quarquar
26.05.03, 02:07
Jestem osobą pozytywnie myslaca. Mowie wiecej niz mysle, smieje sie pewnie
wiecej niz mowie.
Ale odkad pamietam potwornie nie chce mi sie zyc. Moze i to brzmi
paradoksalnie, ale tak wlasnie jest. Uwazam, ze swiat nie jest warty calego
tego wysilku, jaki musimy wlozyc w przezycie kazdego kolejnego dnia. Od
poczatku liceum nie mam juz takich sklonnosci autodestrukcyjnych,ale w KAZDYM
momencie zycia, gdy zadam sobie pytanie czy wole istniec czy nie istniec
opowiadam sie za niebytem. W moim zyciu jest mnostwo wspanialych momentow,
odnosze sukcesy zawodowe mam grupke bliskich przyjaciol. Ale kiedy wieczorem
bezskutecznie probuje zasnac ( tak jak dzis ) wszystko to wydaje sie takie
odlegle, bez znaczenia...Wtedy mysle o tym ile dookola jest cierpienia, ze
swiat jest z natury swej zly poniewaz ludzie sa zli. Jak nieuchronne jest to,
ze ludzie beda probowali zrobic mi krzywde i ze niektorym to sie uda. Ze sama
tez nie uchronie sie od bledow, od niezamierzonego robienia innym krzywdy. Ze
mimo wszystkich swoich sukcesow nie reprezentuje soba wiele, z kazdym rokiem,
ktory dzieli mnie od matury-coraz mniej. I jest mi zle.
Nie mam depresji. Wszystko to jest myslenie realistyczne, tyle, ze malo teraz
modne. Teraz trzeba "myslec pozytywnie". Tylko czym jest to "pozytywne
myslenie" jeśli nie oszukiwaniem siebie?
pzdr
quar