Gość: fxx
IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl
12.12.02, 21:11
do natrectw Dnia Swira jeszcze mi daleko, mysle ze zupelnie ich nie mam
natomiast meczy co innego. od zawsze interesowala mnie psychologia, z
powodzeniem wcielalem w zycie buddyzm, czytalem ksiazki Fromma itp. mialem
dlugi etap w zyciu gdy nosilem w sobie aytentyczny usmiech, dni lecialy jak
strzala a sensowne rzeczy wychodzily same. Jednak minelo. Teraz mam wrazenie
totalnego odwrotu. Mam dosyc roznych prostych, popieprzonych rzeczy ktore
robie na codzien, nie widze juz w nich zadnego sensu. Mysle obsesyjnie o
efektach, przyszlosci, jednak "tomorrow never comes"zawsze jest dzisiaj a
dzisiaj to ta masa idiotycznych drobiazgow. Zygac mi sie chce gdy pokonuje
tysieczny raz te sama droge do pracy. I pomimo roznych pozornych urozmaicen,
przewijajacych sie ludzi itd. wszystko zawsze jest zasadniczo tym samym. Mam
glebokie uczucie ze niemozliwy jest jakis zasadniczy krok, jakis przelom,
efekt pracy ktory to zmieni. Mozolne dziubanie. z dnia na dzien, z dnia na
dzien. a jak staram sie nie myslec ani o drobiazgach ani o przyszlosci ani o
przeszlosci to juz kompletna pustka. "zyc tu i teraz"ale juz nie potrafie
wmawiac sobie sensu i kontemplowac tych idiotycznych chwil ktore do niczego
nie prowadza... szczegolnie teraz sa dni, wstaje rano, widze slonce, wyplywa
usmiech, mowie do slonca: fajnie ze jestes, ruszam do zajec. Mija pare
godzin, slonca nie ma, znowu ten kretynski schemat powtarzalnosci i
oglupienia.