magd-a84
19.04.08, 21:06
Przeglądałam przed chwilą tzw.babską prasę. Nacięłam się na artykuł redagowany
przez jakiegoś psychologa pt: Kobiety które kochają za mocno. Przeczytałam i
zaczął sie potworny tłok myśli, niepokój, ból, ale...zrozumiałam. To trafiło
we mnie jak strzała, jakby było napisane dla mnie. Całe dzieciństwo wspominam
źle, obraz rodziców przywołuje wiele sprzecznych ze sobą emocji. Wieczna walka
o uczucie, wieczny lęk przed czasami nawet prozaicznymi czynnościami,
niepokój, wiecznie pedantyczny porządek i ciągłe czekanie i walczenie o coś -
o miłość matki, o akceptacje znajomych, o spełnianie wyobrażeń ojca co do
mojej osoby. Nawet nie zauważyłam kiedy to co miało cieszyć i być dla mnie
stało się walką - dla nich. W imię czego???
Kochałam siebie jako prymusa w podstawówce, jako utalentowaną uczennice w
szkole artystycznej zdobywającą nagrody - i w to brnęłam...nie kochałam nigdy
siebie - NIGDY! - kochałam wyobrażenie innych o mnie. Później ciaża - kochałam
siebie jako przyszłą matkę...choć ciążą w wieku 18 była wyzwaniem - nigdy sama
przed sobą nie przyznałam że tego nie chcialam, że nie planowałam, zawsze była
wymówka, wytłumaczenie - no i piękny obraz przyszłej mamy, który zniknął gdy
dziecko umarło. Ale byłam żoną - więć super - jestem żoną - robiłam najlepsze
obiady, byłam perfekcyjna w obowiązkach kury domowej. Kochałam być idealną
żoną, pomimo tego że bardzo szybko zdałam sobie sprawę że nie widzę
przyszłości z tym człowiekiem. Ale obrazek Żony idealnej to wynagradzał. Do
czasu. Nie wytrzymałam, pękłam. Albo dojrzałam, albo gdzieś "ja" ze środka
wreszcie się odważyło i zrzuciło ze mnie tą płachtę przeszytą
krótkowzrocznością, oszukiwaniem się i farbowaniem wszystkiego na siłę na
pastelowe kolory...i tak stałam znalazłam się "nad przepaścią"....bez
perspektyw, z odczuciem że zmarnowałam i że oszukiwałam samą siebie całe
życie. Wszystko boli, a ja gnije. Ogromne poczucie bezsensu i nie umiejętność
poukładania wszystkiego. Ból "bez odwrotu".Ból miłości na siłę. Ból nie
kochania siebie. Ból chęci "żeby było dobrze". Ból utracenia własnej
tożsamości, "mnie". Jestem teraz w tym miejscu, wiem, ze bardzo ważnym. Bo coś
zrozumiałam. Życzcie mi proszę aby ta myśl się nie zakończyła z dniem
dzisiejszym. Żebym zaczęła żyć - nie wegetować, żebym miała odwagę. Oby
nastała moja mała a tak wielka rewolucja. Powrót do świata. Bycia szczęśliwą,
bycie fear ze sobą.
Wam też życzę. Pozdrawiam.