czekolada_z_orzechami
19.04.08, 15:04
Wczoraj rano miałam na uczelni ćwiczenia ze studentką (wyjątkowo nie z panią dr) i studentka ta miała nas pytać z tematu który był jakiś czas temu. Zaczęła pytać i czepiała się dosłownie wszystkiego. Gdy doszła do mnie, kazała mi pokazać coś na fantomie (studiuje na AM) ale nie bardzo potrafiłam więc mnie prawie wyśmiała. Innej dziewczyny czepiła się bo ta się uśmiechnęła na poczatku zajęć do koleżanki "no i czego się pani śmieje?!" i tak dwa razy
Potem gdy spytała już wszystkie, kazała każdej mówić co byśmy sobie wystawiły. Tym które nic nie umiały albo umiały niewiele postawiła 4, a tym co umiały-5. Ja dostałam 4. Potem miał być normalny temat, ale ona powiedziała, ze poćwiczymy jeszczce na fantomie. I wywołała mnie. Nie umiałam sobie znów poradzić. Zaczęła zadawać mi podchwytliwe pytania, niby proste ale dot. tematu na którym mnie nie bylo (byłam wtedy u psychiatry i mam od niego zwoln.). Niestety nic nie umiałam a ona drążyła dalej. Zapytała o jakąś absurdalną rzecz, która wogóle nie istnieje i musiałam odpowiedzieć. Cały czas stojąc na środku sali. Wszystkie oczy skierowane były we mnie a ja czułam się potwornie.
Potem kazała mi usiąść i zaczęła o czymśtam mówić, nagle o czyms wspomniała i do mnie "no to moze pani mi wyjaśni?". ja mówię, że nie wiem. Potem następne pytanie- "to moze pani?" i oczywiście to znów bylo do mnie. Śmiała się. Wszyscy na mnie patrzyli. Wiedziałam o co chodzi ale siedziałam cicho, po policzkach spłynęły łzy. Szczęka zaczęła chodzić. Ona to widziała. Byłam cała rozmazana. A ona- "no to moze pani mi jeszczce powie.." i nagle- "ale czego pani ryczy?".Ja nic. Ona kontynuuje temat i widzi że ryczę, bo na sali bylo cicho i tylko moje łkanie, a ona- "no to mozę pani pokaże na fantomie...?" Ja na to- "nie".
Ona- "czyśbym panią skrzywdziła?" a ja "zrobiła sobie pani ze mnie przedstawienie" na co ona oburzona spytała- "powiedzcie, zrobiłam sobie przedstawienie?", głos z sali- "nas jest dużo a pani pyta tylko ją".
Ona- "no to porozmawiamy sobie z panią doktor." Wyszłyśmy. Za ścianą była pani dr. Zapytała czemu płaczę. Ja cisza. To ona znów, ja cisza. Nagle ta praktykantka- "ta pani nic nie umie i twierdzi ze zrobiłam sobie z niej cyrk": na co ja wybuchnęłam- "od dwóch lat lecze się na depresję, biore silne leki, nie zawsze potrafię zapamiętać 2 linijki". Pani dr się przejęła. Zaczęła pytać co to za leki, i zapytała że pewnie one bardzo wpływają na pogorszenie pamięci. Ja cały czas ryczałam. Dostałam drgawek i lęku. Cały makijaż mi spłynął. Studentka nic. Stoi obok. Ja na to z grubej rury, ze jestem po próbie samobójczej i już sobie nie radzę. Pani dr zapytała jak z innymi przedmiotami. Powiedziałam- zgodnie z prawdą- że wszystko jakoś cudem do przodu. Pani dr wyjęła chusteczki, kazała mi się wytrzeć przed lustrem. Zaczęła mi tłumaczyć żebym nie traktowała wszystkiego tak emocjonalnie, ze to tylko jedne zajęcia, żebym wypoczęła przez weekend i takie tam.
Wyszłam. Za drzwiami stały moje koleżanki. Wszystkie trzymały moją stronę, wiedzą jaka jest sytuacją. "masz uspokajacze kotek?". Miałam. Wzięłam 3 benzodiazepiny.
Od piątku ryczę. Wiem, ze nic nie umiałam, ale nie jestem w stanie ostatnio się uczyć, mam cholerne problemy z pamięcią, koncentracją. Nie wróce tam. Cały zcas beczę. Tak mnie potraktować. Przy takiej ilości ludzi.Co za podła i perfidna suka!!