miłość która odeszłą a pozostał....

20.10.05, 13:06
witam


Chciałbym przedstawić tutaj swoją historie.Wszystko zaczęło się od utraty
kogoś bliskiego – było to 4 miesiące temu.Z początku było bardzo zle –
obwiniałem się ze to moja wina, iż ta osoba odeszła ode mnie, obwiniałem
siebie o wszystko, każda nawet najmniejsza przykra rzecz, która w przeszłości
zrobiłem tej osobie wracała do mnie ze zdziesiątkowaną siłą, wbijała się do
mojego umysłu a ja nie umiałem sobie z tym poradzić, nie wiedziałem, co
począć, co zrobić…dobijała mnie pogoda – czerwcowe upały, duchota, parota,
puste mieszkanie gdyż wszyscy wyjechali, patrzenie się w ścianę….Było bardzo
ciężko, ale zacząłem żyć nadzieja, iż nie wszystko stracone, iż uda mi się
odzyskać te osobę, jeśli będę się starał.Zylem tym przez półtora miesiąca, to
było takim motorem napędowym dla mnie, aby starać się, pracować nad sobą, być
lepszym człowiekiem i chociaż nadal było mi bardzo ciężko, nie miałem humoru,
moje zainteresowania straciły sens i je porzuciłem, żyłem nadzieja ze mi się
uda.Jednak po 2 miesiącach starań okazało się ze moje wysiłki były zupełnie
niepotrzebne, nie zdążyłem wystartować a już ktoś nogę mi podstawil.Ta osoba
nie tylko nie miała ochoty do mnie wrócić, ale tez nie chce mnie znać więcej,
nie chce mieć nawet zadanego kontaktu ze mną.Załamałem się trochę jak to
usłyszałem, nie wiedziałem, co ze soba zrobić, nie rozumiałem tego
wszystkiego, – czemu tak jest, czemu tak się dzieje przeciez nic takiego jej
nie zrobiłem aby odpowiadać mi nienawiścią.Kolejny tydzień był ciężki dla
mnie, ale niedługo później dowiedziałem się „kanałami”, iż ta osoba ma kogoś
innego i chyba tak naprawdę odeszła do kogoś innego tylko nie miała odwagi mi
tego powiedzieć w oczy ze kogoś ma i nadal tego nie zrobiła do dzis.Z
początku możę to dziwne, ale ten fakt mi troche pomógł.Zacząłem sobie
tłumaczyc i inni znajomi tez mi tak mowili „zrobiłeś naprawdę dużo, aby ja
odzyskac to nie twoja wina, to ona odeszła od ciebie” i przez jakies 5 dni
było dobrze.Ale po właśnie tygodniu dalej się zaczęło...Nie mam ochoty
nigdzie wychodzić, nie mam ochoty chodzić na żadne imprezki – znajomi mnie
wyciągają, wcześniej miałem zainteresowania uprawiałem regularnie sport – od
4 miesięcy go nie uprawiam i już do tego nie wroce raczej, interesowałem się
literatura – nie mam ochoty prawie na czytanie, miałem rozne inne hobby,
które porzuciłem albo stały mi się obojętne…Mam takie sytuacje ze jade
samochodem i leci z radia jakas przyjemna piosenka i w jednej chwili czuje
przypływ euforii i wydaje mi się ze wszystko jest super a za chwile wszystko
wraca do normy i jest po staremu.Spotykam się czasem ze znajomymi, ale to
takie wypełnienie czasu w sumie, poza tym każdy ma swoje zycie i nie ma
ochoty słuchać o kłopotach, które dla niego sa bardzo obce „rzuciła cie
dziewczyna?stary tego kwiatu jest pół światu, ogarnij się, znajdziesz sobie
nową” A ja nie umiem się ogarnąć, wydawało mi się ze jestem dość silny
psychicznie, rozne rzeczy się robiło w zyciu – wcześniej trenowałem sporty
wymagające dosc silnej psychiki i jakoś nie narzekałem a teraz czuje się
jakbym został znokautowany.Duzo osob myśli ze po prostu mam doła
spowodowanego strata i widzą w sumie ze to dosc długo już trwa, ale chyba nie
znają skali problemu, bo az tak nie zwierzam się bardzo – nie mowie nikomu ze
płacze, ze jak mnie złapie czasem to mogle lezec bez zycia na łóżku obojętny
na wszystko.Zdarza mi się wieczorem usiąść i zacząć płakać – łzy same
zaczynają mi lecieć z oczu.Jest mi źle tak jak napisałem chociaż nie jestem
na razie jeszcze „warzywkiem” takim całkowicie bez życia bo w sumie staram
się trzymać kontakt ze znajomymi, wyjść pogadać.
Wszystko to ma związek z ta osoba, która utraciłem, ja stałem się dla niej
obcym człowiekiem już, poszła do przodu, nie myśli o mnie w ogóle, bawi się
dalej zadowolona, bezrefleksyjnie ze mnie skrzywdziła a ja zostałem w miejscu
i nie mogę się wygrzebac.Mysle o niej i wiem ze to, zle bo powinienem zrobić
wszystko właśnie, aby zapomnieć o tym, aby to wyrzucić z głowy.Ale tak
naprawde pomimo tego co ona robi, pomimo tego ze znalismy sie kupe czasu a
ona mnie potraktowała "brzydko", bawi sie zyciem i to dość mocno, w ogole
mnie wykasowała, tak po prostu bezrefleksyjnie wymazała to ja ją nadal kocham
i wystarczyłoby zeby słowo powiedziała a ja bym dla niej wszystko zrobił i
dlatego cierpie chyba.Niektorzy mi mowia „jestes atrakcyjnym chłopakiem,
mógłbyś mieć wiele ładniejszych dziewczyn”, ale do mnie to nie dociera jakoś
wydaje mi się odwrotnie chyba ze jest, nie mam ochoty nigdzie isc a nawet,
jeśli to nie wiedziałbym, o czym rozmawiac z nowo poznaną osobą – kobietą,
przeciez nowo poznani ludzie oczekują od ciebie ze będziesz wygadany, miły,
opowiadał rozne historyjki, cieszył się, adorował je…A ja tak nie umiem, nie
mam nawet ochoty, aby poznawac nowe osoby a tym bardziej kobiety, dlatego
alienuje się.Mam lek przed tym bo boje się ze mi się nie uda nawet jakbym
chciał.Powiem wam ze jeszcze pol roku temu byłem krolem swiata, myślałem ze
mi wszystko wolno, panuje nad swoim losem a teraz jestem zdeptany, czuje się
jak taki Syzyf który pcha ten kamien pod góre ale na koncu kamien
spada.Miałem isc do psychiatry juz we wrzesniu bo było ciezko, jednak miałem
zaklepany wyjazd za granice i to mnie "uratowało".Spedziłem 2 tygodnie za
granica i było dobrze, byłem z daleka od tego wszystkiego.Jednak jak wrociłem
to ta niewidzialna reka juz na mnie czekała i wszystko zaczeło sie od
początku.Znow zacząłem myslec o lekarzu, ale przyszedł pazdziernik i zaczął
sie kolejny rok na uczelni.To ponownie mnie "uratowało" gdyz codziennie musze
wstawac rano do szkoły, wracam po południu i ide spac.Dzień dzieki temu mi
szybciej zlatuje.Ale znowu czuje ze mnie łapie, od paru dni szkoła jest mi
obojetna, mam pisac prace w tym roku ktora tez mi jest obojetna i nie wiem
nawet jak ja sobie z nią poradze.Najchetniej bym rzucił studia i nie wiem co
zrobił.Po drodze miałem jeszcze pare dobijających sytuacji – moje urodziny,
najsmutniejsze urodziny w życiu, kiedy to osoba z która byłem 3 lata nawet
życzeń mi nie napisała – tez to przezyłem troche.Przede mna jeszcze kolejne
daty takie jak „nasza rocznica” oraz sylwester którego nie wiem jak
przezyje.Mam zmienny nastroj czasem mysle ze ok., jest jak jest, bywa tak ze
mam dosc dobry humor przez jakis czas i myślę sobie”weź się ogarnij w koncu
sam, to już za długo trwa”, ale jakoś nie umiem bo po paru dniach nagle w
pewnym momencie mnie łapie.Jak mysle ze mi się udało wyjsc z tej dziury to
nagle mam uczucie ze wynurzyła się z niej taka niewidzialna ręka i mnie
złapała za nogę i z powrotem ciągnie w swoją strone...Czuje się strasznie
samotnym człowiekiem, odczuwam straszną pustkę w srodku, nie wiem co mam
robic, bo szczescie przeleciało mi przez rece, mam uczucie ze jestem
niepotrzebny, ze i tak mnie nie spotka już nic dobrego, a sam nie jestem w
stanie „pomoc” szczęściu poprzez wyjscie do ludzi.Ta osoba mi się dosc często
sni, mam b.dobre zdanie o niej pomimo ze ona tak się zachowała i mysle ze nie
ma najlepszego zdania o mnie…Walcze z decyzja o pójsciu do lekarza bo boje
się brania leków.Nie wiem chyba mam malutkie światełko jeszcze w sobie ze być
może cos dobrego mnie spotka i dlatego nie chce tych lekow brac, sam nie wiem
jak to wytłumaczyc, boje sie po prostu.Moze ktos z was miał taka sytuacje,
badz jakis znajomy?
    • gloom Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 13:23
      W Twojej sytuacji chyba najlepiej zrobisz, gdy zajmiesz sie soba - takim, jakim jestes teraz. Do
      specjalisty pojdz, ale najpierw do psychoterapeuty. Jesli skieruje Cie do psychiatry
      (niekoniecznie), to lekow tez nie musisz sie tak bardzo bac. Wbrew dajacym sie tu i tam
      uslyszec opiniom - to nie jest one-way ticket.
    • eleven17 Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 13:54
      Przechodzę przez ostatnie 2 miesiące to samo- chociaż stoję z boku. Jeśli
      miałbyś ochotę pogadać to daj znać. A tak poza tym- to walcz o siebie, o swój
      dobry nastrój, o jakość życia lub o to co jeszcze pozostało do uratowania.
      Pozdrawiam ciepło.

      Jedenastka
    • line.zludzilodu Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 15:08
      Minie. Nie odrazu, ale wszystko powoli przeminie. Zobaczysz. Mówię to z
      doświadczenia. Inna miłośc jest na to najlepsym lekarstwem. Mi pomogła, choć
      nie w jednej chwili. Nie załamuj się. Będzie dobrze.
    • babeczka.mniam Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 15:43
      czasem najlepiej zająć się sobą i własnym życiem. Wiem co opisujesz, dokładnie
      wiem. Teraz próbuję zająć się własnie sobą. Jest trudno. A dziś podciągnęłam w
      pokoju rolety i do tego mrocznego pomieszczenia wpadło trochę światła. Wychodze
      z "tego" drobnymi kroczkami. I Tobie również to radzę. Nie wymagaj od siebie na
      początku zbyt wiele. Możesz pozwolić sobie na chwile słabości czy smutku.
      Jesteśmy tylko ludźmi. Ale leżenie na łóżku całymi dniami nic w sumie nie
      zmieni w Twoim życiu. Może Ci się wydawać, że nie potrzeba Ci zmian. Pewnie
      teraz nic Ci się nie chce, życie jest szare, bure i nijakie. Tak może być. Tak
      bardzo trudno jest znów sie podnieść i choć troszkę zacząć żyć normalnie. Choć
      słowo "normalnie" najmniej tu pasuje. Gdy staramy się nie mysleć- to ntrętne
      mysli wracają. nie ma nic za darmo. Spójrz ile życia jest wokół Ciebie. Musisz
      wierzyc, że mgła wreszcie opadnie i ujrzysz dalekie perspektywy. otworzy Ci sie
      jeszcze świat w całej wspaniałości. Przytulam Cię ciepło. Odzywaj się.
      • mugenx miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 16:28
        Z myslą ze szczescie przeleciało mi przez rece juz sie oswoiłem.Nadal mnie
        sciska serce ale juz jakos sie oswoiłem z tym ze wszystko straciłem.Juz nawet z
        tego powodu nie płacze tak bardzo.Najgorsze jest poczucie wewnetrznej pustki i
        samotnosci.Obawa przed tym iz juz nigdy nie uda mi sie nikogo poznac poprzez
        brak odwagi no i troche niesmiałosc.A to jest najgorsza granica do poznania
        kogos.Z zewnatrz nie wygladam wcale na takiego człowieka, mysle ze wiele osob
        wziełoby mnie za ostatnią osobe która moze miec problemy z zapoznaniem
        kobiety...Staram sie wychodzic ostatnio, spaceruje sobie po warszawie ale to
        wszystko w samotnosci i tez mnie to dobija powoli.

        A chciałem zadzwonic na Sobieskiego do instytutu bo wiele dobrego o nich
        słyszałem, ale nie moge podjac tej decyzji bo sie boje troche.Wydaje mi sie ze
        same wizyty u lekarza nic mi nie dadza, a leków sie boje troche.
        • hasanet Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 16:33
          mugenx napisał:

          > mysle ze wiele osob
          > wziełoby mnie za ostatnią osobe która moze miec problemy z zapoznaniem
          > kobiety...Staram sie wychodzic ostatnio, spaceruje sobie po warszawie ale to
          > wszystko w samotnosci i tez mnie to dobija powoli.
          Zamień Warszawę na malą miejscowość, gdzie ludzie się znają z widzenia. Na ten
          przykład taki Tomaszów albo i co innego.
    • mskaiq Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 20.10.05, 16:45
      Mysle ze masz pare problemow ktore musisz rozwiazac. Pirwsza rzecz to wybaczyc
      Sobie. Kiedy dowiedzialas sie ze ta osoba ma kogos, poczules ulge, przestales
      sie czuc winnym tego ze sie skonczyl Wasz zwiazek.
      Czy nadal sie winisz ze Wasz zwiazek sie rozpadl? Jesli tak to dlaczego tak
      uwazasz. Musisz przejsc przez kazdy argument za tym ze to Twoja wina i
      przekonac sie ze tak nie jest. Nie mozna sie obarczac wina bo to prowadzi do
      bardzo glebokich dolow psychicznych
      Druga sprawa to zal i smutek, stad bierze sie Twoj placz. Kiedy pojawi sie
      ponownie to idz pocwicz fizycznie, zobaczysz jak szybko pozbedziesz sie tego
      placzu i zalu.
      Zal to jedno z najbardziej niszczacych uczuc ktore jest w nas. Zawsze
      podkreslam ze nie ma krzywdy ktora moglaby obudzic we mnie zal. Zal
      skrzywdzilby znacznie bardziej.
      Mysle ze warto wrocic do sportu, pozbedziesz sie w taki sposob wiele stresu i
      negatywnych emocji.
      Reszte zostaw czasowi, pozwol czasowi dzialac, zapomnisz, znajdzie sie ktos
      inny. Warunek jest jeden, nie mozesz ciagle budzic w Sobie negatywnych uczuc
      rozwazac to co sie juz skonczylo. Nie budz wiecej wspomien, pozwol aby to
      odeszlo, Ty zatrzymujesz to i cierpisz.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • mugenx Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 21.10.05, 01:33
        Hmm co do winy...siebie winię bardzo, bo mogłem być lepszym chłopakiem dla
        niej, to jest moja wina też ze odeszła...Ale wydaję mi się że to ona mnie
        skrzywdziła, tym co zrobila, co powiedziała, tym ze nie miała odwagi po 3
        latach znajomości powiedziec mi w oczy prawdy chociaż wiedziała że płaczę itd,
        winię ją też za to iż nie dała mi drugiej szansy, winię ją za wiele rzeczy
        innych które zrobiła mi po drodze bezrefleksyjnym zachowaniem...tylko co z tego?
        Jak nadal ją kocham i teraz bym z bukietem kwiatów do niej pojechał jakby słowo
        powiedziała...Może słowo "winię" nie jest dobre, bardziej jest mi przykro,
        tylko to przykro to też takie w mocnej wersji.
        Do sportu już tak bardzo mnie nie ciągnie aby wrócić, chociaż to kochałem, i
        trenowałem w klubie.Już chyba się kariera sportowa moja zakończyła i nie wróce
        do tego.Może to kwestia czasu też, ale nie widze mozliwosci powrotu póki co.
        Nie wiem co mam robić, czuje się jak w szachu.Bo udawało mi się uciec przed
        lekarzem ale teraz już mi się nie udaje.Snię o niej, nadal łapie doły
        aczkolwiek te doły są ogólne, już nie tyle ona mi wtedy przed oczami stoi,
        tylko związane są z beznadziejnością życia - że teraz to mi się nic nie uda bez
        niej, studia mi nic nie dadzą, nie poradzę sobie, no i nikogo nie poznam i będę
        sam.Ale o niej nadal myślę.Do tego jeszcze czuję się jakbym na głowie i klatce
        piersiowej nosił cięzarek 10 kilowy - głupio brzmi ale tak jest, czuję się
        jakbym z cięzarkiem chodził, coś mnie w klatce tak cisnie.
        Dziś zupełnie niespodziewanie miałem okazję ją widzieć z niedalekiej
        odległości, serce momentalnie mi zaczeło bić mocno a nogi jak z waty sie
        zrobiły, dosłownie.Ostatni raz ją widziałem 4 miesiące temu.Nie wiem jakbym się
        zachował gdyby ona mnie zauważyła i twarzą w twarz ze mną stanęła.Zupełnie
        sobie tego nie wyobrażam.
        Chyba mi zostaję dalsze takie życie i czekanie az los sie być może do mnie
        usmiechnie, chociaz ja w to nie wierze.
        • mskaiq Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 02:28
          Nie mozna Siebie winic, mysle ze nie rozumiesz jak wiele szkody przynosisz
          Sobie dzialajac w taki sposob. Poczucie winy nie zmienia niczego, jesli uwazasz
          ze cos bylo nie tak z Twojej strony to zmien to. Mysle ze jak sie zastanowisz
          to nie znajdziesz tak wiele win w Sobie a te co znajdziesz powinny Ci pomoc nie
          popelniac wiecej takich bledow. Kazda wine musisz wybaczyc Sobie, jest to
          niezwykle wazne, kiedy to zrobisz wyrzucisz wiele zlych mysli z Siebie ktore sa
          skierowane przeciwko Tobie.

          Jesli chodzi o poczucie krzywdy to budzi ono zal. Jednym z najbardziej
          dewastujacych uczuc jest zal i jednym z najczestszych bledow, czesto jest
          akceptowane jako uczucia ktore przynosi ulge. Ono przynosi lzy i poczucie braku
          sensu, sprawiedliwosci itp. Musisz wybaczyc Swojej Dziewczynie. Wtedy ten zal
          wygasnie, pozbedziesz sie uczucia ktore Cie doluje i ktore przynosi depresje.

          Jesli uda Ci sie wybaczyc Sobie i Jej to z czasem mysli o tej Dziewczynie beda
          coraz slabsze i odejda. Brak wybaczenia powoduje ze ciagle wracasz, jest w
          Tobie zrodlo ktore odnawia te mysli, to jest ten 10 kilogramowy odwaznik ktory
          nosisz w Sobie. Kiedy to zrodlo wyschnie to nastepnym razem kiedy Ja zobaczysz
          nie bedzie juz mial sensacji, wygasna emocje.
          Sprobuj wrocic mimo wszystko do sportu, nie musi to byc sport wyczynowy, bardzo
          pomoglby Ci kontrolowac Siebie. Kontrola nad cialem jest niezwykle wazna, slabe
          cialo przenosi wiele negtywnych odczuc.
          Czy los usmiechnie sie do Ciebie, napewno tak, ale musisz pomoc temu losowi,
          nigdy nic samo sie nie stanie, musisz na to zapracowac.
          Serdeczne pozdrowienia.
        • aneta01a Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 08:39
          mugenx napisał:

          > Hmm co do winy...siebie winię bardzo, bo mogłem być lepszym chłopakiem dla
          > niej, to jest moja wina też ze odeszła...Ale wydaję mi się że to ona mnie
          > skrzywdziła, tym co zrobila, co powiedziała, tym ze nie miała odwagi po 3
          > latach znajomości powiedziec mi w oczy prawdy chociaż wiedziała że płaczę
          itd,
          Jak znam życie, kobiety nie znoszą mazgajów, chyba że małych. Dorosłą babę
          chciałeś brać na płacz? Naiwny idiota. Jak się adresatka połapie, w co grasz,
          wzbudzisz obrzydzenie. Daj se spokój, facet, jej też.
          > winię ją też za to iż nie dała mi drugiej szansy, winię ją za wiele rzeczy
          > innych które zrobiła mi po drodze bezrefleksyjnym zachowaniem...tylko co z
          tego
          > ?
          > Jak nadal ją kocham i teraz bym z bukietem kwiatów do niej pojechał jakby
          słowo
          >
          > powiedziała...Może słowo "winię" nie jest dobre, bardziej jest mi przykro,
          > tylko to przykro to też takie w mocnej wersji.
          Drugą mogła Ci dać, a i owszem, ale nie w nieskończoność.
          > Do sportu już tak bardzo mnie nie ciągnie aby wrócić, chociaż to kochałem, i
          > trenowałem w klubie.Już chyba się kariera sportowa moja zakończyła i nie
          wróce
          > do tego.Może to kwestia czasu też, ale nie widze mozliwosci powrotu póki co.
          Zostaje Ci zawsze sport amatorski. Po cholerę Ci wyczyn? Otylia i wielu innych
          wybitnych sportowców...To wchodzi w krew.
          > Nie wiem co mam robić, czuje się jak w szachu.Bo udawało mi się uciec przed
          > lekarzem ale teraz już mi się nie udaje.
          Łagodne procy wyjdą Ci na zdrowie. Nie czytaj o uzależnieniach, piszą
          panikarze. Też łykam różne świństwa, ale wiem, że w niewolę nie popadnę nigdy.
          > Snię o niej,
          Miłych snów. Ludzie miewają koszmary.
          > nadal łapie doły
          > aczkolwiek te doły są ogólne, już nie tyle ona mi wtedy przed oczami stoi,
          > tylko związane są z beznadziejnością życia - że teraz to mi się nic nie uda
          bez
          >
          > niej, studia mi nic nie dadzą, nie poradzę sobie, no i nikogo nie poznam i
          będę
          >
          > sam. Ale o niej nadal myślę
          Samotność ma swoje wady i zalety, lecz to inny temat. Nie pieprz, że życie
          ograniczyłeś do baby. Jeśli tak, rozpieprz wszystko i zacznij na nowo budować.
          > czuję się jakbym na głowie i klatce
          > piersiowej nosił cięzarek 10 kilowy - głupio brzmi ale tak jest, czuję się
          > jakbym z cięzarkiem chodził, coś mnie w klatce tak cisnie.
          Nerwica serca. To boli, ale od tego się nie umiera. Polecam psychoterapię.
          > Dziś zupełnie niespodziewanie miałem okazję ją widzieć z niedalekiej
          > odległości, serce momentalnie mi zaczeło bić mocno a nogi jak z waty sie
          > zrobiły, dosłownie.Ostatni raz ją widziałem 4 miesiące temu.Nie wiem jakbym
          się
          >
          > zachował gdyby ona mnie zauważyła i twarzą w twarz ze mną stanęła.Zupełnie
          > sobie tego nie wyobrażam.
          A po co masz sobie wyobrażać i dolewać oliwy do ognia? Jeśli tak będziesz
          robił, pogłębisz tylko cierpienie. Co było, już nie wróci. Natomiast mogłbyś z
          nią wejść w koleżeński układ, ale ona musiałaby chcieć. Nie dam też głowy,
          czyby to nie było jeszcze gorsze do zniesienia. Cóż, zaryzykuj.
          > Chyba mi zostaję dalsze takie życie i czekanie az los sie być może do mnie
          > usmiechnie, chociaz ja w to nie wierze.
          Uśmiechaj się do losu. To lepiej się sprawdza niż stać z opuszczonymi rękami i
          czekać na cud.
          • mugenx Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 11:22
            "Jak znam życie, kobiety nie znoszą mazgajów, chyba że małych. Dorosłą
            babę chciałeś brać na płacz? Naiwny idiota. Jak się adresatka połapie, w co
            grasz, wzbudzisz obrzydzenie. Daj se spokój, facet, jej też."

            Nikogo nie chiałem brać na płacz.Płacz był naturalnym odruchem, co jest
            zrozumiałe - przynajmniej dla mnie.Ostatniego zdania nie rozumiem.

            "Snię o niej -Miłych snów. Ludzie miewają koszmary"

            Nie powiedziałem iż moje sny są miłe.


            "Natomiast mogłbyś z nią wejść w koleżeński układ, ale ona musiałaby
            chcieć. Nie dam też głowy, czyby to nie było jeszcze gorsze do zniesienia. Cóż,
            zaryzykuj."

            Chciałem, ona nie chciała.W gruncie rzeczy, po przemyśleniu to jest prawda iż
            posiadanie kontaktu byłoby gorsze, więc chyba dobrze sie stało.


            Waszym zdaniem sam muszę sobie z tym poradzić czy powinienem szukac pomocy?Bo
            mi na dzień dzisiejszy wydaje sie ze sobie nie poradze i jestem coraz blizszy
            zapisania sie do lekarza.Lekarz to w sumie nic wielkiego ale jest to jednak
            przekroczenie pewnej bariery.Myslałem o tym wszystkim i ja widze że "to" często
            samo przychodzi, kiedy ja wcale nie chcę.To nie jest tak że ja siedze i mysle
            intensywanie o niej i sam wpadam w ten dół.To samo przychodzi a jak przyjdzie
            to nie umiem przed tym uciec.Na pewno gdybym był może silniejszy jakos
            psychicznie to udałoby mi się to odpedzac.I właśnie jak zacząłem rok szkolny to
            było OK, a teraz od paru dni jest wegetacja.W jednej chwili fajnie, a za chwilę
            dół wielki.Z drugiej strony jak zastanawiam się nad tym to myślę że lekarz może
            wcale mi nie pomóc, sam sobie musze pomóc.Chociaż wiadomo zawsze rozmowy mogą
            dużo dać.
            Pomyśle nad powrotem do sportu.Chociaż pewnie nie bedzie mi to sprawiało
            takiej przyjemnosci juz.Wczesniej trenowałem tez dla niej.Sprobuje kurcze sie
            przełamac i pojsc na trening za jakis czas, moze odnajde sie z powrotem.

            Co do deprimu to czytałem ze placebo.Ogolnie kiepskie opinie czytałem o tym, bo
            chciałem nawet sam spróbowac.


            Dziekuje za rady bardzo.
            • aneta01a Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 15:52
              mugenx napisał:

              > Nikogo nie chiałem brać na płacz.Płacz był naturalnym odruchem, co jest
              > zrozumiałe - przynajmniej dla mnie.Ostatniego zdania nie rozumiem.
              Rycz w poduszkę. Co Ci ma powiedzieć, żebyś skończył z płaczami, bo ją to
              brzydzi. Pewnie na tym polega zrozumienie z jej strony Twojego beku. Płaczem
              szantażują nie tylko kobiety, to jako uzupełnienie niejasnego zdania.
              > Waszym zdaniem sam muszę sobie z tym poradzić czy powinienem szukac pomocy?Bo
              > mi na dzień dzisiejszy wydaje sie ze sobie nie poradze i jestem coraz blizszy
              > zapisania sie do lekarza.Lekarz to w sumie nic wielkiego ale jest to jednak
              > przekroczenie pewnej bariery.
              Lekarz z pewnością Cię nie zabije. Pewna bariera, czyli jaka? Co budzi Twój lęk?
              > Myslałem o tym wszystkim i ja widze że "to" często
              >
              > samo przychodzi, kiedy ja wcale nie chcę.To nie jest tak że ja siedze i mysle
              > intensywanie o niej i sam wpadam w ten dół.To samo przychodzi a jak przyjdzie
              > to nie umiem przed tym uciec.Na pewno gdybym był może silniejszy jakos
              > psychicznie to udałoby mi się to odpedzac.I właśnie jak zacząłem rok szkolny
              to
              >
              > było OK, a teraz od paru dni jest wegetacja.W jednej chwili fajnie, a za
              chwilę
              >
              > dół wielki.Z drugiej strony jak zastanawiam się nad tym to myślę że lekarz
              może
              >
              > wcale mi nie pomóc, sam sobie musze pomóc.
              Masz rację. Przede wszystkim w sobie szukaj/buduj oparcie.
              > Chociaż wiadomo zawsze rozmowy mogą
              > dużo dać.
              Zależy czego. Zachowałabym ostrożność. Lepiej nie ruszać świeżych ran.
              > Pomyśle nad powrotem do sportu.Chociaż pewnie nie bedzie mi to sprawiało
              > takiej przyjemnosci juz.Wczesniej trenowałem tez dla niej.Sprobuje kurcze sie
              > przełamac i pojsc na trening za jakis czas, moze odnajde sie z powrotem.
              To akurat warto spróbować. Najwyżej nie wyjdzie.
              Aneta
    • silna_pokusa Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 09:28
      mi pomogl DEPRIM w pierwszym okresie. (pozniej przeszlam na silniejsze leki, ale
      moja sytuacja jest duzo bardziej skomplikowana) tylko pamietaj, on dziala
      dopiero po 10 - 14 dniach od rozpoczecia kuracji (jest bez recepty) pozdrawiam,
      i rzycze duzo sily. jestem z Toba.
      • aneta01a Re: miłość która odeszłą a pozostał.... 22.10.05, 15:56
        silna_pokusa napisała:

        > jestem z Toba.
        Uważaj, żeby go nie zadręczyć tą ciągłą obecnością. Każdy potrzebuje odrobinę
        prywatności, a znam takich, ktorzy leźliby za człowiekiem nawet do łazienki.
Pełna wersja