rainyday
16.05.05, 15:53
Mam dzisiaj dość wszystkiego...a najbardziej siebie...i życia...zaczynam się
poddawać...a jeszcze nie zaczęłam walczyć. Dzisiaj mam urodziny.. pojawiło mi
się na liczniku 28...cóż i człowiek zaczyna się bardziej zastanawiać nad
swoim życiem... podsumowanie.. u mnie to wychodzi źle.
Tak fajnie byłoby się wtulić w kochające ramiona i usłyszeć wszystko będzie
dobrze... ale to byłoby rozwiązanie na chwile...problem by pozostał bo jest
we mnie ...
I wszystko do d..... mam ochotę się gdzieś schować ..ukryć...co by poczuć się
bezpiecznie przez chwile jak małe dziecko...ale nie ma tak łatwo, nie mam
poczucia bezpieczeństwa w moim życiu.
Nic nie ma, a tu trzeba się zebrać do kupy i zacząć walczyć o to żeby było
coś.. a przede wszystkim o to by znaleźć sens w tym wszystkie.. radość...w
równowagę z samym sobą.
To chyba dla mnie za trudne.. przez te całe 28 lat żyłam nienawidząc
siebie...takiej, jaką jestem, szukałam akceptacji w oczach innych, starałam
się być idealna żeby nikt nie zauważył, że tam w środku nic nie ma, moja
motywacja polegała na wbijaniu sobie szpili...musisz bo....Wiecie fajnie jest
zrozumieć, ze się gnoiło samego siebie przez te wszystkie lata. Tyle dobrych
pomysłów.. w głowie...i ciągły strach przed wyjściem z inicjatywą...bo ktoś
się będzie z tego śmiał, bo ktoś uzna to za głupie.. bo... jest we mnie
ciągły lek przed śmiesznością.. brakiem akceptacji...i tak było zawsze....
I maska pełna cynizmu.. żeby nikt nie dostrzegł, że można mnie zranić...
Pozory silnej niezależnej kobiety.
Nawet nie umiem poprosić o pomoc...bo przecież to była by oznaka słabości..
Wiecie, co super się żyje z brakiem poczucia własnej wartości...starając się
odnaleźć ją w innych...
Kochałam kiedyś bardzo kogoś... ale nie kochałam siebie...on mnie też bardzo
kochał...ale jak długo można lać uczucie w pustkę ..studnie bez dna...kiedyś
przychodzi zmęczenie.. i wszystko się kończy...
Dobrze wypłakałam się ..ale jeszcze przydałby mi się kopniak, który by mnie
zmobilizował do walki...ale taki solidny. Ktoś ma jakiś pomysł???
Mam jeszcze prośbę...a może apel....kochajcie swoje dzieci za to, że
są...okazujcie im na każdym kroku swoja bezwarunkową
miłość...przytulajcie...stwórzcie im poczucie bezpieczeństwa.. ale bez
żadnych warunków...przyznawajcie się do swoich błędów, jeśli je
popełniacie...rozmawiajcie z nimi, a przede wszystkim kochajcie je
bezwarunkowo...i okazujcie to...to tak mało a zarazem tak wiele...żeby
później wasze dziecko nie cierpiało.
Ja i tak się cieszę, że wiem to wiem...ale zmiana sposobu myślenia ..tym
samym całego swojego życia...nie jest łatwa...i brak mi już siły.. i
nadziei ..