Dodaj do ulubionych

Historia mojej depresji - czy można z niej wyjść?

05.01.09, 22:45
Wiedziałem, że depresja istnieje, ale nie wiedziałem, że tak się ją
odczuwa. To coś strasznego - brak woli życia, brak odczuwania
przyjemności i radości, napięcie i wewnętrzny ból - lęk, coś co było
proste i oczywiste staje się olbrzymim problemem. Rok tem byłem
normalnym gościem - aktywnym, pracującym 45-latkiem, ojcem rodziny z
trójką dzieci, może trochę znerwicowanym (trochę napięć w pracy i w
domu), ale umiejącym się bawić, aktywnym i uprawiającym sport(2x
zaliczony maraton). Wszystko się zmieniło w krótkim czasie.
Zacząłem odczuwać ucisk i pisk w głowie, zbiegło się to z końcem
kuracji antybiotykowej przewlekłego zapalenia zatok (preparat
CIPROPOL). Przez kilka dni byłem zdezorientowany, potem
zaniepokojony, w końcu przestałem sypiać. Zacząłem szukać jakiejś
pomocy. Znalazłem w internecie relacje dwóch osób którym zaczęło
piszczeć w głowie po tym samym antybiotyku (jedna osoba wiązała to z
antybiotykiem, a druga z następstwami po infekcji). Ja byłem pewien,
że to nie przypadek i podawałem taką informację lekarzom. Ale
uznawali to za bzdury. Badania laryngologiczne - wszystko blisko
norm dla mojego wieku, badania neurologiczne - ok. Znalazłem
możliwość terapii tzw. szumów usznych (odczuwanych w uszach i
głowie) metodą TRT i zacząłem znajdować coraz więcej materiałów nt.
problemów szumów i pisków, ale lekarze w pobliżu mnie o tym prawie
nic nie wiedzą. Laryngolog stwierdził, że nie może mi pomóc,
neurolog nie "kupił" opowieści o antybiotyku (mimo, że w skutkach
ubocznych producent informuje o szumach usznych) i zalecił
konsultację z psychiatrą - rodzina też tego chciała, bo ja
przestałem nad sobą panować - pisk doprowadzał mnie do strasznego
napięcia i dużego lęku o rodzinę i jej przyszłość. Dla psychiatry
wersja z antybiotykiem też była "dziwaczna". Dla niego to były omamy
lub objaw nerwicy i zalecił neuroleptyk (dla chorych na
schizofrenię) żeby mnie wyciszyć + antydepresant. Do tego momentu -
poza tym, że byłem w panice i słabo spałem, szukałem rozwiązań,
byłem aktywny, nie unikałem kontaktów z ludźmi. Nie chciałem brać
neuroleptyku (Zolafren), bałem się go, ale pod presją wziąłem -
wyciszyło mnie to, zacząłem spać, ale straszne efekty uboczne:
drżące i cierpnące ręce oraz nogi, duże kłopoty z przewodem
pokarmowym (do dzisiaj) i parę innych. Wtedy mnie ścięło: przestałem
pracować, porzuciłem klientów, wpadłem w totalny marazm, napisałem
testament i czekałem na swój koniec (ciągle biorąc antydepresant -
Venlectine), przestałem odbierać telefony, itd. Rodzina ten stan
(uspokojenie) odczytała jako poprawę. Po czasie psychiatra odstawił
neurolpetyk, zostałem na antydpersancie (Venlectine). Zalecono
psychoterapię - która miała szukać przyczyn mojego stanu. Terapeuta
wykluczał pisk w głowie jako przyczynę ("Może to nieprzyjemne, ale
jak można tak radyklanie zmienić życie pod wpływem pisku? Gdyby Pan
stracił nogę, to ja rozumiem"). Znajduję publikacje, z których
wynika, że ludzie z szumem lub piskiem w głowie popadają czasem w
depresję lub nawet popełniają samobójstwa, bo mogą mieć czuły układ
limbiczny, który tak reaguje na nieznany dotychczas sygnał. Mówię o
tym terapeucie, ale go nie przekonuję - analizujemy moje życie
zawodowe, rodzinne - błędne koło. Psychiatra stwierdza, że mój stan
się pogarsza: pojawiają się lęki, unikam wychodzenia z domu, proste
czynności stają się problemem - zmienia mi antydperesant. Czuję się
fatalnie - piski w głowie odczuwam mocniej. Znajduję informację, że
mój antydepresant może powodować skutki uboczne - szumy uszne. Mówię
o tym psychiatrze. Twierdzi, że to niemożliwe. Ja się załamuję -
płaczę, rzucam się na podłogę. Dla dzieci i żony to szok.
Nie podejmuję terapii szumów usznych, bo nie widzę sensu. Przestaję
brać leki antydepresyjne i chodzić do psychiatry - może przewalczę
to sam? Tak mija kilka tygodni mój stan się nie zmienia: czasem
wyjdę na spacer, po wielkim boju i z olbrzymim wysiłkiem wyjeżdżam
na kilka dni z dziećmi na wakacje, ale generalnie jest fatalnie -
czekam na wieczór, kiedy się trochę uspokajam i zasnę na kilka
godzin (posiłkuje się prochami nasennymi). Pracy nie podejmuję -
firma zawieszona, żyję z jakichś starych profitów (i tak mam
szcżęście, że je mam). W końcu mnie ścina - lęk, płacz, strach, a
kiedy dzwoni telefon lub ktoś ma przyjść do nas do domu staję się
blady i zielony, bardzo chcę umrzeć, zastanwiam się jak to zrobić,
jedyne, co mnie powstrzymuje, to moje dzieci i żona. Krzyczę w
domu: "Ratujcie mnie!". Pod presją żony próbuję raz jeszcze
kolejnego psychiatrę: wracam do pierwszego antydepresanta + lek
antylękowy. Po krótkim czasie ucisk w klatce i strach się łagodzi,
ale moja aktywność i nastawienie do życia bez zmian. Wracam do
terapii, bo zdaję sobie sprawę jak mój stan rujnuje rodzinę
(najmłodsza 9-letnai córka boi się mnie i unika). Rodzina wytrzymuje
wiele i okazuje mi uczucia, ale czasem ma dosyć. Zresztą - mimo
rozmowy z psychiatrą - to chyba słabo rozumie: "...skoro ze mną
teraz normalnie rozmawiasz, to znaczy, że możesz, skoro wyszedłeś na
spacer, to znaczy, że możesz, skoro wczoraj było nieźle, to dlaczego
dzisiaj płaczesz?..." Szczerze mówiąc nie dziwię się im, gdybym sam
nie przeżywał tego, co odczuwam, to nie wiem czy byłbym w stanie
pojąć chorego na depresję. Zresztą wydaje mi się, że gdyby nie ten
pisk - jarzeniówka w głowie, której nie mogę wyłączyć i która
piszczy coraz mocniej (antydepresant?), to albo by tego nie było,
albo bym z tego szybko wyszedł. Mija już 10 miesięcy takiego życia.
Choruje mój Tato - ma zabieg, jestem "sparaliżowany" - nie pomagam
mu. Zbliżające się Święta i Nowy Rok tylko pogorszają mój stan
(nostalgia, tęskonota za tym jak je przeżywałem rok temu?). Choruje
dziadek mojej żony, którego traktuję jak swojego - żona organizuje i
prowadzi akcję ratunkową - ja jestem "sparaliżowany" (winię siebie,
że nic nie robię). Żona pod straszną presją, nie dziwię się, w domu
niesprawny mąż, a dziadek w stanie krytyczym. Dalsza rodzina coś wie
na mój temat ale bez dużej świadomości problemu, czasem mają
pretensje - np. czemu do nas nie zadzwonił, a najbliżsi wkurzają się
tym, że po lepszym dniu jest gorszy. A ja kiedy nie mogę zwlec się z
łożka, znowu myślę, żeby ze sobą skończyć.
Odwiedzam dziadka w szpitalu - wygląda to kiepsko - doradzam żonie
co robić, ale moja aktywność słaba. Dziadek umiera. Mój syn rozpacza
(bardzo lubił swojego pradziadka). Jak to widzę to drętwieję - to ja
teraz nie mogę umrzeć, bo moje dzieci nie przeżyją tego! Mobilizuję
się nieco - pomagam w kwestiach organizacyjnych (szpital, pogrzeb).
Żona się cieszy, bo widzi mnie znowu "normalnego", ale dla mnie to
chodzenie po linie resztką sił. Byle znowu wytrwać do wieczora,
zaliczyć dzień. Nie wiem jak z tego wyjść - kolejny antydepresant?
Jak pomagać starszym rodzicom? Jak utrzymać rodzinę, kiedy skończą
się rezerwy? Jak radzić sobie z "nieobiektywnymi" dolegliwościami
(depresja, pisk), których inni nie "czują"?
To co mogę powiedzieć czytającym ten post: unikajcie wszelkich ryzyk
jakie mogą doprowadzić do depresji - nie krzyczcie na siebie,
próbujcie się dogadywać w domu i w pracy, róbcie coś wzajemnie dla
siebie, próbujcie rozładowywać stres i nie kumulować go w sobie,
bądźcie aktywni, upawiajcie sport i cieszcie się życiem, unikajcie
sytuacji, które są dla was niemiłe, unikajcie agresywnych ludzi, no
i uważajcie na leki, które dają skutki uboczne takie jak szumy
uszne... Uważajcie też na lekarzy (jeśli macie siłę i wiedzę, żeby
zweryfikować to co mówią). Bo jak powiedział dr House: w zależności
do jakiego pójdziesz specjalisty, taką będziesz miał chorobę. W moim
przypadku: dla psychiatry - to omamy, nerwica, depresja; dla
oświeconego neurologa - może problemy naczyniowe (głowa/szyja); a
dla laryngologa - może uszkodzony słuch.
Cóż, dla czytelników powody mo
Obserwuj wątek
    • boneym1 Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 13.01.09, 22:50
      wiem co czujesz -znam to doskonale /właściwie znałem -bo wylizałem
      się z tego po 3 latach/. 5. rodzajów leków, totalny problem ze
      wszystkim /wszystko na "nie"/ i lęk którego nie zapomnę do końca
      życia ,paniczny. Czy mogę Ci pomóc? nie wiem /od tego jest
      lekarz/ ,ale jestem bogatszy już o doświadczenia. Mi pomógł
      najstarszy i najmocniejszy lek antydepresyjny -amitryptylina +
      propranolol w max dawkach /po ok 4-6 miesiącach zacząłem mozolnie
      się podnosić/.Powoli,powoli ,w myśl starego "depresyjnego"
      przysłowia -trzy kroki do przodu, dwa w tył.Uwierz mi z tego gówna
      się wychodzi!!!! -ja też nie miałem żadnej nadziei ,ale wyszedłem.
      Reasumująć :Moim zdaniem po 3 latach ciężkiej depresji uważam ,że
      jedynym ratunkiem są b. silne leki antydepresyjne -one ratują
      życie !!!!! potem powolne ich odstawianie aby nie było nawrotu.Dziś
      z kilkunastu tabletek dziennie biorę 1.-
      "podtrzymującą".Żyję ,pracuję, mam rodzinę ,cieszę się życiem -udało
      się.......
      • d1963 To gratuluję że z tego wyszedłeś ... 15.01.09, 19:24
        U mnie na razie są przebłyski, nie pracuję, ale czasem coś zrobię,
        jakaś aktywność sportowa, towarzyska, ale potrafię też cały dzień
        być na dnie i się chować. Czasem płaczę ... Nie wiem ... Piszczy mi
        we łbie, mam problemy jelitowe (chyba po lekach) i to wszystko się
        razem nakręca. Samą depresję bez tych atrakcji chyba bym już
        przewalczył ...
        Dzisiaj się zmobilizowałem i byłem na wywiadówce córki - rozmawiałem
        z ludźmi normalnie. Nikt mnie nie rozpoznał jako "depresyjnego". Mam
        też problem z tym, że rodzina widząc, że coś robię, że jest lepiej,
        oczekuje, że już tak będzie, a ja nie daję rady, bo wahadło idzie w
        drugą stronę.
        Pozdr D
      • baha11 Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 26.02.09, 16:04
        Też leczyłam się z depresji ok.4 lat,potwierdzam,że amitryptylina/która nie
        uzależnia zbyt silnie/ to naprawdę znakomity lek.Ale chyba najważniejsze w
        leczeniu to trafić na dobrego lekarza--ja to szczęście miałam.Pomogła mi
        pozbierać się dość dobrze, mimo,że nie miałam wsparcia w mężu-raczej wprost
        przeciwnie.Ale czasem czuję,że nadchodzi,że coś się zbiera-tylko teraz już umiem
        sobie radzić.Mam lekarza homeopatę ,dobiera odpowiedni lek ,po nieraz godzinnej
        rozmowie.Nie poucza,nie strofuje-SłUCHA .Spróbujcie homeopatii-to działa -nie
        wiadomo jak ale działa.
    • kenijka Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 13.01.09, 23:26
      Witaj, wstrząsnęła mną Twoja historia.
      Nie znam historii depresji wielu ludzi, w sumie z ciężką depresją nie miałam do
      czynienia.
      Jednak mnie moje krótkie 26 letnie życie też doświadczyło, najpierw dziecko -
      wcześniak - walka o życie a potem o zdrowie dziecka, po roku cieżka operacja
      dziecka, kolejny miesiac w szpitalu, w międzyczasie mąż zachorował na depresje,
      w sumie nie miałam wsparcia za wiele. I jedyne co mi daje siły to wiara,
      niekiedy szłam zrezygnowana do kościoła, myśląc ze znowu idę błagać o siły do
      zmagania sie z codziennością. Ale jednak wiara w to ze ktos tam w górze jest i
      czuwa dawala mi nadzieję, a ta nadzieja dawała mi siły do trwania i czekania na
      lepsze jutro.
      I dzieje sie, dziecko sie wylizalo, rośnie mały zuch, dobrze rokuje, mąż jak juz
      pisałam wychodzi (mam nadzieje) z depresji. Rozchodzą sie chmury i wychodzi słońce.
      Sama modlitwa i wiara pewnie nie pomoże - choć zawsze można prosic o cud, ale
      daje nadzieje i siłę do przetrwania.
      Pozdrawiam i życzę sił do walki.
      Nie możesz zostawić rodziny, nie masz pewności czy w ten sposób nie zafundujesz
      depresji któremuś ze swoich dzieci.
      pozdrawiam Cię serdecznie.
      • d1963 Dzięki, Kenijka 15.01.09, 19:15
        W sumie masz rację, wiem, co mogę zafundować najbliższym odchodząc,
        ale czasem wydaje mi się to najlepszym wyjściem.
        Byłem blisko wiary ale przez ten okres ją chyba straciłem.
        Pomyślałem sobie, że ja, to ja - pal sześć, ale "los" uderzając we
        mnie uderza w najbliższych, dla których jestem oparciem, żywicielem,
        itd.
        I to jak uderza, tak, że poza moim zachowaniem nic nie widać. Bo
        obiektywnie tego zbadac się nie da.
        Dlatego otoczenie mówi często - jesteś zdorwy byk, mobilizuj się, a
        ja nie daję rady.
        Z "samą" depresją chyba bym sobie radę dał, ale mam te różne
        dolegliwości po prochach ... i to daje popalić i w jakiś sposób tą
        depresję ciągle stymuluje.
        Jak mam lepsze momenty, to staram się je wykorzystywać na jakąś
        aktywność, nawet czasem pocieszam kogoś na forum, ale na razie
        wygląda to różnie - raz lepiej, raz gorzej, czasem ni widzę dla
        siebie wyjścia.
        Pozdrawiam D
    • caffeprego Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 31.01.09, 16:35
      Kurcze, u mnie początek był podobny. Grypa, silny antybiotyk o nazwie Apo-coś
      tam (nie pamiętam już dokładnie), i powaliło mnie. Pamiętam doskonale, że w
      ulotce jednym z efektów ubocznych była wymieniona właśnie depresja! Też czułam
      okropny ucisk z tyłu głowy, tyle, że bez pisku.Cholera, przecież takich leków
      nie powinni w ogóle przepisywać!!!Świnie! I tak już 10 lat walczę z tym gównem.
      Z roku na rok jest coraz lepiej - to fakt. Myślę, że sam czas robi swoje -robi
      więcej, niż wszystkie te leki. Ale przebieg choroby opiszę innym razem. Idę na
      spacer. Pozdrawiam
    • zorka64 Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 31.01.09, 18:46
      Ciesz się, że masz dla kogo żyć!!! Ja cierpię na depresję prawie 20 lat
      (dziwię się że jeszcze żyję). Objawy depresji nastąpiły u mnie po przebytej
      chorobie zakaźnej. Najgorsze jest to, że mój mąż nie rozumie mojej choroby,
      często słyszę, że wydziwiam, obraża mnie, nazywa czubem
      nawet usłyszałam, że już dawno powinnam była się zabić. Już nie daję rady. A Ty
      masz dla kogo żyć. WALCZ.
      • d1963 20 lat? 01.02.09, 15:24
        I co? Pojawia się i znika? Jest cały czas? Jak sobie z tym radzisz?
        Pracujesz?
        Z rodziną też mam problem: nikt mnie zabijać nie chce (ani tego nie
        życzy) ale zniecierpliwienie jest duże, to rozkłada dom, normalne
        życie, więc się nie dziwię. Nie wiem czy ja zrozumiałbym, gdybym
        miał osobę z d. obok siebie ... Nie wiedziałem, że można tak się
        czuć. Gdyby nie ten pisk, może by tego nie było albo już bym z tego
        wyszedł.
        A z tą walką jest tak, że coś zrobisz w lepszym momencie i wszyscy
        uważają, że tak już będzie.
        Pozdr D
        • zorka64 Re: 20 lat? 01.02.09, 21:18
          Wcale sobie nie radzę. Na życie tabletki, na sen tabletki.Żadnych znajomych,
          boję się wszystkiego, jedyny mój świat to internet.
          Nie wiem jeszcze jak długo! W końcu musi coś się wydarzyć.
          Może podasz mi swojego meila.
      • bakalarek46 Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 29.01.21, 14:49
        Ciekawe bardzo ciekawe .Serdecznie zachęcam abyś udała się do Odnowy w Duchu świętym proś o modlitwę wstawiennicza na depresję ma ogromną moc potężna moc.TAM SIE DZIEJA Cuda .
    • minasz Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 31.01.09, 20:50
      kazdy by sfiksował jakby mu gwizdało odpowiednio długo w głowie
      hehehe
      przyczyn tego moze byc wiele - nie ufaj opinii jednego czy 2 laryngologow
      idz do 5ciu (najlepiej prywatnie) podobnie z innymi specjalistami
    • d1963 Dzięki za wpisy - myślałem, że wątek już "przepadł 01.02.09, 15:27
      Podobno nie wszyscy fiksują, którym piszczy, ale chyba wielu, bo
      nawet w podstawowych informacjach o "szumach usznych" piszą o ryzyku
      depresji.
      Nie wiem co z tym będzie - próbuje motwyować się z dnia na dzień,
      ale idzie ciężko ... Pozdr D
      • zorka64 Re: Dzięki za wpisy - myślałem, że wątek już "prz 01.02.09, 15:45
        Strasznie trudne to wszystko, dlaczego medycyna XXI wieku nie może poradzić
        sobie z zaburzeniami psychicznymi. Żal mi życia - nie jestem głupia, jestem
        zdolna, brzydka też nie jestem, mogłabym tak dużo zrobić gdyby nie DEPRESJA.
        Uważam, że społeczeństwo ma za mało informacji na temat depresji dlatego nie
        mamy szans a przecież jesteśmy NORMALNI tylko bardzo cierpimy.
        • d1963 A ... 01.02.09, 17:40
          Kaziu Marcinkiewicz
          - ani nie jest piękny
          - ani zdolny
          - ani mądry
          a popatrz jak celebrytą się staje i cieszy się życiem ...
          No tak to bywa
          ...
          PS. Napisz mi coś jak sobie radzisz.
          Zadałem Ci parę pytań we wpisie wyżej "20 lat"

          Pozdrawiam D
          • jama21 Re: A ... 04.02.09, 15:28
            Czytałam twoja opowiesc o dotkliwej depresji ktora Cie dotkneła. To
            jest przerazajace.Posłuchaj ja wpadłam w depreche rowniez i wiem co
            czujesz znalazłam dobrego psychiatre i jezdze na wizyty przede
            wszystkim pozwoli choremu sie wygadac podyskutuje traktuje chorego
            bardzo po ludzku terapia przyniosla ogromne efekty.Jestem normalna
            Jesli masz zyczenie pogadac o tym zostaw wiadomosc
            • d1963 Wysłałem maila "gazetową" pocztą 05.02.09, 13:13
              jeśli masz skrzynkę jama... na gazecie, to powinno dojść.

              Ja mam: d1963@gazeta.pl

              Pozdr D
              • jama21 Re: Wysłałem maila "gazetową" pocztą 05.02.09, 18:39
                podaje Ci moja poczte ewcia030558@wp.pl tumozesz zostawic wiadomosci
    • seashell A propos szumów usznych w depresji 06.02.09, 20:34
      Witaj,

      Z zainteresowaniem czytam Twoje posty na tym forum, gdyż bardzo dają
      do myślenia i pomagają mi zrozumieć, wyobrazić sobie, na ile to w
      ogóle potrafię, mechanizmy zachowań i wnętrze osoby chorej na
      depresję (żaden podręcznik tyle nie da, co takie precyzyjne relacje
      człowieka, który sam to przechodzi) - a to niezwykle cenne dla mnie,
      gdyż przez długi czas (ponad dwa lata) zmagałam się z tym, będąc po
      tej drugiej stronie, w wyjątkowym, bliskim związku z osobą bardzo
      ciężko chorującą.

      Sporo się już o depresji naczytałam, ale nie zdawałam sobie sprawy
      dotąd, że objawy tej choroby można łączyć z szumami w uszach
      (zresztą, z Twoich relacji wynika, że medycyna w tym temacie
      niewiele ma do powiedzenia...), tymczasem natknęłam się tu w sieci
      na coś, co mnie w tym kontekście tknęło:

      commed.pl/czy-przy-depresji-wystepuja-szumy-w-uszach-vt19881.html


      Może faktycznie coś jest tu na rzeczy i takie objawy mogą
      towarzyszyć tej właśnie chorobie, niezależnie od tego, jaki jest tu
      kierunek relacji przyczynowo-skutkowej...

      Pozdrawiam serdecznie. I, jakby to nie zabrzmiało, trzymam kciuki.
      Wierzę, że są osoby, które z tego wychodzą.
      • d1963 No tak, są różne poglądy ... 07.02.09, 14:17
        Ale u mnie kolejność była taka: nagły pisk (szum), dezorientacja,
        silna rekacja nerwicowa, brak snu, rozpacz, odbicie się od mało
        empatycznych "medyków" nie oferujących pomocy (nie mogę Panu pomóc,
        mnie też szumi...), słabe zrozuminie w domu, pscyhiatra, silny lek
        antypsychotyczny (nie wiadomo po co - nie wierzył, że pisk może
        wywołać taką reakcję nerwicową, a wystarczyło przeczytać), skutki
        uboczne, no i katastrofa ..., lęk, depresja ..

        Teraz jest tak sobie, już wiem, że z piskiem można żyć, osłuchać
        się, ... ale to wszytko wywołało różne procesy ... zawalenie różnych
        spraw i pętla się zamknęła ...

        A są też ludzie (i widzę to na forum) wypadający z gry bez wyraźnej
        przyczymy, albo z przyczyny całkiem błachej ... (dla obserwatora)

        Ale są cechy wspólne ... tych "zespołów chorobowych", które trudno
        sobie wyobrazić - opowiadałem wczoraj koledze, że rok temu nie byłem
        w stanie zrozumieć samobójcy, no ale teraz ... wiem co się czuje i
        jak bardzo chce się odejść, nie obudzić się ...

        Ostatnio: pojeździłem na nartach, byłem w teatrze, jakaś mała
        aktywność zawodowa ... (choć właściwie wszytsko się rozwaliło), ale
        też potrafię płakac przez pół dnia nie widząc nadziei (różnie to
        więc bywa)... Problem - rodzina, która denerwuje się, niecierpliwi
        na każdą słabszą chwilę ... (trochę rozumiem, ale ...)

        A co do szumów, to raczej jest tak (cytat z jakiegoś oprac.):
        "Skąd się bierze dokuczliwość szumów usznych?
        W proces odczuwania szumu wciągnięty jest nie tylko układ słuchowy,
        ale również inne części mózgu takie, jak układ limbiczny
        (odpowiedzialny za emocje) oraz autonomiczny układ nerwowy
        (odpowiedzialny za reakcje obronne). Każdy człowiek jest inny,
        inaczej reaguje na różne sygnały, inaczej też odczuwa szumy uszne.
        Na jednym biegunie może znajdować się zrozpaczony pacjent, dla
        którego szum stanowi dramatyczny problem, uniemożliwiający mu
        prowadzenie normalnego życia, na drugim zaś końcu osoba, której szum
        uszny prawie wcale nie dokucza ...Mimo, że szum uszny nie jest
        chorobą, prowadzi często do znacznego rozdrażnienia, niepokoju,
        dyskomfortu, a czasem nawet wywołuje depresję i jest przyczyną prób
        samobójczych."

        Pozdr D
      • d1963 Zmagałaś się, tzn.: ... 07.02.09, 14:19
        jaki finał:
        * wyzdrowienie,
        * koniec związku ???

        To może napisz, co "druga strona" czuje, jak na to reaguje??

        Pozdr D
        • jama21 Re: Zmagałaś się, tzn.: ... 08.02.09, 16:31
          Zagladam do poczty ale cisza
          • d1963 właśnie ściągnąłem ... 08.02.09, 17:10
            ale rodzina "wyciąga" mnie z domu, odpiszę później
            Dzięki
        • seashell Re: Zmagałaś się, tzn.: ... 16.02.09, 16:42
          Wyzdrowienie? Ładne to, nie sądziłam nawet, że moja wypowiedź mogła
          zabrzmieć na tyle neutralnie, by takie optymistyczne jej implikacje
          były do pomyślenia :)

          Mój przypadek był o tyle odmienny od Twojego, że zaangażowałam się w
          relację z kimś, kto już wcześniej przez wiele lat chorował i to
          bardzo poważnie, łącznie z próbami samobójczymi. Nie wiem, czy można
          powiedzieć, że z tego wówczas wyszedł, no ale po tych długotrwałych
          przejściach na kilka kolejnych lat zyskał stabilizację nastroju,
          uciekając w pracoholizm i odcinając się od ludzi i ludzkich potrzeb.
          Gdy się poznaliśmy, to może był okres remisji, bo całkiem normalne i
          zdrowe kontakty można z nim było utrzymywać; on sądził, że jest
          zdrowy i ja też o tę chorobę bym go wówczas nie podejrzewała. Ba,
          były to zupełnie wyjątkowe, fantastyczne kontakty, jedyne w swoim
          rodzaju zaufanie, więc jak nagle coś zaczęło się dziać niedobrego,
          to był to dla mnie totalny wstrząs - tak z dnia na dzień praktycznie
          o 180 zmiana zachowań absolutnie zaufanej i niezawodnej, zawsze
          wcześniej wręcz nadwrażliwej na moje odczucia osoby. I okazało się,
          że szewc bez butów chodzi, bo ja z moim wykształceniem
          psychologicznym (choć też w temacie zaburzeń miałam wiedzę jedynie
          kanoniczno-teoretyczną, gdyż specjalizowałam się w zupełnie
          odmiennym obszarze) oraz podnadnormatywnym poziomem empatii :) byłam
          doszczętnie bezradna i zdezorientowana. Przede wszystkim dlatego, że
          on nie chciał mi o swoich stanach opowiadać (nauczony już
          doświadczeniami - że od tego mu tylko gorzej, nikt jego przeżyć nie
          rozumie etc.), znikał tylko i zapewniał cały czas, że jestem ważna i
          ani na moment mnie lekceważy, ale, nawet jeśli nie miałam powodów
          nie ufać jego słowom, trudno było cholernie tak na co dzień nie czuć
          się notorycznie opuszczoną i nawet ignorowaną, gdy ktoś się zamykał
          i potrafił nie odzywać przez długi okres czasu, zaszywać samotnie w
          święta itp.

          Kolejna rzecz jest taka, że ja - wierząc w tego człowieka i w moją
          moc dobroczynnego na niego wpływu (od tego się zaczęło z naszą
          znajomością właśnie - że spróbował żyć normalnie i czuł się przy
          mnie przez dłuższy czas dobrze, miał nadzieję i wiarę w przyszłość) -
          nie dopuszczałam możliwości, że to już tak będzie, że on na dobre z
          tego nie wyjdzie. Traktowałam to jako stan przejściowy i dzięki
          temu - a także dzięki mocnej pamięci o tym, jakim był człowiekiem,
          gdy go pokochałam - miałam nieustające paliwo, aby chcieć ciągle
          przy nim być i znosić to regularne opuszczenie i osamotnienie.
          On natomiast, wiedząc dobrze z licznych przeszłych doświadczeń, jak
          ten mechanizm u niego przebiega, po którejś tam kolejnej załamce
          stracił wiarę już kompletnie. Uważał, że najlepiej dla mnie będzie,
          jak on się odetnie i zaszyje sam w swoim świecie, bo inaczej będzie
          mi wyrządzał tylko ciągłą krzywdę swoim zachowaniem, nad którym
          zapanować nie potrafi. To też był/jest jedyny sposób, który potrafił
          wrócić mu zawsze równowagę - ta ucieczka przed światem w samotnię i
          totalną ascezę. Ja z kolei przez takie strategie cholernie
          cierpiałam - przez bezradność, niezrozumienie, jak bliski człowiek
          może aż tak się ode mnie odsuwać, przez brak poczucia najmniejszego
          wpływu na sytuację...I przez cały kolejny rok tak to wyglądało, że
          on tkwił w niewierze, anhedonii, lękach i trudnościach ze wstawaniem
          do życia w kolejne dni (nieraz bywało, że do pracy po prostu nie
          jechał), wyrzutach sumienia, że marnuje mi życie, przeplatanych
          czasem przebłyskami lepszego samopoczucia, kiedy to było po dawnemu
          bajecznie i co dodawało mi wiary i nadziei, że tak może zostać na
          stałe. A gdy to raz-dwa pryskało i z dnia na dzień potrafił mieć
          skrajnie odmienne nastawienie, to to mi znów podcinało skrzydła...Ta
          huśtawka wycieńczyła mnie ogromnie, wytrąciła z poczucia
          bezpieczeństwa, takiej zdrowej przewidywalności świata, zrobiłam się
          wyczulona na drobne sygnały, zaczęłam reagować silnym lękiem na
          komunikaty tego aż tak nie warte. Dalej, trudno mi się było ogromnie
          pogodzić z tym, że ktoś tak mi bliski i w moich oczach dobry do tego
          stopnia cierpi, że ja, choćbym nie wiem ile ciepła emitowała, nie
          potrafię nic z tym zrobić, a do tego - przy całej poprawce na
          chorobę - miałam przecież też momenty ludzkiej takiej słabości, żalu
          do niego, że tak się okrutnie często i gęsto przez to czułam...

          Finał? - trudno mówić o jednym finale, jak to przez ostatni rok co
          najmniej było takie powolne erodowanie :( Ciągle mam z nim jakiś
          kontakt, bo oboje daliśmy sobie bardzo wiele i stworzyliśmy bardzo
          szczególną bliskość, ale od tych jego strategii ucieczkowych trudno,
          niezależnie od wszystkich zapewnień, nie czuć się odtrącanym i
          osamotnionym w tym wszystkim.

          Pozdrawiam...
          • d1963 Napracowałaś się ... 17.02.09, 11:38
            żeby mi to opisać, dziękuje bardzo ...

            Staram się zrozumieć co druga strona czuje ...

            Pokażę Twój tekst żonie, porozmawiam z nią ...

            Proponują nam terapię ...

            Mamy 3 dzieci, jesteśmy w związku 17 lat ... no i rozmiar kryzysu
            chyba duuuużooo większy nić u Twojego ... no nie wiem ... byłego (?)

            Zobaczymy jak będzie ...

            Staram się, ale to bardzo niestabilne, przypomina to, co pisałaś
            o "Twoim" .... robię bardzo małe kroki ... praca - katastrofa, ale
            coś próbuję robić, żeby zabezpieczyć rodzinę (żona nie pracuje)...
            Proszę ją żeby czegoś szukała...jakieś programy unijne, aktywziacja
            kobiet bo ze mną może być różnie ...

            Dzięki see... Pozdrowienia D
            • seashell Re: Napracowałaś się ... 18.02.09, 09:40
              E tam napracowałam...Spisałam naprędce kluczowe moje odczucia i
              refleksje - to naprawdę jest czubek góry lodowej jedynie, a przy tej
              intensywności przeżyć i przemyśleń, to to samo spod palców po prostu
              wypływa.

              Zastanowiło mnie tylko, dlaczego tak to odebrałeś, że rozmiar
              kryzysu u Ciebie jest "duuuuużo większy"? Ja właśnie myślałam, że
              nie - bo przynajmniej rozmawiasz i próbujesz żyć, robić jakieś
              kroczki, w coś jeszcze wierzysz...prawda?

              Pozdrawiam
          • d1963 Acha ... różnica 17.02.09, 11:40
            jest taka, że ja o swoich stanach zacząłem opowiadać (wcześniej nie
            chciałem, nie mogłem) ... do tego stopnia, że nikt z bliskich nie
            chce tego słuchać ... A mnie takie w"ywnętrzenie" akurat zaczęło
            pomagać ...D
            • seashell Re: Acha ... różnica 17.02.09, 12:03
              To szczerze zazdroszczę - mnie właśnie tego bardzo, bardzo było
              potrzeba: żeby o tym rozmawiać, przepracowywać, żebym mogła
              zrozumieć, na ile tylko będę w stanie (bo syty głodnego w pełni nie
              zrozumie nigdy, wiadomo), żebym potrafiła jego perspektywę przyjąć i
              tym samym nie brać do siebie pewnych zachowań, nie oceniać ich w
              kategoriach, jakimi zachowania ludzi zdrowych odbieramy...No, ale ja
              też mam to swoje ukierunkowanie psychologiczne ;) i "od zawsze" w
              takich obszarach dobrze się odnajdowałam. Zdaję sobie natomiast
              sprawę i poniekąd rozumiem nawet, że większość chyba ludzi, którzy
              nie mieli styczności z takimi zaburzeniami, będzie reagować jednak
              obronnie lub ucieczkowo, lub zaprzeczająco, lub agresywnie (czyli
              też obronnie) itp. Sądzę, że lata takich właśnie doświadczeń - dla
              niego wręcz upokarzających, odbierających mu godność jako
              człowiekowi - jego z kolei tak zamknęły na robienie sobie
              jakichkolwiek wiwisekcji, straszliwie jest na to
              pozamykany: "wszystko, tylko nie rozmawianie o tych stanach"...


              Pozdrawiam
    • canoine Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 16.02.09, 17:09
      na pytanie postawione w tytule - tak, z depresji można jak najbardziej wyjść. w
      zdecydowanej większości przypadków. haczyk zamyka się w słowie 'wyjść'.

      podobnie z nawracającymi depresjami można nauczyć się sobie radzić i
      minimalizować ich skutki. tak samo z wahaniami nastroju. coś o tym wiem.

      tyle, że nikt nie mówił, że to proste. nieproste nie znaczy niemniej, że niemożliwe.

      od ponad dwóch lat żyję bez leków i bez psychiatrów. przyznaję, że rezygnacja z
      leczenia akurat mi dobrze zrobiła. dużo się w ostatnich latach nauczyłam i nawet
      sezonowe okołowiosenne stany depresyjne przestały wycinać mi pół roku z
      życiorysu, najwyżej jest to nieco cięższy niż reszta roku czas.

      z szumami usznymi też można żyć i nawet do nich przywyknąć. chociaż potrafią
      drażnić jak diabli ;)

      pozdrawiam.
      • jiji59 Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 17.02.09, 14:44
        Postanowiłam i ja się tutaj trochę wygadać.Szumy uszne towarzyszą mi już od paru
        miesięcy i się nasilają.Żadne środki uspakajające nie pomagają,dodam iż mam duże
        duże zmiany w kręgosłupie szyjnym i ucisk na kręgi mogą powodować te zmiany,do
        tego kłopoty z hormonami tarczycy/jestem po jej operacji/.Powoli brakuje mi już
        cierpliwości do pokonywania nawet tych drobnych codziennych czynności,pojawiły
        się lęki,niska samoocena brak wiary w wyzdrowienie.Zaczęłam zwierzać się męzowi
        ,co czuję?że potrzebuję wsparcia.Na początku,było zrozumienie,współczucie,ale
        teraz widzę,że mąz jest już chyba delikatne mówiąc zmęczony moimi
        dolegliwościami.Teraz żałuję,że tak się "otworzyłam"przed mężem.Mam zamiar sama
        walczyć o swoje zdrowie,tylko sił coraz mniej,nie mam jeszcze 50 lat a czuję się
        grzej niż niejedna staruszka.Wczoraj byłam u neurologa-na szumy dostałam
        Betaserc no i sugestię by odwiedzić psychologa.
        No wygadałam się trochę,życzę Wam wszystkim powodzenia w zmaganiu się z chorobą
        i dużo kochających i wspierających Was osób,mnie ich niestety zabrakło.Pozdrawiam
    • mskaiq Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 18.02.09, 10:45
      Seashell napisala
      >Uważał, że najlepiej dla mnie będzie, jak on się odetnie i zaszyje
      >sam w swoim świecie, bo inaczej będzie mi wyrządzał tylko ciągłą
      >krzywdę swoim zachowaniem, nad którym zapanować nie potrafi. To też
      >był/jest jedyny sposób, który potrafił wrócić mu zawsze równowagę -
      >ta ucieczka przed światem w samotnię i totalną ascezę.

      Nie mozna dpuscic aby osoba z depresja zaszywala sie sama w swoim
      swiecie. To swiat w ktorym czlowiek powoli ginie, jest to powrot do
      stanu nienormalnosci, melancholii.
      Jedyna droga to przekonanie takiej osoby aby szla z Toba, ze razem
      jestescie w stanie pokonac depresje.
      Osoba z taka depresja jaka opisujesz bardzo czesto traci wiare,
      watpi, wycofuje, wtedy decyduje Twoja wiara i cierpliwosc.
      Kiedy idzie sie z taka osoba to ona nie ma wiary, jest tylko Twoja,
      jesli wierzy Tobie to Twoja wiara staje sie Jego wiara.
      Zawsze mozna wygrac, tylko trzeba wierzyc, a to jest niezwykle
      trudne.
      Serdeczne pozdrowienia.

      • ichnia Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 18.02.09, 11:13
        mskaiq napisał:
        > Nie mozna dpuscic aby osoba z depresja zaszywala sie sama w swoim
        > swiecie. To swiat w ktorym czlowiek powoli ginie, jest to powrot do
        > stanu nienormalnosci, melancholii.
        > Jedyna droga to przekonanie takiej osoby aby szla z Toba, ze razem
        > jestescie w stanie pokonac depresje.
        > Osoba z taka depresja jaka opisujesz bardzo czesto traci wiare,
        > watpi, wycofuje, wtedy decyduje Twoja wiara i cierpliwosc.
        > Kiedy idzie sie z taka osoba to ona nie ma wiary, jest tylko Twoja,
        > jesli wierzy Tobie to Twoja wiara staje sie Jego wiara.
        > Zawsze mozna wygrac, tylko trzeba wierzyc, a to jest niezwykle
        > trudne.

        Nareszcie coś innego... Zawsze to jakaś odmiana ;)
        • lucyna_n Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 18.02.09, 11:59
          to nie odmiana tylko powrot do źródeł, o zmuszaniu do aktywności już było kilka
          lat temu razem ze stoma pompkami i marchewką.
    • rikol Re: Historia mojej depresji - czy można z niej wy 10.03.15, 20:47
      Na depresję polecam mozarin, praktycznie bez skutków ubocznych, bardzo delikatny.

      dziwne, że nikt nie sprawdził np. kręgosłupa szyjnego i nie zrobił rezonansu mózgu, żeby wykluczyć choroby mózgu.

      SZumy uszne mają mnóstwo przyczyn. Polecam terapię trt (generatory szumu, które sie nosi w uszach). Nie należy być w ciszy, trzeba słuchać cichej muzyki.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka