem uciszania zachowawczej.
            Jednak posiadanie skrajności w sobie sprawia, że czasem któraś bierze górę, ostatnio jak pisałam mimo szczęścia i w ogóle górę wzięła zachowawcza. Nowe otoczenie, nowa sytuacja i mimo jakiejś spontaniczności w życiu codziennym, budowanie muru między mną, a zewnętrzem. Przecież mogę być i rozważna i romantyczna he he
            Czasem myślę, że przez takie dwie mnie to w jakimś psychiatryku skończę :/
            Masz rację, mam czas, a przynajmniej statystycznie mam, będę realizować się.
            Śmieszne jest to, że ostatnio byłam z dziećmi u lekarza, nie raz już tam byłam, ale ta konkretnie wizyta, choć to była rutynowa wizyta kontrolna i szczepienie, jakoś napawały mnie strachem, a co jeśli sobie nie poradzę? Poradziłam, wracałam cała w skowronkach. Rodziłam przecież też tu, dałam sobie radę sama, dogadałam się, poradziłam sobie, a jednak nie do końca w to wierzyłam.
            Idę w świat, mój mały świat walczyć o siebie, o to co we mnie jest i co lubię i o nowe ciekawe doświadczenia.
            Ciekawe w tym co ostatnio doświadczyłam, jest to, że żyłam sobie tak, wydawało się, że jest ok, aż tu nagle bach, takie zderzenie z prawdą. Jednak najlepsza jest tak mnogość emocji, z jednej dół i samokrytyka, chęć autoagresji, a z drugiej szczęście wyciekające uszami, tryskanie humorem i takie tam. Ileż to człowiek może przeżywać rzeczy jednocześnie, niesamowite.
            • lucyna_n Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 21.10.14, 12:48
              Nie wiem na ile Twoje skrajności są rzeczywiście skrajne, jak dla mnie to to co opisujesz to jest po prostu młodość, hormony skaczą, krew jeszcze gęsta:) A tak serio, rzecz nie polega na nieodczuwaniu negatywnych emocji a odczuwaniu tylko tych przyjemnych, ewentualnie na niezmiennym stabilnym samopoczuciu bo tak się nie da, ale na odczuwaniu wszystkich emocji ale adekwatnie do sytuacji.
          • ekspert_terapiadialog Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 20.10.14, 22:12
            Pani Lucyna_n ma rację. Z opisu autorki wątku faktycznie aktualnie bardziej można myśleć o problemach psychologiczno-osobowościowych niż medyczno-depresyjnych związanych z biologiczną dysfunkcją organizmu.

            W takich sytuacjach nie stosuje się zazwyczaj leków a bardziej - profesjonalne oddziaływania psychoterapeutyczne. Ich świetną namiastkę (dotyczącą akurat tutaj wpływu na sposób myślenia) przedstawiła właśnie Pani Lucyna_n powyżej. Jeżeli trafi się na profesjonalnego, dobrze wykształconego psychoterapeutę - zastosowanie całego kompleksu tych metod może bardzo dużo pomóc w poprawie swojego codziennego funkcjonowania oraz w budowaniu/osiąganiu dojrzałych relacji z bliskimi osobami.

            Pozdrawiam serdecznie,
            lek. Michał Feldman
            NZOZ Centrum Terapii DIALOG
            www.terapiadialog.pl
            • lucyna_n Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 21.10.14, 12:41
              Sęk w tym że z 4 terapeutów żaden nawet takiej namiastki z siebie nie wystękał, a to przecież nie jest wiedza tajemna, a ja nie milczek. <przeklęcie>
              • martini-7 Re: depresja, degradacja, depresja no i klops 22.10.14, 11:11
                Nie obrażając nikogo, gdyż każdy z terapeutów trud w swoje wykształcenie włożył, chcę powiedzieć, że czasem więcej powiedzieć może ten co coś przeżył, a nie ten co wyuczył, przeanalizował.
                Co do mnie, to wstaję jak zawsze z doła, mądrzejsza, silniejsza i choć wiem, że pewnie za jakiś czas znowu upadnę, to jednak cieszę się życiem i nie myślę o tym. Jestem pełna optymizmu i nadziei. Odbudowuję w sobie to co dobre, co lubię, co pozytywne i zdobywam kolejne nowe takowe przymioty.
                Ps. Lucyno zainspirowałaś mnie, dziękuję.
Pełna wersja