mugenx
20.10.05, 13:06
witam
Chciałbym przedstawić tutaj swoją historie.Wszystko zaczęło się od utraty
kogoś bliskiego – było to 4 miesiące temu.Z początku było bardzo zle –
obwiniałem się ze to moja wina, iż ta osoba odeszła ode mnie, obwiniałem
siebie o wszystko, każda nawet najmniejsza przykra rzecz, która w przeszłości
zrobiłem tej osobie wracała do mnie ze zdziesiątkowaną siłą, wbijała się do
mojego umysłu a ja nie umiałem sobie z tym poradzić, nie wiedziałem, co
począć, co zrobić…dobijała mnie pogoda – czerwcowe upały, duchota, parota,
puste mieszkanie gdyż wszyscy wyjechali, patrzenie się w ścianę….Było bardzo
ciężko, ale zacząłem żyć nadzieja, iż nie wszystko stracone, iż uda mi się
odzyskać te osobę, jeśli będę się starał.Zylem tym przez półtora miesiąca, to
było takim motorem napędowym dla mnie, aby starać się, pracować nad sobą, być
lepszym człowiekiem i chociaż nadal było mi bardzo ciężko, nie miałem humoru,
moje zainteresowania straciły sens i je porzuciłem, żyłem nadzieja ze mi się
uda.Jednak po 2 miesiącach starań okazało się ze moje wysiłki były zupełnie
niepotrzebne, nie zdążyłem wystartować a już ktoś nogę mi podstawil.Ta osoba
nie tylko nie miała ochoty do mnie wrócić, ale tez nie chce mnie znać więcej,
nie chce mieć nawet zadanego kontaktu ze mną.Załamałem się trochę jak to
usłyszałem, nie wiedziałem, co ze soba zrobić, nie rozumiałem tego
wszystkiego, – czemu tak jest, czemu tak się dzieje przeciez nic takiego jej
nie zrobiłem aby odpowiadać mi nienawiścią.Kolejny tydzień był ciężki dla
mnie, ale niedługo później dowiedziałem się „kanałami”, iż ta osoba ma kogoś
innego i chyba tak naprawdę odeszła do kogoś innego tylko nie miała odwagi mi
tego powiedzieć w oczy ze kogoś ma i nadal tego nie zrobiła do dzis.Z
początku możę to dziwne, ale ten fakt mi troche pomógł.Zacząłem sobie
tłumaczyc i inni znajomi tez mi tak mowili „zrobiłeś naprawdę dużo, aby ja
odzyskac to nie twoja wina, to ona odeszła od ciebie” i przez jakies 5 dni
było dobrze.Ale po właśnie tygodniu dalej się zaczęło...Nie mam ochoty
nigdzie wychodzić, nie mam ochoty chodzić na żadne imprezki – znajomi mnie
wyciągają, wcześniej miałem zainteresowania uprawiałem regularnie sport – od
4 miesięcy go nie uprawiam i już do tego nie wroce raczej, interesowałem się
literatura – nie mam ochoty prawie na czytanie, miałem rozne inne hobby,
które porzuciłem albo stały mi się obojętne…Mam takie sytuacje ze jade
samochodem i leci z radia jakas przyjemna piosenka i w jednej chwili czuje
przypływ euforii i wydaje mi się ze wszystko jest super a za chwile wszystko
wraca do normy i jest po staremu.Spotykam się czasem ze znajomymi, ale to
takie wypełnienie czasu w sumie, poza tym każdy ma swoje zycie i nie ma
ochoty słuchać o kłopotach, które dla niego sa bardzo obce „rzuciła cie
dziewczyna?stary tego kwiatu jest pół światu, ogarnij się, znajdziesz sobie
nową” A ja nie umiem się ogarnąć, wydawało mi się ze jestem dość silny
psychicznie, rozne rzeczy się robiło w zyciu – wcześniej trenowałem sporty
wymagające dosc silnej psychiki i jakoś nie narzekałem a teraz czuje się
jakbym został znokautowany.Duzo osob myśli ze po prostu mam doła
spowodowanego strata i widzą w sumie ze to dosc długo już trwa, ale chyba nie
znają skali problemu, bo az tak nie zwierzam się bardzo – nie mowie nikomu ze
płacze, ze jak mnie złapie czasem to mogle lezec bez zycia na łóżku obojętny
na wszystko.Zdarza mi się wieczorem usiąść i zacząć płakać – łzy same
zaczynają mi lecieć z oczu.Jest mi źle tak jak napisałem chociaż nie jestem
na razie jeszcze „warzywkiem” takim całkowicie bez życia bo w sumie staram
się trzymać kontakt ze znajomymi, wyjść pogadać.
Wszystko to ma związek z ta osoba, która utraciłem, ja stałem się dla niej
obcym człowiekiem już, poszła do przodu, nie myśli o mnie w ogóle, bawi się
dalej zadowolona, bezrefleksyjnie ze mnie skrzywdziła a ja zostałem w miejscu
i nie mogę się wygrzebac.Mysle o niej i wiem ze to, zle bo powinienem zrobić
wszystko właśnie, aby zapomnieć o tym, aby to wyrzucić z głowy.Ale tak
naprawde pomimo tego co ona robi, pomimo tego ze znalismy sie kupe czasu a
ona mnie potraktowała "brzydko", bawi sie zyciem i to dość mocno, w ogole
mnie wykasowała, tak po prostu bezrefleksyjnie wymazała to ja ją nadal kocham
i wystarczyłoby zeby słowo powiedziała a ja bym dla niej wszystko zrobił i
dlatego cierpie chyba.Niektorzy mi mowia „jestes atrakcyjnym chłopakiem,
mógłbyś mieć wiele ładniejszych dziewczyn”, ale do mnie to nie dociera jakoś
wydaje mi się odwrotnie chyba ze jest, nie mam ochoty nigdzie isc a nawet,
jeśli to nie wiedziałbym, o czym rozmawiac z nowo poznaną osobą – kobietą,
przeciez nowo poznani ludzie oczekują od ciebie ze będziesz wygadany, miły,
opowiadał rozne historyjki, cieszył się, adorował je…A ja tak nie umiem, nie
mam nawet ochoty, aby poznawac nowe osoby a tym bardziej kobiety, dlatego
alienuje się.Mam lek przed tym bo boje się ze mi się nie uda nawet jakbym
chciał.Powiem wam ze jeszcze pol roku temu byłem krolem swiata, myślałem ze
mi wszystko wolno, panuje nad swoim losem a teraz jestem zdeptany, czuje się
jak taki Syzyf który pcha ten kamien pod góre ale na koncu kamien
spada.Miałem isc do psychiatry juz we wrzesniu bo było ciezko, jednak miałem
zaklepany wyjazd za granice i to mnie "uratowało".Spedziłem 2 tygodnie za
granica i było dobrze, byłem z daleka od tego wszystkiego.Jednak jak wrociłem
to ta niewidzialna reka juz na mnie czekała i wszystko zaczeło sie od
początku.Znow zacząłem myslec o lekarzu, ale przyszedł pazdziernik i zaczął
sie kolejny rok na uczelni.To ponownie mnie "uratowało" gdyz codziennie musze
wstawac rano do szkoły, wracam po południu i ide spac.Dzień dzieki temu mi
szybciej zlatuje.Ale znowu czuje ze mnie łapie, od paru dni szkoła jest mi
obojetna, mam pisac prace w tym roku ktora tez mi jest obojetna i nie wiem
nawet jak ja sobie z nią poradze.Najchetniej bym rzucił studia i nie wiem co
zrobił.Po drodze miałem jeszcze pare dobijających sytuacji – moje urodziny,
najsmutniejsze urodziny w życiu, kiedy to osoba z która byłem 3 lata nawet
życzeń mi nie napisała – tez to przezyłem troche.Przede mna jeszcze kolejne
daty takie jak „nasza rocznica” oraz sylwester którego nie wiem jak
przezyje.Mam zmienny nastroj czasem mysle ze ok., jest jak jest, bywa tak ze
mam dosc dobry humor przez jakis czas i myślę sobie”weź się ogarnij w koncu
sam, to już za długo trwa”, ale jakoś nie umiem bo po paru dniach nagle w
pewnym momencie mnie łapie.Jak mysle ze mi się udało wyjsc z tej dziury to
nagle mam uczucie ze wynurzyła się z niej taka niewidzialna ręka i mnie
złapała za nogę i z powrotem ciągnie w swoją strone...Czuje się strasznie
samotnym człowiekiem, odczuwam straszną pustkę w srodku, nie wiem co mam
robic, bo szczescie przeleciało mi przez rece, mam uczucie ze jestem
niepotrzebny, ze i tak mnie nie spotka już nic dobrego, a sam nie jestem w
stanie „pomoc” szczęściu poprzez wyjscie do ludzi.Ta osoba mi się dosc często
sni, mam b.dobre zdanie o niej pomimo ze ona tak się zachowała i mysle ze nie
ma najlepszego zdania o mnie…Walcze z decyzja o pójsciu do lekarza bo boje
się brania leków.Nie wiem chyba mam malutkie światełko jeszcze w sobie ze być
może cos dobrego mnie spotka i dlatego nie chce tych lekow brac, sam nie wiem
jak to wytłumaczyc, boje sie po prostu.Moze ktos z was miał taka sytuacje,
badz jakis znajomy?