porcela_chrum
23.11.06, 21:21
Chciałabym, żeby ktoś mi napisał, jak mam się zachowywać żyjąc z człowiekiem,
który najprawdopodobniej cierpi na depresję...
Jesteśmy młodzi (poniżej 30-tki), mamy dzieci, mieszkanie, pracujemy.
Standardowo, na początku naszego związku było cudownie, wiele musieliśmy
przejść żeby być razem- ale się udało. Myślałam, że wygrałam tzw. 'los na
loterii'.
Po niecałym roku, On się bardzo zmienił. Przestał być dla mnie czuły, często
się nie odzywał, nie reagował na mnie. Nie za bardzo chciał się kochać, nie
przytulał mnie, nie całował, nie prawił komplementów. Po jakimś czasie
zaczęłam się postrzegać jako nieatrakcyjna fizycznie, nieciekawa
intelektualnie osobę. Poczułam się odrzucona i zupełnie niepotrzebna. Tak,
jakby moja egzystencja ograniczała się do prowadzenia domu. On był zawsze
zbyt zmęczony po pracy, aby mi w czymkolwiek pomoc. Zawsze miał jednak czas
na to, co go interesuje, np. internet,automoto itp. Do tego wszystkiego,
zawsze więcej czasu poświęcał innym ludziom (swoim rodzicom, rodzeństwu) niż
mnie i dzieciom.
Starałam się to jakoś przetrwać. Pokazywałam mu, że go kocham, i że jest dla
mnie najważniejszy... Cały czas dbam o siebie i wiem, że mogę się podobać
mężczyznom.
W ciągu ostatnich 2 lat kilka razy byłam u kresu wytrzymałości. Chciałam od
niego odejść, żeby nie zwariować. Były momenty, ze chciałam zniknąć z
powierzchni ziemi. W takich sytuacjach zawsze obiecywał, że to się juz
zmieni. Znów będzie o mnie dbał i kochał...
Za każdym razem staje się coraz bardziej nieufna i coraz bardziej
zawiedziona, bo w ciągu kilku dni sytuacja zawsze wraca do 'normy'. On nie
potrafi ze mną w ogóle rozmawiać...między nami zupełnie nie ma komunikacji.
To boli...
Ciągle go kocham, ale nie daje juz rady. Ostatnim razem, kiedy te dramatyczne
sytuacje z cyklu "nie chce być juz z Tobą -za bardzo mnie ranisz" powtarzały
się bardzo często, przyznał się, że nic go nie cieszy, jest ciągle smutny i
boi się, że to się nigdy nie skończy...
Zapisałam go do psychiatry.
Ale teraz nie wiem, co mam robić. Czuje, że najbliższy mi człowiek oddalił
się ode mnie tak strasznie, że go stracę. Brakuje mi cierpliwości, żeby o
niego walczyć. Szybko się denerwuję, że nie odpowiada ma moje uśmiechy i nie
jest dla mnie czuły (choć tysiące razy mu mówiłam czego potrzebuję, żeby być
szczęśliwą).
Jestem tym wszystkim zestresowana.
Myślę, ze najlepsze rozwiązanie dla mnie i dzieci, to uwolnić się i
zapomnieć. Ale on jest dobrym ojcem. Twierdzi, że nas kocha. Tylko, że tego
nie odczuwamy...a zwłaszcza ja.
Nie wiem co mam robić. Jeżeli jest chory, mam udawać, że wszystko gra i czuję
się przy nim świetnie? Czy może nie reagować na jego obojetność i zachowywać
się jakbym nie potrzebowała tej bliskości?
Od kilku miesięcy nie widzę nadziei, że kiedyś bedzie znowu normalnie...
Pomóżcie mi