vetty
07.02.07, 11:53
Może problem jest dość banalny, ale dla mnie trudny i wpędza mnie w całkowity
stan odrętwienia. Mam męża, synka, wszyscy jesteśmy zdrowi, mamy gdzie
mieszkać, w zasadzie żyjemy normalnie. Finansowo pomagają nam bardzo dużo moi
rodzice. I właśnie w tym sęk, że nie daje mi to spokoju. Żyję w tej chorej
Polsce, w której nie mogę się niczego dorobić. Pracuję na etacie, z mężem
zarabiamy tyle, że gdyby nie pomoc rodziców nie dałoby się wyżyć. Myśleliśmy o
wyjeździe za granicę, mój mąż jest za tym, ale ja nie wyobrażam sobie
rozstania z moją rodziną - z rodzicami, bratem, przyjaciółmi. Jak o tym myślę,
odczuwam paraliżującą tęsknotę i strach przed nieznanym. Z jednej strony
zaliczam doły myśląc o tym, że zgniję w tej beznadziejnej pracy, której nie
cierpię, że nigdy nie będziemy mogli spełnić naszych marzeń, żyć luźno, bez
pożyczek, kredytów...A z drugiej strony ten okropny lęk przed nieznanym, przed
życiem na obczyźnie, przed wszystkim, co nowe...Nie rozumiem siebie...Jestem
pesymistką, myślę, że gdzieś daleko nam się nie uda, że będzie gorzej, że nie
damy rady...Nie jestem grzeczną dziewczynką, uzależnioną od rodziców - nie w
tym rzecz, bo wręcz przeciwnie - chodzi o to poczucie rozstania na dobre,
zostawienie wszystkiego, co znane za sobą i spalenie mostów. Czasem tak się
motam z tymi moimi myślami, że pragnę tylko zasnąć albo leżeć i gapić się w
sufit...Co się ze mną dzieje??? Wydaje mi się, że życie jest złe, beznadziejne
i pozbawione sensu. Czuję się jak marny okruszek, z którym los zrobi, co
zechce, zgniecie mnie jak robaka. Tyle jest zła w tym kraju, w świecie...
Czy ktoś odpisze na mój post?